piątek, 1 czerwca 2018

Tanna roześmianna

Dzień zaczął się od... Właściwie to każdy dzień zaczyna się od północy. Ta noc była wyjątkowa, bo spędziliśmy ją w domku na drzewie. On, i drugi - stojący na ziemi bungalow - to jedyne "pokoje" Volcano Eco and Treehouse, naszego "hotelu" na Tannie. Prowadzi go sympatyczny John wraz ze swoją żoną Nancy i dziewiętnastoletnią siostrą Loreeną. Ta druga bardzo ciekawa nas i kraju naszego pochodzenia. A gdzie to jest, a co tam jecie, a co tam ludzie robią, a jaki tam u Was klimat... Chętnie dzielimy się informacjami, bo przecież w zamian dostaniemy tutejsze ciekawostki. "Hotel" to oprócz wspomnianych dwóch domków także chatynka z plecionki, kryta strzechą, z prysznicem i toaletą, budynek kuchni z jadalnią i domek rodziny Johna. Wszystko okolone ładnie rozplanowanymi roślinkami i schludnie pozamiatane.



Na śniadanie dostajemy przypieczone kromki chleba, jajko sadzone i duży talerz świeżych owoców: ananas, papaja, pomarańcze i banany. "Kobiety już czekają". Idziemy zatem z Loreeną kilkadziesiąt metrów dalej, na główny plac pobliskiej wioski, obok olbrzymiego drzewa z plątaniną gałęzi. Kobiet jest około dwudziestu, w różnym wieku. Mają kolorowo pomalowane twarze i spódniczki z trawy. Wykonują tylko dla nas kilka tańców i pozwalają obficie się fotografować. Zdajemy sobie sprawę, że jest to swego rodzaju "ustawka" dla turystów, ale jednak nie możemy się pozbyć wrażenia, że jest to dla nich bardzo naturalne, że po prostu lubią to robić. Że jest to cały czas dla nich część normalnego życia.




Pakujemy się z Johnem i jego synem na ogromne, terenowe Isuzu (w zasadzie to tylko takie tu jeżdżą) i jedziemy leśnymi dróżkami na południowy wschód. Tam cały czas żyją wspólnoty wyznające Johna Fruma i kult cargo. Jedna z nich mieszka w wiosce na wybrzeżu, nad Zatoką Siarkową. Młody Donovan opowiada nam o początkach kultu, o konfliktach z protestanckimi misjonarzami i powrocie do miejscowych tradycji (zwanych 'kastom"). Bez krępacji pyta nas o wyznanie i ożywiony opowiada, że jedyną szkołą jaka pozwolili w wiosce wybudować jest szkoła katolicka. "Bo Wy szanujecie nasze zwyczaje i kulturę", mówi. Spacerujemy między chatkami, pod nogami przemykają świnie a my rozmawiamy o życiu w takim miejscu i warunkach oraz o tym, jak można koncertowo spieprzyć działalność misyjną.



Tuż obok wioski Johna Fruma znajdują się gorące źródła. Wyglądają inaczej niż myśleliśmy - nie są to ukryte wśród skał jeziorka z parującą wodą, ale połączona z oceanem płytka laguna. Woda jest bardziej niż ciepła, ma chyba ponad 40 stopni. Można się poczuć jak w wannie. Korzystamy z kąpieli - trudno powiedzieć, że orzeźwiającej... Nasz kierowca, Sanga, opowiada nam, że kiedyś mieli w pobliżu wulkanu Yasur piękne jezioro. Niestety, w kwietniu 2000 roku ulewne deszcze przerwały ziemny wał i całość potężną lawiną błotną spłynęła do oceanu. W miejscu jeziora jest teraz popielna równina a gorące źródła wyglądają tak jak obecnie.


Jedziemy dalej, na południowo-wschodni kraniec wyspy. To tutaj zawinęli pierwsi Europejczycy - kapitan James Cook i jego załoga, na statku "Resolution". Jego imieniem nazwano malowniczą zatokę i tę nazwę nosi ona do dziś. Wydaje się być dobrze osłoniętym od wiatru i fal kotwicowiskiem; na wodzie kołysze się kilka jachtów i kilkanaście piróg z pływakami, z których miejscowi łowią ryby. Przyjedziemy tu później zakupić kilka na kolację, ale teraz jedziemy nieco dalej, do wioski Port Resolution. Placyk, okolony chatkami z plecionki pod strzechą. Snuje się kilkoro białych, w tym dwójka mormonów których widzieliśmy w samolocie z Port Moresby. Piasek, muszle, palmy i kobaltowy błękit oceanu... Zostałoby się dłużej, wiemy jednak, że takich widoków będziemy mieć dość na Fidżi i Samoa. Jest już południe, wracamy więc do "hotelu" na lunch. Ten jest jakby mniejszym powtórzeniem wczorajszej kolacji, a więc kawałek mięsa, mieszanka kalarepowo-makaronowo-mięsna, ryż, owoce, słodkie ziemniaki. Zajadamy z apetytem, bo dobre to bardzo i ani ostre, ani mdłe. Do wyjazdu na wulkan Yasur mamy prawie dwie godziny, można więc się trochę zdrzemnąć.


Ciśnienie chyba spadło, bo rzeczywiście się zdrzemnęliśmy. Zbliża się 15:30, zaraz przyjedzie Sanga aby nas zabrać do kulminacyjnego - dosłownie i w przenośni - punktu vanuateńskiej części podróży. Jedziemy do podnóża Mount Yasur - niezbyt wysokiego, ale wybitnego stożka wulkanicznego, będącego od ponad 300 lat w stanie ciągłej erupcji.


Ukrytymi w leśnym gąszczu dróżkami dojeżdżamy do bramy wjazdowej. Tu spotkamy się z naszym kierowcą po trzech godzinach a na razie przejmują nas młodzi pracownicy Tanna Volcano Experience. Uiszczamy słoną opłatę za wejście (9750 vatu, czyli około 75 euro...) i dajemy się pousadzać na pieńkach w czymś w rodzaju amfiteatru. Chłopaki wprowadzają nas w reguły bezpieczeństwa ("gdy usłyszysz wybuch - nie uciekaj w panice") i witają miejscowego wodza, któremu trzeba się okupić korzeniem kavy. Potem miejscowy zespół pieśni i tańca wykonuje ze dwa utwory i już - zostaliśmy powitani i zaakceptowani. Pakujemy się na terenowe półciężarówki, które jęcząc i klekocząc wiozą nas w górę wulkanicznego stożka. Docieramy do placyku tuż przed ostatnim etapem - około stumetrową ścieżką, wiodącą do krawędzi krateru. Tamże zaglądamy w rozżarzone wnętrze planety. To przeżycie jednak zasługuje na odrębną opowieść.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz