niedziela, 13 maja 2018

Z wizytą u Nocnej Straży

Dawno, dawno temu, królowie Północy, wznieśli na krańcu swych ziem potężny Mur, który miał ich chronić przed dzikimi i Innymi. W ogóle, przed wszystkim złem, które z północnych pustkowi nadejść by miało. Murem opiekowała się i baczenie na północne rubieże miała Nocna Straż - zakon facetów w czerni. Z biegiem czasu Mur podupadł, czarnych braci (przez złośliwych wronami zwanych) coraz mniej było i wszystkich strażnic obsadzić nie byli w stanie. A tu nadchodzi zima i mrożące krew w żyłach wieści zza Muru, z krainy wiecznego lodu i zimna. Kto ochroni krainę ludzi gdy Nocna Straż padnie?

Tak mniej więcej Mur i jego strażników opisuje George R.R. Martin w swojej "Pieśni lodu i ognia" (bardziej znanej pod tytułem swego pierwszego tronu - "Gra o tron"). To oczywiście fikcja, chociaż o fakty historyczne oparta (pierwowzorem Muru był Wał Hadriana - mur i ziemne umocnienia na granicy Anglii i Szkocji, na krańcach Imperium Rzymskiego). O wiele bardziej znanym i imponującym jest jednak inny Mur - ten w Chinach. Potężny, kilkumetrowy w wysokości i szerokości, ciągnący się prawie przez całe Państwo Środka. Również wzniesiony przez dawnych władców dla obrony przed barbarzyńcami z północy. Docieramy tam w przerwie naszej podróży do Australii i Oceanii, korzystając z 20-godzinnej przesiadki w Pekinie i elastycznej polityki wizowej Chin. Mianowicie, posiadając bilet na przelot (rzadziej przejazd) dalej, z przesiadką w jednym z wyznaczonych portów (np. lotniska w Pekinie, Szanghaju czy Kantonie), można uzyskać tymczasowe zezwolenie na pobyt, na 24 lub 144 godziny, pod warunkiem nieopuszczania prowincji lub regionu, do którego się przyleciało. Akurat mamy przelot dalej i bardziej niż wystarczająco czasu. Przylatujemy jednak o nieludzkiej porze - 4:30 czasu lokalnego. Nasze organizmy, zmęczone dziewięciogodzinnym lotem, są mentalnie i fizycznie jeszcze w godzinach wieczornych dnia poprzedniego. Przeszedłszy kontrolę bezpieczeństwa i poszukawszy odpowiedniego przejścia (z przylotów międzynarodowych na międzynarodowy transfer), szukamy upatrzonego wcześniej "hotelu na godziny" (jakkolwiek podejrzanie by to nie brzmiało), meldujemy się i uiszczamy (1000 juanów, czyli ok. 135 euro...) Przywracający siły prysznic i hipnotyzująca biel i miękkość pościeli. Próbujemy się zdrzemnąć, chyba nawet się udaje.

O 11 uznajemy, że nic więcej z tego odpoczynku nie wyciśniemy. Wychodzimy i próbujemy wyjść na zewnątrz - gdzie ta kontrola paszportowa i schowki na bagaże? O ile pracownicy lotniska nie zawsze są uprzejmi i posługują się zbliżonym do zrozumiałego angielskim, to mundurowi wszystkich służb okazują niespotykaną troskę. Nie całkiem legalnie przechodzimy przejściem służbowym, uzyskujemy wreszcie wszystkie potrzebne papiery i pieczątki i możemy wyjść. Na razie tylko ze strefy tranzytowej, bo Terminal 3 lotniska w Pekinie to tak naprawdę trzy osobne, olbrzymie terminale, pomiędzy którymi kursuje automatyczna kolejka. Jedziemy na krajowe przyloty, gdzie można w przechowalni zostawić bagaż (a mamy dwie spore i ciężkie kabinówki) i szukamy transportu na Wielki Mur. Podobno można taksówką, uzgodniwszy przedtem cenę. Taksówki tu, na pekińskim lotnisku, mają swoją poczekalnię i obsługę "naziemną". Zaczepia nas rezolutna dziewczyna, pyta dokąd i oferuje transport tam i z powrotem (kierowca poczeka na nas na miejscu trzy godziny) w rozsądnej cenie. Bierzemy!

Lotnisko z zewnątrz też jest ogromne; sam wyjazd z niego to prawie kwadrans. Potem mkniemy już dobrymi, chińskimi autostradami na północ, do Mutianyu. To jeden z odrestaurowanych fragmentów Wielkiego Muru, mniej oblężony przez turystów niż Badaliang. Jedzie się dobrą godzinę a muru nadal nie widać ("Nie, Kochanie. To jest wiadukt kolejowy nad doliną"). W "Visitor Center", odegnawszy się od handlarzy "pamiątkami" i przekąskami, kupujemy bilet łączony: na autobus dojazdowy (okazuje się, że jedzie od dobre 15 minut pod górę - pieszo byłoby dość męczące), wstęp na Mur i kolejkę linową na jego szczyt (Żonka nie daje się namówić na wjazd otwartym wyciągiem i powrót toboganem - wózkiem w metalowej rynnie). Wjeżdżamy na górę, gdzie trzeba jeszcze pokonać kilkanaście stromych stopni - i jesteśmy. Na Murze właśnie, przez jego blanki i ambrazury patrząc na północną dzicz. Dziś, w Jednych Chinach, po obydwu stronach Muru widać to samo. Sam mur zaś rozdeptują turyści - z Chin i zagranicy (słychać niemiecki, arabski i włoski; później dołączy francuski i rosyjski). Chiński zaś słychać już wszędzie na świecie - to skutek polityki jakże odwrotnej od tej, która stała u podstaw budowy Muru. Dzisiejsze Chiny są otwarte na świat, chcą go współtworzyć, otwarte są też na gości (wspomniana wyżej polityka wizowa). Siedząc sobie pod jedną z wież snujemy refleksje o tego typu gigantycznych budowlach, które pochłonęły setki tysięcy ludzkich istnień... Porównanie z piramidami egipskimi samo przychodzi do głowy. Tylko że tam to są pomniki pychy jednego człowieka i pod tegoż człowieka imieniem są dzisiaj znane. Mur zaś jest,,, po prostu chiński. Mało kto pamięta imiona cesarzy, którzy nakazali i kontynuowali jego budowę. Za to każdy wie, że jest on chiński - czyli jakby do całego narodu należący i jakby nie patrząc, na pożytek całego narodu wzniesiony.

Otacza nas spokój i piękno chińskiej przyrody - prawie jak rok temu w Longji. Jest ciepło, ale nie upalnie. Mogłoby być trochę więcej słońca - Żonka narzeka nieco na niedoświetlenie zdjęć. Nie możemy tu jednak zostać dłużej, aby np. przejść chociażby po kilometrze w każdą stronę. Trzeba wracać na lotnisko - ta podróż dopiero się rozkręca :-)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz