Etykiety

środa, 9 maja 2018

Siła i charakter

Wrocław

"Czy Wam odbiło?! Dobrowolnie w błocie się tarzać?" Kobiety tego nie zrozumieją... W każdym facecie chłopiec drzemie, czekając tylko na okazję aby się z czystych garniturów wyrwać i zdrowo gdzieś w lesie się wytarzać. Nie do lasu sie jednak z siostrzeńcem udajemy, ale na teren wrocławskiego hipodromu. Tutaj organizowana jest jedna z imprez tegorocznej edycji "Runmageddonu" - biegu z mokrymi (i brudnymi) przeszkodami. Na początek zmierzymy sie z dystansem "Intro", czyli 3 kilometry i 15 przeszkód. Sobotni odbiór pakietów startowych i wizyta u przyjaciół w Opolu. W niedzielę rano trzeba tu wrócić.

Wracamy zatem, przebieramy się w stroje których nie będzie żal wyrzucić i dajemy sobie namalowac na twarzy numer startowy. Uczestnicy wychodzą na trasę w kiludziesięcioosobowych turach, co 45 minut. Prowadzona przez instruktorkę fitness rozgrzewka i możemy się obarczyć dwudzistokilogramowymi workami z ziemią. Start! Jak konie, w boksach startowych. Rundka wokół z workiem, zrzucamy go na linii startu i gnamy dalej. Mur ze słomianych beli, trzeba przeskoczyć. Pikuś. Potem drugi i kilkaset metrów biegu. W sam raz, aby się rozgrzać przed "Koszmarem wulkanizatora" - setce rozłożonych na ziemii opon. Truchtamy przez nie, starając się trafiać w środki. Czas na pierwszą solidną przeszkodę. Wysoka na jakieś dwa metry, kilka drągów w poziomie. Trzeba się na nie wspiąć; pierwszy jest na wysokości mojej klaty. Chcę go wziąć z rozpędu, ale coś nie wyliczyłem. Walę żebrami; będa mnie potem boleć tygodniami. Nic, trzeba wejść po skosie, bokiem. Udaje się, biegniemy dalej. Coś jakby połozona poziomo drabinka, trzeba małymi kroczkami przebiec po szczeblach. Potem pionowa, ponad dwumetrowa ściana. Tu już trudniej, ale jeszcze dajemy radę. Potem słynna "Porodówka" - opony wiszące na drągu, jakies pół metra nad błotem. Trzeba się pod nimi przeczołgać. No, nareszcie można się porządnie ubrudzić! Dalej jednak zaczynają się schody: trzeba się wspiąć jakieś trzy metry na linie. Nie daję rady - brakuje siły w rękach i rękawiczek na dłoniach. Karne "padnij-powstań". Nieostatnie, niestety...

Robi się coraz bardziej mokro. Stromy rów z błotnistą zawartością - do pokonania z polanem na ramieniu. Kolejne czołganie w błocie. Rzut podkową na słupek (mało kto zalicza) i wreszcie "Indiana Jones". Trzeba bujnąć się na linie i wylądowac jak najdalej w dwumetrowej głębokości dziurze z zimną wodą prosto z jeziora. Brrrrr!!! Byle do brzegu. Następująca potem błotna zjeżdżalnia to prawie jak relaks. Tym bardziej, że dalej będzie nieco płytszy i krószy dół z wodą - za to z obfitym dodatkiem lodu. Brrrr!!! po wielokroć. Pomału mam dość, a tu jeszcze podniebne przeszkody. Pochylona ściana, na której zdzieram sobie łokieć. Na szczęście za drugim razem Bartek mnie podciąga. "Deska Drwala", której nie daję rady przejść (uwieszony rękoma). Podobnie wymiękam przy podwieszonych kółkach (Bartek przenosi mnie na barana). Daję za to radę na dyndających oponach, ale mówię pas przy kolejnej ścianie z liną. Na następny raz trzeba będzie porządnie poćwiczyć siłę i uchwyt rąk...

Stawiający opór futboliści amerykańscy bardziej wkurzają niż męczą; pokonuję ich dynamiką masy :-) Meta, pamiątkowe opaski i woda. Można też się porządnie umyć (w kontenerach prysznicowych jest nawet ciepła woda). W sumie, całkiem fajna to impreza była, odbywająca się w tym roku pod hasłem "Siła i charakter". Siły trochę zabrakło, ale na pewno nie charakteru. Nie tylko nam, ale i setkom pozostałych uczestników, z uśmiechem i bez rywalizacji pomagających sobie przy przeszkodach. Na pewno jeszcze kiedyś coś takiego powtórzymy. We Wrocławiu lub gdzie indziej.

Poznań

Tydzień po wrocławskim tarzaniu - 11. PKO Półmaraton Poznański. Dla mnie pierwszy w Poznaniu i pierwszy w tym roku. Jak zwykle w Polsce doskonałą organizacja. Odbiór pakietów, szatnie i prysznice - w halach Miedzynarodowych Targów Poznańskich. Dużo miejsca, dobre oznakowanie. Docieramy na miejsce w niedzielne, słoneczne przedpołudnie i ustawiamy się w swojej strefie. Jest też Agnieszka, po raz któryś już startująca w tym biegu. Miło się zobaczyć po wielu latach. Rozgrzewka i start, Roosevelta i Bukowską, która przechodzi w Grunwaldzką. Znajome okolice, miłe wspomnienia. Na razie dobrze się biegnie; wśród uczestników półmaratonu furorę robi gość przebrany za... fotoradar. To pewnie dlatego nikt nie che go wyprzedzić. Mijamy Inea Stadion, już niedługo pierwsza woda i izotoniki. Robi się coraz cieplej - 25 stopni w połowie kwietnia to jednak nie jest normalnie. Przyjemnie i owszem, ale niekoniecznie na biegowej trasie. Po pierwszym "wodpoju" zaczynam wymiękać. Nie wytrzymuję więcej niż pięć minut biegu, wszystko mnie boli, musze przechodzić do marszu. Tempo drastycznie spada. Jakiś czas temu zakładaliśmy pobicie bariery dwóch godzin; dzisiaj rano zadowalały nas już wyniki zbliżone do zeszłorocznych. Teraz już wiem, że będzie kiepsko...

Ulice Grunwaldu, Hetmańska. Zielone okolice Piastowskiej i Drogi Dębińskiej, zostało jakieś pięć kilometrów. Byle wytrzymać. Bieg-spacer-bieg. Żywiołowo dopingująca młodzież i starsi ("Dalej Rafał, dasz radę!") No to próbuję dawać. Tym bardziej, że od pewnego czasu towarzyszy mi kobietka tak coś pod sześćdziesiątkę. Nie dość, że truchta to jeszcze sobie podśpiewuje! Gdzieś na Solnej stwierdza "Tero już nie muszę - nojwyży mie doniesą" Aleja Niepodległości, akademik "Hanka" i kościół dominikanów, skąd wylewają się goście weselni. Plac Mickiewicza, krzyże, Collegium Iuridicum. Rondo Kaponiera, ostatnie metry. Szpaler oklaskujących kibiców, brama na Targi. Dywan, meta i medale. Siadam zrezygnowany na ziemi. Czas: 2:48 Prawie pół godziny gorzej niż rok temu. Dno i beznadzieja, zabrakło i siły i charakteru. Cóż, trzeba je na przyszły raz wyćwiczyć. Padłeś? Powstań! Otrzep się i... szykuj na triathlon w Bydgoszczy :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz