sobota, 12 maja 2018

Przez Środek na Dół

Znajomy i funkcjonalny Międzynarodowy Port Lotniczy w Warszawie im. Fryderyka Chopina. Minusem, i to dość dużym, są jedynie panowie (czasem tez panie) z kontroli bezpieczeństwa. Iście afrykańskie czasem maniery: mam mundur i władzę, więc mam cię gdzieś. "Położyć!", "Przechodzić!", "Zaczekać!" Jak rozkazy esesmanów... Za to wcześniej pani przy odprawie stanęła na wysokości zadania, odprawiając bagaże już do Sydney, pozwalając zabrać cięższy podręczny (bo to dla misji w Papui Nowej Gwinei) oraz zmieniając przyznane nam miejsca na takie obok siebie. Przedtem, jeszcze przed lotniskiem, też byli mili ludzie, chociaż miała miejsce nieco szalona logistyka. Odbiór przesyłki na Pradze (dzięki Werka i Jacek!), zabranie opiekuna auta na ponad miesiąc (dzięki Krzysiek!) i odebranie dodatkowych leków przed samym lotniskiem. Przechodzimy na bramkę - jest jeszcze czas skrobnąć coś na bloga, na telefonie!

Boarding niestety z autobusu, ale idzie w miarę sprawnie. Wsiadamy do Airbusa 330 (pisałem już, że to nasz ulubiony samolot na dalekie trasy?) linii Air China. Państwowych, więc w starym malowaniu, z niebieskim pasem przez środek kadłuba i jakimś czerwonym koguto-feniksem na ogonie. Lot nie ma 100% obłożenia, to jednak nie będzie oznaczać spokoju. Tuż obok nas siedzi kilkuosobowa wycieczka złożona z takich co to "gdzie ja nie byłem i czego nie widziałem". Głośne rozmowy, "żarty" i rechot, w oparach dolewanego skrycie alkoholu z małych, kosmetycznych buteleczek. Na szczęście idą w końcu spać, obsztorcowani przez jedną ze współpasażerek (tylko po co czekać z reakcją aż emocje wymkną się spod kontroli?) 

Jakąś godzinę po starcie serwują lunch: do wyboru kurczak w dobrym, śmietanowo-grzybowym sosie z ziemniakami lub ryba z ryżem. Do tego bułeczka z masłem, sałatka owocowa, brownie i napoje. Niezłe wszystko. System rozrywki pokładowej (stare monitory, jeszcze nie ledowe) wydaje się działać na dawno miniony sposób (filmy lecą jeden za drugim i oglądasz to, co akurat dają - jak w TV), ale okazuje się że wystarczyło odwrócić na drugą stronę pilota, aby uzyskać dostęp do kilkudziesięciu filmów, w tym nowości. Zaintrygował mnie "W samym sercu morza" Rona Howarda - historia opowieści, która stała się kanwą "Moby Dicka" Hermana Melville'a. Świetnie pokazane trudy pracy na morzu, życia wielorybników którzy nie mają przyjemności w zabijaniu, ciężko pracując na swoje utrzymanie, uzyskując produkt (olej) potrzebny ludzkości do rozjaśniania mroków nocy. Postacie głównych bohaterów: pozytywny pierwszy oficer i początkowo antypatyczny kapitan, który jednak na koniec zajmuje właściwe stanowisko. Horror rozbitków, kanibalizm i niemożność odnalezienia się w XIX-wiecznym społeczeństwie. I końcowa nadzieja ("Olej z ziemi? To już nie będzie trzeba zabijać wielorybów!"), która z dzisiejszej perspektywy wydaje się chybiona...

Pod nami lasy Syberii i stepy Mongolii, czas na śniadanie. Do wyboru omlet lub ryżowa "owsianka" (ryżanka?) z kurczakiem. Jedliśmy już taką w Kantonie rok temu, więc się decydujemy ku radości chińskiego stewarda (bo nikt z Polaków tego nie chce i wszyscy biorą omlet). Do Pekinu docieramy pół godziny przed czasem. Znów wyjście na płytę i autobus do terminalu. Nie chcemy od razu wychodzić na zewnątrz, więc ustawiamy się w wolno postępującej kolejce na tranzyt międzynarodowy. Jest tam hotel na godziny (jakkolwiek podejrzanie by to nie brzmiało ;-) z którego chcemy skorzystać przed wyjazdem na Wielki Mur. Poza tym za wcześnie jeszcze na wycieczki. Bierzemy pokój (200 juanów, czyli ok. 25 euro za godzinę). Czysta pościel i ręczniki, pod prysznicem płyny i przybory toaletowe. Dobrze jest się odświeżyć i przespać, chociaż ze 4-5 godzin. Dla naszych organizmów jest wciąż 23:00 dnia poprzedniego...

Tuż przed południem wychodzimy na świat - czyli próbujemy wrócić na kontrolę graniczną i wyjść na zewnątrz. Nie jest to takie łatwe, a kiepski angielski i opryskliwość pracowników lotniska nie ułatwiają nam zadania. Za to mundurowi wszelkiej maści są uprzejmi i kumaci - oraz dość elastyczni, jak na funkcjonariuszy komunistycznego państwa. Niezbyt legalnie przechodzimy przejściem dla załóg, uzyskujemy 24-godzinne pozwolenie na wjazd do Chin oraz nowe karty pokładowe i można wyjeżdżać. Ale ta część podróży to temat na osobną opowieść, która wkrótce się na tymże blogu pojawi.

Pełni wrażeń wracamy pod wieczór na lotnisko. Niby już, już dojeżdżamy a tu jeszcze dobre 15 minut do terminala. Miły był nasz pan kierowca, żegnamy się z uśmiechem. Odbiór bagażu, kontrole i powrót na terminal T3-E. Nigdzie nie możemy znaleźć zwykłych T-shirtów, które przecież tutaj szyte są w setkach milionów sztuk. Są koszulki Lacosta lub Higo Boss ale - o Matko! - za 60-100 euro! Jeszcze nas nie powaliło, polecę dalej w tym, co mam na sobie. Za to sam terminal bardzo funkcjonalny i mało zatłoczony (mimo że z lotniska tego korzysta ponad 94 miliony pasażerów rocznie!), jest nawet bezpłatny prysznic! Odświeżamy się po wycieczkowym dniu i idziemy coś zjeść na kolację. Jesteśmy w Chinach, więc KFC i Pizza Hut omijamy szerokim łukiem. W restauracji chińsko-koreańskiej wybieramy kimchi, czyli typową koreańską przekąskę (marynowana kapusta na ostro-kwaśno), jakiś rosołek z makaronem i wołowiną oraz drobiowe kuleczki na słodko-kwaśno. Do tego sok jabłkowy (zgadnijcie dla kogo? ;-) i ciekawą w smaku lemoniadę jęczmienną. Pojadłszy można się trochę zdrzemnąć (siedziska są wygodne i jest ich dużo) przed czekającym nas długim lotem.

Samolot do Sydney sprawnie ładuje się z autobusów, zapełnienie lotu większe niż na warszawskiej trasie. Serwują "midnight snack", czyli malutkie sandwicze z serkiem i szynką plus muffin i napoje, po czym większość pasażerów uderza w kimono a ja włączam upatrzony wcześniej film: "Downsizing" ze znakomitym Mattem Damonem. Miała to być komedia, ale dzieło daje do myślenia; wykorzystanie szlachetnych z początku naukowych wynalazków, komercja i dolce vita - jednak w idealnej utopii są też pariasi. Lot schodzi wyjątkowo szybko, za oknami już dzień. Pod nami przesuwa się zachodni Pacyfik, wyspy i wysepki z ogromną Nową Gwineą (wkrótce tu zawitamy :-)  Lądowanie w Sydney, również przed czasem. Tym razem przypinają nas do rękawa. Kontrola paszportowa idzie nadzwyczaj sprawnie ("Na wakacje? Tak."), australijskie no worries w pełnej krasie. Odbieramy bagaż ("Jakieś jedzenie? Polska kiełbasa czy coś? Nie? To w porządku!") i przechodzimy do stanowiska kwarantanny ("Jakie leki? Przeciwbólowe i odkażające? W porządku - linia nr 6"). Prowadzi ona prosto do... wyjścia. Nikt nam nie zaglądał do bagaży - sporo się zmieniło od 2007 roku i naszej poprzedniej tu bytności.

Po małych kłopotach z bankomatem (belgijski bank, stwierdziwszy transakcje poza Europą, pewnie wspaniałomyślnie zablokował karty...), bierzemy taksówkę do hotelu. Pierwsze kilometry lotniskowej autostrady sprawiają, że czujemy się jakbyśmy nie opuścili jeszcze Pekinu: wszechobecna chińszczyzna, na ogłoszeniach i reklamach. Tak, oni już dominują w świecie a na pewno w Australii... W nas jednak dominuje teraz zmęczenie podróżą, więc dotarłszy do hotelu udajemy się na spoczynek. Australijska przygoda musi trochę poczekać. 


źródło: airplane-pictures.net

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz