Etykiety

piątek, 18 maja 2018

Paradisaea apoda

Nad suchymi, żółto-czerwonymi połaciami Australii, jak złowrogi pterodaktyl, zawisa ptasio-smoczy, dżunglą pokryty kontur Nowej Gwinei. Wyspy, gdzie jeszcze dziś odkrywane są plemiona żyjące w zupełnej izolacji od świata zewnętrznego. Wierne swym wierzeniom i tradycjom, używające narzędzi rodem z epoki kamienia gładzonego i mówiące jednym z ponad 820 języków stwierdzonych na wielkiej wyspie (tylko jej wschodnia część, zajmowana przez Niezależne Państwo Papua-Nowa Gwinea, jest półtora raza wieksza od Polski, zamieszkiwana przez niecałe 9 milionów ludzi). Kraj niezwykłej różnorodności przyrodniczej (storczyki, rajskie ptaki i endemiczne torbacze), gdzie w bardzo trudnych czasami warunkach pracuje ponad 60 misjonarzy z Polski. Właśnie polscy misjonarze, konkretnie jeden z nich, są powodem, dla którego tam się udajemy.

Nowa Gwinea, z podanych wyżej powodów, jest chyba marzeniem każdego podróżnika. Dostać się tam nie jest tak trudno - stolica, Port Moresby, ma regularne połączenia lotnicze z kilkoma miastami w Australii a także z Tokio, Manilą, Hongkongiem i Singapurem; jakby się postarać, można dolecieć z Polski z jedną tylko przesiadką. Jednak prawdziwym wyzwaniem jest podróżowanie wewnątrz kraju. Samoloty nie wszędzie docierają, nie są też tanie. Spławne rzeki tylko na nizinach. Dróg asfaltowych jest tylko niecałe 700 km; reszta jest albo kamiennym rumowiskiem albo spływającą po deszczach błotnistą mazią. Jakoś nas to nie przeraża, potrzebowaliśmy tylko pretekstu oraz kontaktu na miejscu, aby tu przybyć. Z kilku zapytanych odpowiedział jeden - ksiądz Jan Jaworski, kapłan i lekarz w jednej osobie, od ponad 30 lat posługujący w Papui-Nowej Gwinei. Zaoferowaliśmy miejsce w hojnym limicie bagażowym Air China, on miał określone potrzeby, więc wyprawa stała się faktem.

Najpierw jednak pobudka w poniedziałkowy poranek i jazda wypożyczonym Hyundaiem na lotnisko w Sydney. Mimo wczesnej pory (szósta rano), ruch jest całkiem spory. Na szczęście autostrada zapycha się na zjeździe na terminal krajowy - my skręcamy w lewo, na międzynarodowy. Po małym błądzeniu (ech, te oznaczenia!) oddajemy samochód i w chłodzie i deszczu poranka idziemy się odprawić. Tęskno nam już do cieplejszych okolic, dlatego lecimy na północ (tam, w dole globusa, wszystko jest na odwrót: w maju turlają się pod nogami pożółkłe liście a powietrze z południa zapowiada zimno i deszcze). Odprawa na lot Air Niugini (bo tak słodko, w języku tok pisin, nazywają swój kraj Papuasi) przechodzi sprawnie, podobnie wszelkie kontrole (jednak można z uśmiechem i życzliwością, panie i panowie z Okęcia?) Kawa w lotniskowym barze jest niepijalna, ale podobno dobrą uprawiają w PNG. Wymieniamy zatem trochę australijskich dolarów na papuaskie kina i śmiesznym autobusem (drzwi ma na środku przedniej ściany) podjeżdżamy do naszego samolotu - rzadko już dziś spotykanego Boeinga 767. Jak zwykle kolorowa mieszanka pasażerów, ale chyba tym razem większość stanowią biali. Lot mija bez większych wrażeń - może poza niezwykle ostrym smakiem wołowiny, zaserwowanej na lunch ("Będę tam głodować!", biadoli Żonka). Pod nami przesuwają się pola i pastwiska Nowej Południowej Walii i Queenslandu, potem dzikie okolice tego drugiego a wreszcie błękitny Pacyfik i wysepki Wielkiej Rafy Koralowej. Steward proponuje coś do picia. Na uwagę, że być może za wcześnie jeszcze na piwo (jest około południa) dowcipnie odpowiada, że "Panie! Przecież w każdej chwili gdzieś na świecie jest piąta po południu!".

Lądujemy przed czasem. Nooo, wreszcie jest nam ciepło! Może nawet trochę za bardzo, bo jak przystało na podrównikowe miasto na wybrzeżu duchota wręcz obkleja. Ustawiamy się w dość długiej kolejce po wizy, wydawane na lotnisku. "O, z Polski! Tak daleko!" Pani ze zrozumieniem i podziwem słucha o naszych podróżniczych planach i bez problemu wkleja żółte naklejki z rajskim ptakiem do naszych paszportów. Możemy tu zostać nawet dwa miesiące! Będziemy jednak tylko nieco ponad tydzień, na początek w stołecznym Port Moresby.

Z lotniska odbiera nas polski werbista, ksiądz Zdzisław ("To Ty jesteś Rafał? Witaj! Zdzichu jestem") i obwożąc nieco po mieście zawozi na kwaterę. Gości w prowadzonym przez werbistów domu jest sporo, ale znajduje się dla nas przytulny pokoik z wiatrakiem u sufitu. Odświeżamy się nieco i zachęceni przez Zdzicha jedziemy z nim do ogrodu botanicznego. Oprócz przepięknych storczyków i orchidei (to chyba nawet to samo?) można tam też obejrzeć rajskie ptaki, z których Nowa Gwinea zasłynęła zanim jeszcze dotarli na nią Europejczycy. Piórami tych barwnych stworzeń handlowano w postaci całych skórek, które Papuasi pozbawiali bezwartościowych w handlu nóg. Stąd wzięło się w Europie przekonanie, że ptaki te, o barwach przekraczających wyobraźnię, musiały pochodzić prosto z Raju. Słońce je malowało na złoto i czerwono a one same nigdy nie brukały się kontaktem z ziemią. Nawet Karol Linneusz, wprowadzając powszechną klasyfikację organizmów, nazwał je Paradisaea apoda, czyli beznogie rajskie ptaki. Oficjalna polska nazwa jest równie wdzięczna co melodyjna: cudowronki (na czele z krasnopiórą, która znalazła miejsce w godle PNG).




Obejrzawszy kwiaty, ptaki (także piękne korońce) i kangury drzewne, wracamy do domu księży werbistów. Po drodze oglądamy miasto, intensywnie modernizowane i sprzątane na tegoroczny szczyt APEC. Trochę nam przypomina Yaounde, z zatłoczonymi pojazdami (tutejsze jednak nie są tak rozklekotane) i ciemnoskórymi ludźmi przesiadującymi w większych i mniejszych grupkach pod drzewami. W domu już poznajemy innych ciekawych ludzi: brata Radża, Radka (nie brata), księdza Janusza i biskupa diecezji Wewak ("Cześć! Józek jestem.") Na ciekawych, jak zawsze w misjonarskim gronie, rozmowach upływa nam popołudnie a Żonka może się wykazać smażąc schabowe na kolację. Zmrok, jak przez cały rok, zapada około 18-tej. Czas się przepakować i wypocząć przed jutrzejszą podróżą. Koniec żartów, zaczną się góry. I to dosłownie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz