Etykiety

czwartek, 17 maja 2018

Mulgoa


Niedziela, 13 maja. Od rana bez zmian. Czyli pada i wieje, z przyjemniejszych niezmienności - obfite śniadanie w angielskim stylu. Żonka w nienajlepszym humorze, nie daje się namówić na kolejowo-taksówkową wyprawę do ośrodka szensztackiego w Mulgoa [link]. Kilka minut poszukiwań, kilka kliknięć i mamy zarezerwowane auto w Hertzu. Trzeba będzie tylko przejść kilkaset metrów z katedry, gdzie wybieramy się na - jak to zapowiadają - "solenną i śpiewaną Mszę". Drogę do katedry obadaliśmy już wczoraj wieczorem; gdyby ktoś zabłądził to wystarczy iść za dźwiękiem dzwonów. Katolicka katedra p.w. Najświętszej Marii Panny urzeka czystością neogotyckich form. Wszystko zdaje sie wystrzeliwać w górę, do nieba. Także wspaniałym śpiewem niewielkiego, dziewięcioosobowego chóru męskiego, wkraczającego główną nawą w uroczystej procesji z krzyżem i sztandarem. Nawet ta ich łacina nie brzmi tak straszliwie jak zazwyczaj u anglojęzycznych. Lud w większości azjatycki z wyglądu - ale do tego zdążyliśmy się już w australijskim Kościele przyzwyczaić. najważniejsze, że Chrystus ten sam co wszędzie.



Rozpocząwszy jak należy niedzielę idziemy do miejskiego biura Hertza po zarezerwowane rano auto. Krótkie formalności ("No worries, mate!") i odbieramy Hyundaia i10, którego oddamy jutro rano na lotnisku, przed odlotem do Papui-Nowej Gwinei. Samochód ma wbudowana nawigację, więc z wyjazdem z miasta nie będzie problemu. Niestety, nie przyszło nam do głowy sprawdzić ustawienia drogi (były "Minimalizuj drogi płatne"). Zatem prowadzi nas elektroniczna suka jakimiś uliczkami i przedmieściami, które wydają się nie mieć końca. A przecież Google Maps pokazywało, że dość łatwo będzie się wydostać z centrum... Mijane okolice i zabudowę można określić trzema "B": byle jakie, badziewne i brzydkie. W końcu jednak zabudowa rzednie, pojawiają się farmy z pasącym się bydłem oraz drogowskazy do Mulgoa. W samym miasteczku tablica kierująca do "Schoenstatt shrine". Jeszcze tylko parę kilometrów i jest: kilka niskich budynków, położonych miedzy drogą a łagodnym zboczem, schodzącym do lasu, parking i znajoma sylwetka maryjnej kapliczki. Jesteśmy u siebie.


W środku jak to w środku - tak, jak wszędzie. Tyle, że "Nic bez Ciebie - nic bez nas" tym razem po angielsku oraz ciemna karnacja modlących się wiernych. To Hindusi, chociaż pewnie już uważający się za "dinkum Aussie". Pytamy o siostrę Thomasine, o której pisał nam Josef. Jest akurat zajęta; honory gospodyni pełni młoda i pełna werwy siostra Emilyne z Filipin. Okazuje się, że jest kursową współsiostrą naszych kochanych Emiliany, Joasi, Ines i Sary. Świat jest jednak mały - a nie spotkaliśmy jeszcze tej, z którą mamy wspólnych znajomych. Siostra Thomasine okazuje się być pełną empatii, serdeczną starszą panią, która słucha zanim sama coś powie. Jest pełna podziwu dla naszych poczynań, na nowogwinejskim i afrykańskim kierunku, chociaż nie uważamy, abyśmy robili coś szczególnego. Miała być krótka rozmowa w przerwie ważnego spotkania a zrobiła się z tego prawie godzina. "Idźcie na dół, drogą do lasu. Właśnie byłam tam na różańcu i spotkałam kangury".



Nie trzeba nam dwa razy tego powtarzać. W końcu po to między innymi przyjeżdża się do Australii aby te fascynujące zwierzęta zobaczyć - najlepiej na wolności. Są, tam, w wysokiej trawie. Cztery osobniki. Podchodzimy bliżej i widzimy, że dwójka z nich to zapewne mama z małym. No tak, w końcu dzisiaj w Australii (i paru innych krajach też, np. w Belgii) świętuje się Dzień Matki. Chwilę przyglądają się nam z zaciekawieniem ale zapewne nie wyczuwając wrogów wracają do zajęć: oklepywania się łapkami, skubania trawy lub leżenia w niej. Wrażenie obcowanie z naturą jest nie do opisania. Wracamy pomału pod górę, do sanktuarium. Chwila z Mamą i czas wracać. Ale przecież gdzie Mama - tam i Ojciec! Statua o znajomym, dobrotliwym obliczu brodatego staruszka. Parę chwil zadumy (rozmowy?) i naprawdę czas wracać. Niedługo będzie ciemno a w samym Sydney pewnie korki.





Tym razem wybieramy opcję z autostradą. Trzypasmowa, ale i tak nie da się rozpędzić. Bliżej centrum zatory, które jeszcze bardziej upodabniają Sydney do jakiegokolwiek innego dużego miasta w rozwiniętym świecie. Cóż, mimo kilku fajnych widoków i przemiłych ludzi  nie zachwyciło nas. Pewnie kiedyś tu jeszcze wrócimy, ale chyba tylko tranzytem. Klucząc nieco po drodze do Woolloomoolloo docieramy w końcu do naszego hotelu. Kolacja (tradycyjnie: paje z mięsem i frytki z ulicznej budki, za kilkanaście dolarów), pakowanie (musimy zmniejszyć ilość walizek; za to każda z nadawanych może mieć 7 kg więcej) i idziemy spać. Trzeba jutro wstać przed 6, aby zdążyć dojechać na lotnisko, oddać samochód i odprawić się na lot do Port Moresby. Zaczyna się prawdziwa wyprawa w nieznane.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz