środa, 30 maja 2018

Kondominium

Terminal międzynarodowy portu lotniczego im. Jacksona w Port Moresby przyjemnie nas zaskoczył schludnością, czystością i funkcjonalnością. Powyżej poczekiwań okazała się też oferta barów i sklepików, pełnych papuaskich pamiątek (były też kartki pocztowe). Kupujemy parę drobiazgów dla siebie i znajomych oraz zamówioną wanilię dla Justyny z "Redemptoris Missio". Lot Air Niugini do Port Vila, z międzylądowaniem w Honiara na Wyspach Salomona jest trochę opóźniony, ale przecież nigdzie się nie spieszymy. Dają nam cos do picia i wrap z czymś dobrym w środku, do Guadalcanal pozostało nieco ponad pół godziny. Schodzimy do międzylądowania. Przesuwa się pod nami lesisto-łąkowy krajobraz Guadalcanalu, arena krwawych walk w czasie II wojny światowej. Jak to ludzie (biali w dodatku - bo Japończycy dla miejscowych to też raczej biali) potrafią zniszczyć każde piękno natury...



W Honiara wysiada większość z około setki pasażerów, zostaje jakaś dwudziestka. Kontynuujemy lot na południe, do Port Vila - stolicy Republiki Vanuatu. Wita nas ona terminalem nie większym od tego w Honiara i znacznie mniejszym od tego w Port Moresby, ze stojącymi na płycie barwnymi samolotami Air Vanuatu. Kontrola paszportowa, pieczątki, kwarantanna (bez problemu), zakup kart SIM Digicel (jedna darmowa z 500MB (tylko 5vt za rejestrację); 2GB za 2000vt). Wymieniamy pozostałe nam papuaskie kina i wypłacamy więcej vanuateńskich vatu. Nazwa tutejszej waluty nie ma nic wsplnego z podatkiem od wartości dodanej - oznacza ona tutaj "koronę" (kurs do euro ok. 130). Taksówką docieramy do Vanuatu Holiday Hotel. Pani w recepcji wita nas po francusku. Tu konieczne jest małe historyczne wprowadzenie. Vanuatu w czasach kolonialnych nosiło nazwę Nowe Hebrydy i było jedynym w dziejach przykładem kondominium - wspólnego, brytyjsko-francuskiego zarządu nad tymi wyspami. Co rano równiutko, aby nie wyprzedzać, wznoszona na maszt Trójkolorową i Union Jacka. Maszty wcześniej były ustawiane za pomocą geodezyjnych deniwelatorów, aby żaden nie był o centymetr (tudzież o cal) wyższy od drugiego. Funkcjonowały dwie waluty i dwie odrębne administracje oraz dwa systemy sądownicze. Świętowano 14 lipca i urodziny królowej. Pozostałością po tych czasach (Vanuatu uzyskało niepodległość na początku lat 80-tych XX wieku) są dwa języki urzędowe (wraz z bislama - tutejszym pidżinem) oraz prawostronny ruch drogowy.


Hotel nas szczególnie nie zachwyca (oprócz kwietnych girland w patio), ale to tylko na jedną noc. Jest już popołudnie, wychodzimy na krótki spacer. Niby to centrum kilkunastotysięcznego miasta, ale jakby na peryferiach. Mijamy położone w pobliżu budynki parlamentu oraz kilka chińskich supermarketów. Miasto ogólnie jest czyste, ulice mają tabliczki z nazwami, trudno się pogubić.  Na kolację wybieramy restaurację Waterfront, położoną przy samej zatoce: żaglówki stojące na bojach, kosmicznie drogi Iririki Resort naprzeciwko. Ceny i porcje w restauracji też iście paryskie: stek z kulumu mash (puree ze słodkich ziemniaków) i garsteczką warzyw, podobnie "fish of the day" (filecik...), do tego sok i miejscowe piwo "Tusker" - razem ok. 60 euro...


Wyspawszy się idziemy na śniadanie. Niby kontynentalne - ale z jakiego kontynentu? Tylko tosty, dżem, kilka kawałków owoców i Weetabixy z mlekiem. Na chwilę wystarczy. Wymeldowujemy się i bierzemy taxi do Moorings Hotel, gdzie zatrzymamy się po naszym powrocie z Tanny. Tam zostawiamy bagaże (wcześniej przepakowane - na loty wewnętrzne jest tylko 10 kg limitu) i idziemy w miasto. Ładne nabrzeże (plaża właściwie), ze ścieżką i ławeczkami, rzeźby. Sklepy i sklepiki, pamiątki, drogerie, duty free (tańsze niż w Europie, dostarczane na lotnisko i do odbioru już po kontroli). Są kartki i ciekawego kształtu znaczki. Wracamy do hotelu - nasze 2 kabinówki zostaną tu do soboty. Zapraszamy Makosa (taksówkarz) na drinka. Tusker Lemon, ice coffee z lodami i Sprite, 1300vt (ok. 10 euro). Jedziemy zakorkowanymi, wąskimi ulicami - miasto w ogóle się nie rozwinęło w tym kierunku (jak Port Moresby), a aut przybyło. Droga na lotnisko, też wąska, wśród drzew. Terminal krajowy, jak dworzec PKS w Mogilnie. Lekki syfek, śmieci na podłodze (nie sprzątają tak jak w PNG, mają chyba bardziej afrykańskie podejście). Tabliczki z destynacjami wkładane w ramki, bagaże typu "zakupy ze stolicy". Odprawiamy się, jemy mały lunch (mini pizza, paj i woda mineralna) za 1400vt. Panuje spory ruch - część międzynarodowa terminala też jest mała, pasażerowie z jednego B737 już robią tłok. Oprócz Air Vanuatu lata tu Air New Zealand, Fiji Airways, Virgin Australia i Air Niugini. Ciekawe twarze, różnorodność kolorów, odcieni i rysów - co wyspa to pewnie inny typ antropologiczny.



Wracamy na terminal krajowy, uiszczamy podatek wyjazdowy (200vt od osoby) i z ciekawością obserwujemy lokalesów. Wylot na Tanna będzie z lekkim obsuwem, dzieci zabijają nudę uganiając się za karaluchem i rozdeptując rozsypane ciasteczka Oreo na podłodze. W ogóle lekki tu syfek. Nasz ATR-72 na szczęście jest czysty i w miarę nowy. Coś w nim jednak wonieje i popiskuje. Odkrywamy po chwili że to kurczaki w części cargo. Pewnie rozbiegły się po płycie lotniska i opóźnienie wynikało z konieczności ich wyłapania... Okaże się zresztą na Tanna, że cargo jest dwa razy tyle co bagażu pasażerów - stąd pewnie te limity (10kg na osobę, ale chyba tego nikt nie przestrzega - duże walizki i tak lądują w części bagażowej).



Lot jest krótki, trwa nieco ponad pół godziny. W dole Pacyfik i wyspa Emorrageno, mało śladów ludzkiej aktywności. Zejście do lądowania, wybrzeże, plaże, palmy i domki, malutki terminal - mniejszy nawet niż na kanaryjskim El Hierro. Oczekiwanie na bagaże przy ladzie, chłopaki sami ciągną wózki z pakunkami.

Wychodzimy i szukamy naszego Johna. Podchodzi, wita się. Jedziemy pick-upem Isuzu, przed nami 1,5h jazdy na drugą stronę wyspy.

Na początek asfalt, sklepiki w Lenakel. My kupujemy wodę (bo w miejscu noclegu jest ponoć skażona popiołem z wulkanu Yasur), oni zaś wuchtę warzyw i coś w skrzynkach. Na pace jadą z nami jeszcze 2 kobiety i facet. Uśmiechają się co chwila, podobnie jak mijani przez nas ludzie przy wiejskich straganach. Mimo że wszyscy na boso i ogólnie dość bidnie, ale nie jest to przygnębiająca nędza.


Nasi poprzednicy w odwiedzaniu Tanny narzekali w opisach na drogi, ale jest na razie pozytywnie nas zaskakują. "Zaaranżowane", twarde, miejscami z płyt betonowych. Kładą też nowe odcinki z płyt (o dziwo, nie ma chińskich inżynierów). Droga wije się pod górę, wchodzi w las i zarosla. Widac już drugie, wschodnie wybrzeże i za kolejnym z zakrętów - Yasur. Chmurka dymu i popiołów. Zjeżdżamy coraz węższą drogą w dół, cały czas w niezłym stanie - w porównaniu z PNG... Równina szarego popiołu z Yasur - jak równina Gorgoroth w Mordorze. Gdzie tu droga? Miejscowi wiedzą. Pokonywanie w bród rzeczek. Po drodze malutkie wioski - kilka chatek, czasem szkoła i kościół. Pniemy sie w górę, robi się ciemno. W końcu placyk, trzy chatynki z plecionki kryte strzechą, dzieciaki i psy. Jedna dziewczynka zawiesza nam sznureczki z lian z liśćmi na powitanie, John prowadzi nas "na pokoje" - domek na drzewie, na wysokości ok. 10 metrów. "Chyba Cię pogięło! W życiu tam nie wejdę!!" Miejscowi starają się dostosować drugi, rezerwowy bungalow na ziemii, ale nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Domek jest trochę rozbabrany, ponadto ma 2 pojedyncze łóżka. W końcu Żonka wchodzi z naszą pomocą na górę - przytulnie tu nawet. Jakieś 6-7 m kw, panel słoneczny na zewnątrz i akumulator z gniazdami USB do ładowania. Oświetlenie LED, moskitiera. No i widok na łunę nad Yasur oraz regularne grzmoty z jego kierunku. 



Serwują kolację: małe kawałeczki mięsa z makaronem ryżowym, zieleniną i jakimiś owocami kalarepopodobnymi, taro i batony manioku zawinięte w jego liście, kapusta wyspiarska, ryż, ananas, papaja i ogórki. Pyszne wszystko. Idziemy pod prysznic (chatka na powierzchni - jedne drzwi wc, drugie prysznic, wybetonowana podłoga, tylko zimna woda. Idziemy spać przy regularnym, co ok. 10 minut, posapywaniu wulkanu. Moskitiera działa, nic nas nie gryzie. Dobranoc, Tanno!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz