poniedziałek, 21 maja 2018

Kawa czy herbata?

Wyżyny centralnej Nowej Gwinei słyną z upraw dobrej jakości kawy. Spróbowaliśmy już jej, z małego baru w Kundiawie, w papierowych kubeczkach. Wypitej na murku przy miejscowym lotnisku, ku niezmiernemu zdziwieniu lokalesów. Po dwóch dniach pobytu w górach nadszedł czas na poszukanie owej kawy i jej producentów. Od księdza Jana dostajemy wskazówki gdzie ich szukać oraz sterane, 24-letnie Suzuki Samurai. stare, ale nie do zdarcia. Dzielnie radzi sobie na Highlands Highway - głównej szosie łączącej wybrzeże (port w Lae) z wyżynami i górami. Tak jak na odcinku z Mount Hagen, również dalej na wschód, w kierunku Goroki, droga znajduje się w żałosnym stanie. Odcinki z asfaltem nie są dłuższe niż kilkaset metrów a i wtedy pełno na nich dziur. Niektóre głębokie na 20-30 cm. W jednym ze szczególnie dziurawych miejsc stoją jednak miejscowi panowie z łopatami i kijami, niby to zasypując te dziury i naprawiając drogę. Oczywiście, od przejeżdżających żądają za to opłaty. 2, 5, 10 lub 20 kina... Wszystko im jedno, dlatego zadowoleni są ze zwitka kilku 2-kinowych banknotów i pozwalają jechać dalej.


Gęstość zaludnienie Papui-Nowej Gwinei wynosi 15 osób na kilometr kwadratowy, jest więc prawie 10 razy mniejsza od polskiej. Co z tego, skoro ma się wrażenie, jakby wszyscy mieszkańcy gór gromadzili się przy tej jednej drodze. Siedzą i leżą w cieniu drzew, snują się poboczami, sprzedają owoce i warzywa (rzadziej piwo, Maggi i kostki rosołowe) z przydrożnych straganów. Zatrzymujesz samochód niby w ustronnym miejscu, nikogo nie ma, chcesz pójść za potrzebą w krzaki. A tu krzaki  nagle ożywają, wychodzi gość (lub kilku) z maczetami. Nie, nie mają złych zamiarów - po prostu pracowali w lesie, polu czy ogrodzie. Uśmiechają się szeroko, pozdrawiają i po prostu ciekawi są obcych - w dodatku białych. Mimo tej naszej inności nie czujemy się tutaj jednak jak bankomaty - co częste jest niestety w Afryce... Papuasi zdają się mieć więcej osobistej godności, mimo widocznej, niższej od afrykańskiej, marnej stopy życiowej. Nie mają ponadto - często przechodzącego u Afrykańczyków w niechęć i agresję - kompleksu niewolnictwa i kolonializmu. Nowa Gwinea - jako całość - dopiero w końcu XIX wieku została podzielona między Wielką Brytanię, Niemcy i Holandię. Niemieckie panowanie w północnej części wyspy ustało dość szybko, bo z końcem I wojny światowej. Pozostały po nim niektóre nazwy: Archipelag i Góry Bismarcka, Góra Wilhelma czy Finschhafen. Była Nowa Gwinea Niemiecka i leżące na południu Terytorium Papui były przez kilkadziesiąt lat dobrze zarządzane przez Australię. Już w 1949 roku wydano ustawę o niepodległości PNG, która stała się faktem 26 lat później. Długoletnie przygotowanie do niepodległości, tworzenie instytucji niezależnego państwa i demokratycznej kultury prawnej zapobiegło znanym z Afryki niepokojom towarzyszącym demontażowi kolonii.


Znajdujemy w końcu, po ponad godzinie jazdy po wertepach, cel naszej podróży: Kongo Coffee Factory (lub, w języku pidżin, Kongo Kofi Fektori). Otwierają nam bramę, wjeżdżamy na jej teren. Informacja, że jesteśmy "friends of father Dżoaski" (tak wymawiają tu nazwisko "Jaworski"...) otwiera każde drzwi i z miejsca robi z Ciebie swojaka. Wita nas Jerry, główny menadżer fabryki. Z radością zgadza się nas po niej oprowadzić. Łączy ona w sobie funkcje punktu skupu i suszarni. Okoliczni plantatorzy mogą sprzedać swój produkt w postaci "czereśni" (kawa wprost z drzewka), ale w formie obranej, sfermentowanej, wypłukanej i wysuszonej można uzyskać trzykrotnie wyższą cenę. Fabryka zajmuje się dalszą przeróbką: oddzielaniem łupin, dalszym suszeniem (piece opalane są oddzielonymi wcześniej łupinami) i pakowaniem do worków. W tej postaci kawa jest eksportowana na cały świat, ale to jeszcze nie jest postać, jaką znamy ze sklepów. Tę uzyskuje się w palarni, której tu, w Chuave, nie ma. Obserwujemy jeszcze proces suszenia na słońcu (w pobliżu rośnie też kilka drzewek - można zobaczyć świeże "czereśnie") i delektujemy się kubkiem kawy z barku. Nazwa "Kongo" nie ma żadnego powiązania z afrykańskim państwem (właściwie to dwoma państwami) ani rzeką; po prostu tak w miejscowym języku nazywa się kamień. Kamień wapienny, którego pełno w okolicznych górach (i na drodze niestety też...)




Na drugi dzień chcemy zobaczyć plantację (być może też suszarnię i zakład obróbki) herbaty. Trzeba jechać w przeciwną stronę, w kierunku Mount Hagen. Pierwsze dwadzieścia kilka kilometrów podobnej jakości jak dnia poprzedniego. Asfalt na przemian z kamiennym rumowiskiem, stragany i przydrożne chaszcze z uprawami. W końcu, za Kudjip, po prawej stronie rozciąga się kilkunastohektarowe pole krzewów herbacianych. Niestety, jest sobota i fabryka nieczynna. Nie ma też nikogo, kogo można by zapytać o pozwolenie wejścia na pole. Szkoda... Najwyraźniej tym razem wygrała kawa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz