środa, 16 maja 2018

Dinkum Aussie

Dinkum Aussie - czyli "prawdziwy Australijczyk" lub "prawdziwie australijskie". Z czym nam się najczęściej kojarzy? Chyba z ogorzałym typem (Krokodyl Dundee), w spodniach do kolan i w koszuli w kratę, oczywiście w znoszonym kapeluszu ze skóry krokodyla lub kangura.  Tymczasem znakomita większość Australijczyków to mieszczuchy, w dodatku z wielkich miast południowego i wschodniego wybrzeża (Sydney, Melbourne, Brisbane, Adelaide). Często ze sporą nadwagą, wynikającą z siedzącego trybu życia (chociaż w telewizji najchętniej oglądaliby sport - w tym specyficznie australijskie dyscypliny, jak miejscowy futbol (połączenie futbolu irlandzkiego z rugby i zwyczajną nawalanką - w wynikach meczów uwzględniana jest np. liczba rannych z każdej drużyny), krykiet czy rugby. Taki "dinkum Aussie" zazwyczaj nigdy nie wyjechał poza granice swojego stanu (chyba, że na Bali - często taniej to wyjdzie niż na drugi kraniec Australii) i ma pojęcie o świecie zbliżone do średniej amerykańskiej. Coraz częściej też Aussie ma wygląd Chińczyka, Indonezyjczyka czy Filipińczyka. Nie oznacza to, że nie ma już dziś owych "typowych" Aussie, mieszkańców Outbacku, hodowców bydła czy poszukiwaczy opali. Są oni jednak mniejszością.


Dinkum Aussie to w naszych wyobrażeniach eukaliptusowy busz, czerwony piasek centralnych pustyń czy pełne krokodyli rozlewiska na północy. Ale czy miejska dżungla Sydney jest mniej dinkum? Duże miasto, ładnie położone nad brzegami doskonałego nawigacyjnie Port Jackson, im dalej od wody tym jednak brzydsze i mniej ciekawe. Nowoczesne budynki bez wyrazu (to w centrum), gdzieniegdzie otaczające jakiś "pomnik historii" (w Australii jest nim wszystko starsze niż 50 lat). Niska zabudowa przedmieść, byle jakie domy, centra handlowe. Jak w każdym rozwiniętym kraju. Za to dalej już robi się ładniej. Małe miasteczka (bo wieś w naszym, europejskim znaczeniu, w Australii raczej nie występuje), świetliste lasy i rozległe łąki trawy spinifex. Można na niej spotkać pasące się kangury. Czerwone pustynie i busz też będą, za jakiś miesiąc :-)


Podróżowanie "dinkum Aussie" to właśnie ów słabo zaludniony Outback: busz, pustynia lub eukaliptusowe lasy. Ale Australia to przecież również jej wielkie metropolie, ze wspomnianym wyżej Sydney na czele. Docieramy tam w piątkowe popołudnie po dość męczącym locie z Pekinu. Mariners' Court Hotel mieści się w dzielnicy o tyleż dziwacznej co wdzięcznej nazwie Woolloomoolloo. Podobno tak krajowcy wymawiali "windmill" - bo właśnie wiatrak miał tu kiedyś stać. Z hotelu w kilka minut dochodzi się do jednej z odnóg Port Jackson - zatoki, nad którą położone jest Sydney. Znakomity i dobrze osłonięty naturalny port, gdzie dotarł ze swoją ekspedycją James Cook w 1770 roku. Zanim odkryli Port Jackson, wylądowali w położonej bardziej na południe Zatoce Botanicznej. Dziś jej okolice mało mają wspólnego z botaniką: z jednej strony terminal kontenerowy i rafineria, z drugiej międzynarodowe lotnisko. Odespawszy międzykontynentalny lot, posiliwszy się solidnym śniadaniem (w stylu brytyjskim, czyli bekon, jajka, pieczarki i fasola w sosie pomidorowym), wychodzimy na spacer.


Pogoda "dinkum Aussie" to - w naszym wyobrażeniu - kobaltowy błękit nieba i temperatury w okolicach trzydziestki. Tymczasem Sydney powitało nas deszczem i antarktycznym chłodem (14-16 stopni; silny wiatr powodował, że odczuwalna temperatura była jeszcze niższa). Południowa Australia leży wprawdzie na szerokości geograficznej Hiszpanii (oczywiście, licząc w każdą stronę od równika), ale nie ma szczęścia korzystać z ocieplającego europejski klimat Prądu Zatokowego (Golfsztromu). Wręcz przeciwnie, większość australijskiego wybrzeża obmywają zimne prądy morskie, niosące chłodne powietrze znad Bieguna Południowego. Prognozy dla Nowej Południowej Walii (stan, którego stolicą jest Sydney) zapowiadały nawet mróz i śnieg w wyżej położonych miejscowościach (np. w okolicach Góry Kościuszki). Akurat jednak nie pada, więc można nawet zrobić parę zdjęć. Na przykład zacumowanym w Woolloomoolloo okrętom australijskiej floty (dwie fregaty klasy Adelaide oraz dwa olbrzymie okręty desantowe) lub przyrodzie w Parku Macquarie i ogrodzie botanicznym (stada białych kakadu, śmieszne brodzące ptaki z długim, czarnym dziobem oraz różnokolorowe kwiaty). Bliżej cypla park rzednie i otwiera widok na najbardziej chyba znany kadr kojarzony z tym miastem: majestatyczny Harbour Bridge i awangardowy gmach opery. Strzelamy selfie i idziemy dalej.




"Dinkum Aussie" to także góra mięcha na talerzu. Zgłodnieliśmy, jest już popołudnie. Zachęceni ceną zestawów obiadowych wchodzimy do jednej z restauracji przy Circular Quay. Steki są rzeczywiście przepyszne - takie, jakie pamiętamy z Australii A.D. 2007. Jednak coś może być "fair dinkum", bez "ale". Podobnie jak napotykani po drodze ludzie, ale o tym innym razem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz