wtorek, 13 marca 2018

Bzzz..., czyli bezsenność w Jaunde

Bzzz... Bzzz... Nie, niestety to nie odgłos regularnego oddechu spokojnie śpiącego człowieka. Człowiek nie śpi, wiercąc się na łóżku. Nie śpią także wydające owe odgłosy stworzenia. Nadlatują, pojedynczo, jak Stukasy z wyciem syren. Pokręcą się to tu, to tam. Niby już siadają – chlast! - bijesz się po uchu, aż potem długo w nim dzwoni. Nic nie słychać. Ufff! Zabity lub przestraszony. Próbujesz zasnąć. Już, już świadomość odpływa, robi się sielsko i błogo. Nagle znów, narastające, zbliżające się bzzz...

Jasna cholera! Mówią, że Panu Bogu nie udała się starość. Ja tam myślę, że bardziej nie udały mu się komary. Rozumiem, że zwierzę i jeść musi. Akurat krew. No to niech się nażre (napije raczej) i spada! Ale nie, najpierw cię zadręczy bzykaniem, raz z lewej, raz z prawej, potem w miejscu, gdzie się nie spodziewasz, cichutko usiądzie i kłujkę w naczynia krwionośne wkręci. Dobra, niech ma. W końcu się przez to nie wykrwawię. Tylko dlaczego musi to potem tak swędzieć?!

Mija północ, pierwsza, trzecia trzydzieści. Znów próbujesz zasnąć. Znów odlatujesz w niebyt, by brutalnie zostać wybudzonym narastającym brzęczeniem. Zrezygnowany myślisz: «A niech się nażre i napije!» Tylko co, jeśli jest ich więcej? One nigdy nie atakują w stadzie, tylko pojedynczo, jeden po drugim. Zupełnie jak adwersarze głównego bohatera w filmach z nawalanką. Pojawia się też druga myśl: «A jeśli któryś z nich przenosi malarię?» Podejmujesz zatem znów nierówną walkę z brzęczącym paskudztwem...

Pół biedy, jeśli je słychać. Czasami bezsenną noc urozmaici tropikalna burza z deszczem. Takim, którego łomot w blaszany dach zagłusza nawet własne myśli. A nie jest to jeszcze ulewa taka jak w porze deszczowej, o nie! Tamte napełniają dwa tysiąclitrowe zbiorniki na deszczówkę w siedem minut! Ale i tak wali, tuż nad głową. Znów pełzające myśli (bo tu, w Afryce, myśli nie galopują. Tu nic nie galopuje, tylko snuje się bez celu...) Początek deszczu to wszak ulubiona pora włamywaczy. Nikt ich nie dosłyszy a i często nie dowidzi w atramentowej ciemności nocy (bo deszcz często równa się wyłączeniu prądu). Nie śpisz więc już, tonąc we własnym pocie mimo furkoczącego wentylatora. Zamykasz drzwi na klucz, ale i tak nie ufasz takiemu zabezpieczeniu. Czwarta nad ranem... Nie, sen już nie przyjdzie.

Trzy minuty przed szóstą, trzy uderzenia dzwonu. Zaraz poranna Msza. Zwlekasz się ledwo żywy, po nocy pełnej zasypiań i przebudzeń, dziwnych myśli i odrętwienia przemieszanego z wściekłością. Odeśpisz trochę po śniadaniu, a może i po południu. Pewną ulgę w conocnych męczarniach przyniesie dopiero lampa przeciw komarom i rozpięta nad łóżkiem moskitiera. Ale i tak nie sprawi ona magicznie, że sen łatwo przyjdzie. Byle do rana...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz