czwartek, 8 marca 2018

Atok? A tak!

«Kontener przyjechał, rzeczy rozładowane. Przyjeżdżajcie!» Wiadomość przyszła wieczorem, więc pojedziemy nazajutrz. Do Atok, jakieś 180 km od stołecznego Jaunde. Kontener, po kilkutygodniowej, morskiej podróży z Polski dotarł najpierw do Duala, głównego okna na świat kameruńskiej gospodarki. Po kolejnych kilku tygodniach na cle mógł ruszyć w dalszą drogę. Do Atok właśnie. Dlaczego tam? Nie bardzo wiadomo. Zawiadujący tamtejszą parafią księża marianie (z Polski oczywiście) nie są głównymi odbiorcami zawartości kontenera. Ale mają schludne obejście parafii i spory magazyn, może więc dlatego? Poza tym Atok leży chyba w sprawiedliwej do wszystkich adresatów przesyłki odległości, więc każdy ma mniej więcej tak samo daleko.

Kontenery z rzeczami dla misjonarek i misjonarzy regularnie przesyłają darczyńcy z Polski. Część z tych rzeczy to zebrane przez wolontariuszy dary: plecaki i wyprawki szkolne dla dzieci, leki, środki czystości. Część zaś misjonarze sami zamawiają lub kupują podczas pobytu w Polsce. Narzędzia, materiały budowlane, czasami coś z niedostępnej tu żywności. Czy to się opłaca? Jako przykład niech posłuży 10-litrowy baniak «folii w płynie», do uszczelniania posadzek w łazienkach. W Polsce kosztuje on 71 zł, w Kamerunie (w internecie widnieje nawet identyczne zdjęcie tego produktu!) - dziesięć razy tyle...
Cokolwiek by się w kontenerze nie znajdowało – trzeba jechać to odebrać. Wyruszamy zatem zaraz po śniadaniu, niezawodną Toyotą Land Cruiser (chociaż droga będzie asfaltowa i raczej dobrej jakości). Najpierw znajome okolice Odza, skrzyżowanie w kształcie «Y», z pomalowaną na czerwono oponą (przednią od kombajnu?), robiącą za środek ronda. Jedziemy w prawo, pod górę, aż do następnego skrzyżowania. Teraz w prawo, południowymi przedmieściami Jaunde. Na «Skrzyżowaniu Przyjaźni» (francusko-kameruńskiej) tankujemy paliwo i ruszamy dalej.


Afrykańskie miasta, zwłaszcza metropolie, to zazwyczaj niewielkie, ścisłe centrum, z budynkami ponad 2 piętra (czasami nawet z grupką kilkunastopiętrowych wieżowców) i ciągnące się kilometrami, niczym nie różniące się od siebie przedmieścia. Wzdłuż drogi przesuwają się sklepiki, zakłady usługowe, bary. Z każdego dudni muzyka. Co jakiś czas – mały, lokalny targ. Na mniejszych skrzyżowaniach – chłopaki z motorkami («mototaxi»), na większych – sznur żółtych taksówek, funkcjonujących jako transport publiczny. Na wschodnich przedmieściach zaskoczą nas autobusy miejskie, z wyświetlonym numerem i opisem trasy. Nawet nie takie złomy, jak większość taksówek. Pierwszy raz widzimy coś takiego w Kamerunie.
Miasto nieustannie rozpełza się na wszystkie strony. Tabliczki «Yaounde», niegdyś stojące na granicy miasta i buszu, dzisiaj znikają wśród gęstej zabudowy. Ciągnie się to kilometrami, czasem rzednieje i zanika, i gdy już myślisz, że wyjeżdżasz z miasta – ponownie gęstnieje, wraz ze wzmożonym ruchem ulicznym. Wyjazd z takiego miasta pochłania prawie połowę ogólnego czasu podróży. Wreszcie pojawiają się plantacje manioku, ananasów i papai. Rogatka, opłata za przejazd. Teraz już tylko zieleń zarośli i z rzadka rozrzucone wioski. W nich szkoły, kościoły wszelkich chrześcijańskich denominacji, czasem małe meczety. Dom sołtysa z powiewającą przed nim trójkolorową flagą z żółtą gwiazdą. Potem znów przyroda i tak do następnej wioski, miasteczka lub skrzyżowania.


Nie byłoby podróżowania po Afryce bez... sznurka. Czyli różnej maści kontroli. Policja i żandarmeria, straż ochrony przyrody i lokalne straże bezpieczeństwa. Stajemy tylko raz, podchodzi gadatliwy żandarm w czerwonym berecie. «Dzień dobry! A skąd? A dokąd? A po co? A może, skoro zbliża się Dzień Kobiet, to łaskawa Pani postawi coś dzielnym żandarmom? Nie? To szkoda... Może następnym razem? Szerokiej drogi!» Przed nami Ayos, jedyne miasteczko na naszej trasie. Po lewej sklepiki, po prawej targowisko. Gdzieś tu jest szpital, gdzie na kursie przebywa siostra Alicja. O, są tablice o nim informujące. Ale gdzie budynek szpitala? Takowego nie ma a sam obiekt rozrzucony jest kilkunastoma pawilonami na wzgórzu za miastem. Całkiem jak szpitale w gnieźnieńskiej Dziekance, pomorskim Świeciu czy podwarszawskich Tworkach, o wiadomej specjalizacji...


Tuż za Ayos droga schodzi w dół, w dolinę rzeki Nyong. To granica dwóch regionów: Centralnego i Wschodniego. Kameruński wschód to dżungla, bieda, czary i Pigmeje. Czyli dzicz, panie, dzicz. My jednak zaledwie muśniemy tej nieznanej nam jeszcze krainy. Oto już Atok, cel naszej podróży. Kościół – Sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Nowe i czyste zabudowania, równy i soczysty trawnik. Widać rękę dobrego gospodarza. Niestety, księdza Franka nie ma na miejscu – pojechał do Ayos (więc to jego mijaliśmy po drodze, w dżipie z granatowym napisem «Peres Mariens», który z daleka wygląda jak «Police» - przypadek? ;-) Odbieramy zatem paczki zaadresowane do ojca Darka (zmieściły się) i ruszamy w drogę powrotną.


Droga krajowa nr 10 to główna trasa z wybrzeża i centrum na wschód. I dalej, nieco okrężnie, na północ (innej drogi, przynajmniej o takim standardzie, nie ma). Jedzie więc nią wszystko, co na wschód i północ trzeba dowieźć. Klimatyzowane, pasażerskie autokary «Touristique Express» i mniejsze, lokalne, z piramidą bagaży na dachu. Wyładowane na sześć metrów w górę ciężarówki i osobówki o różnym standardzie technicznym. W drugą stronę, do Jaunde i Duali, wracają ciężarówki z browarnymi skrzynkami pełnymi pustych butelek po «33», «Guinnessie» i Coli. Uwagę zwracają jednak ciągniki siodłowe z dłużycowymi naczepami, wiozące olbrzymie pnie wiekowych drzew. Na wschód ciężarówki te naczepę wiozą na «pace», z dyszlem klującym w niebo jak jakaś armatohaubica dużego kalibru. Jakby nie patrząc, jadą one na wojnę. Wojnę ludzkiej zachłanności i chciwości (w europejsko-arabsko-chińskim wydaniu) z afrykańską przyrodą. Szosy i bite drogi sięgają coraz dalej w dziewiczy las, a im dalej sięgają – tym tego lasu mniej. Wyjeżdża on, pocięty i pokonany, na zachód. Niektóre pnie mają prawie dwa metry średnicy! Przy tej skali wyrębie, afera z naszą Białowieżą to zwykła, lokalna przecinka...

W odwrotnej kolejności niż rano «zaliczamy» kolejne punkty trasy do Jaunde. Rzeka Nyong, Ayos i kontrola żandarmerii. Dwa punkty opłaty drogowej, przy których miejscowe kobiety i dzieci sprzedają przekąski dla podróżujących: orzeszki ziemne, ananasy w kawałkach i wielkie jak kciuk larwy chrząszczy, nadziane jak szaszłyki i upieczone na ostro. Znów chaos zabudowy stołecznych przedmieść, potem coraz bardziej znajome okolice. Nasz zjazd, droga do sierocińca. Zielona brama, dom. Misja wykonana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz