wtorek, 27 lutego 2018

Zmiany, zmiany, zmiany...

Zmiany... Może nie aż takie, jak w końcowej scenie «Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?» ale zauważalne. Najpierw na stołecznym lotnisku w Yaounde. Jakby mniej kontroli i jakby mniej one były uciążliwe. Później droga do centrum. Nie ma już wielkiego ronda, gdzie krótka dojazdówka na lotnisko odchodziła od drogi krajowej nr 2. W tym miejscu powstaje węzeł przyszłej autostrady, która ma znacznie usprawnić dojazd do centrum i północnych, biznesowo-administracyjnych dzielnic. Na razie stoi tam wiadukt a z ronda ostała się kiczowata rzeźba lwa. Odkryję później, że także drogi lokalne w pobliżu domu się poprawiły: utwardzono nawierzchnię, obmurowano rynsztoki. Nie spłyną czerwonym błotem jak przyjdą deszcze.
Brama do Foyer Saint Dominique nie zapowiada nic nowego. A jednak! Nowy dom już na tyle zaawansowany, że ojciec Darek się doń przeprowadził, zwalniając dla nas pokój w dawnej «klauzurowej» części starego domu. Dostaliśmy nowe, podwójne łóżko oraz nowy, jeszcze w folii, materac. Nie mamy za to sąsiedztwa gołębi, które przeniesiono do gołębnika przy kurniku. Wśród kur też nowi mieszkańcy: indyki i pawie. Króliki powędrowały do klatek w «ogródku», przy murze. Obok druga klatka a w niej ze dwadzieścia świnek morskich. Nie do zabawy, o nie... Tutaj zwierzę ma służyć człowiekowi, najczęściej swoją śmiercią i ciałem na pożywienie. Dawny gołębnik zamieniono w połączenie warsztatu z magazynem. Równo poukładane i posegregowane wiszą kable, narzędzia, śruby i gwoździe etc. W części bliżej starej kuchni: worki z ryżem i inne zapasy. Papugi – gadatliwy Jacqou i mrukliwa Jacquette powędrowały bliżej nowego domu, obok zapasów drewna i dzwonu «Wilhelm». Kolacje nadal jemy przy «stołach na wysoki połysk» obok starej kuchni, ale śniadanie Epi serwuje już w nowej, niczym nie różniącej się od europejskich.

Będąc tu już czwarty raz, nie jesteśmy już chyba traktowani jak goście. Przyjechaliśmy jak do siebie i tak staramy się zachowywać. Nie sępimy o internet – kupiliśmy (za jakieś 3 zł) miejscowe karty telefoniczne. Ważny miesiąc abonament na 1,5 GB internetu (po tygodniu jeszcze mamy zapas) kosztuje równowartość 24 zł. Szybkość bardziej niż zadowalająca. Ze zmian w skali makro odnotowac należy wcześniejsze w tym roku deszcze. Zazwyczaj pora deszczowa (tzw. Mała) zaczyna się pod koniec marca. Tym razem przyszła o ponad miesiąc wcześniej. Padało codziennie przez ostatnie kilka dni. Nie taki sobie deszczyk, jaki znaliśmyz poprzednich pobytów, ale prawdziwie tropikalne ulewy z burzami. Łomot bijących o blaszany dach kropel jest taki, że nie słychać osoby stojącej obok. Dzisiaj chyba nie popada – zimny front już przeszedł, na niebie cumulusy i lekki wietrzyk. Dobrze się przy takiej pogodzie biega – przypomniałem sobie trasę sprzed roku, taką na 6 do 9 km. Jeśli się trening kończy kawałek od domu – można wróćić mototaksówką. Chłopaki kasują za to 200 franków, czyli 1,2 zł.
Wróćmy jednak do domu. Zmiany widać u dzieciaków. Nawet nie to, że wyrośli. Dawni mali chłopcy nabrali szerokości w barach i zmężnieli; wczorajsze dziewczynki są już coraz bardziej młodymi, pięknymi kobietami. Niektórych już tu nie ma. O Poupinie wiadomo: od września jest w Polsce, uczy się w Łodzi języka polskiego aby w tym roku zacząć studia na warszawskiej Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Grzegorzewskiej. W maju do Polski pojadą także Cynthia i Thibot. W jaundzkim domu nie ma też Mariusa, który kontynuuje naukę w szkole rolniczej w Ebolowa na południu Kamerunu. Mały Pipiripi i starsza nieco Patricia wróćiły do swoich rodzin biologicznych. Być może jeszcze kiedyś tu wrócą... Niestety, z innych powodów nie ma już z nami Mathieu, Warrena, Marie, Fabrice'a, Meme i Leslie. Cóż, nie każdy wykorzystuje daną sobie szansę. To, oraz fakt, że trzy wychowanki sierocińca już studiują w Polsce (a wkrótce dołączą do nich wspomniani Cynthia i Thibot) jest kijkowo-marchewkową zachętą dla pozostałych. Do wytrwałej nauki i trzymania się panujących w domu zasad (te akurat są niezmienne: dyscyplina, autorytet starszych, wykonywanie swoich obowiązków w szkole i w domu, cisza przed nabożeństwami). Niezmienne są też radość i ciepło, którymi to miejsce emanuje.


Nieobecnych z nawiązką zastępują nowi mieszkańcy domu, na czele z dwuletnim Jasiem. Wszędzie go pełno, acz gadatliwy nie jest. Ojciec Darek i my mówimy do niego po polsku, starając się wychować go na osobę dwujęzyczną. Mały dużo rozumie i chętnie za nami powtarza. Jest uroczy i nie dziwota, że stał się maskotką wszystkich – mieszkańców i odwiedzających. Oprócz Jasia nowe są dwie «gwiazdy z Belabo» - Elisabeth i Rihanna. Ta druga nie mniej przebojowa od pierwowzoru. Słodki, chociaż sprawiający trochę kłopotów jest Brayan. Hebanową czernią rwandyjskich twarzy, rozświetloną tylko bielą uśmiechów, świecą Patrick, Dieudonne i Bienvenue (dwaj ostatni ochrzczeni przez nas Bohdanem (lub Bożydarem) i Witosławem). Inteligentne bestie. Skład nowoprzybyłych uzupełnia nastolatek Herve.

Za sugestią ojca Darka, na drugi dzień po przylocie, zaczęliśmy z wszystkimi chętnymi (czyli praktycznie ze wszystkimi:-) naukę polskiego. Pomału, z powtarzaniem prostych zdań: Co to jest? Kto to jest? Czy to jest? To jest? Dodajemy do tego nazwy przedmiotów i zwierząt, liczby i proste czasowniki. Dużą satysfakcję sprawia, gdy same z siebie odgadują (na podstawie wcześniejszych przykładów) jaka będzie liczba mnoga od «ławka» lub okno albo kiedy użyć jest a kiedy są. Zobaczymy, ile im z tego zostanie ale już dzisiaj widać kto w przyszłości ma szansę dołączyć do Jacky, Soni, Poupiny, Cynthii i Thibot.


Zanim jednak ktokolwiek z nich do Polski wyjedzie – my tu trochę posiedzimy. Dobrze nam tu być, powtarzając za św. Piotrem na Górze Przemienienia. W końcu to też nasz dom. Pomału jednak ciągnie nas w nieznane. Afryka wzywa i wciąga. Czy to będzie wschód, zachód czy północ? Się okaże. Już wkrótce:-) Oczywiście nie obędzie się bez relacji, na którą już teraz serdecznie zapraszam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz