Etykiety

niedziela, 18 lutego 2018

Afryka zmysłowa

Afryka przykuwa wzrok już od pierwszego wejrzenia. Najpierw żółciobrązami pustyni. Płowozłotym piaskiem i rudoburymi skałami. Przeciętymi ciemniejszymi wstęgami dróg i karawanowych szlaków. Tu i ówdzie upstrzone ciemną zielenią oaz. Im dalej na południe, tym tej zieleni pojawia się więcej. Najpierw nieśmiałej i rzadkiej, przykurzonej saharyjskim upałem. Później coraz bujniejszej, sawannowej. Soczystej liśćmi drzew i krzewów, ostrzami traw i prostokątami upraw. Sawanny coraz gęstszej, przechodzącej w zarośla i las. Wreszcie jedna, wielka plama równikowej dżungli, strzelającej w niebo brokułami koron drzew. Rudoczerwona gleba, takie też nitki dróg i podrzędnych ulic. Stalowa szarość asfaltu i pozorne srebro dachów domostw. Szarobrązowe ściany lepianek i krzykliwa żółć kameruńskich taksówek. Barwne, zwłaszcza przy niedzieli, stroje mieszkańców. Koszule, spodnie i całe suknie w Maryje, Jezusy, prezydentów czy hasła na Dzień Kobiet w danym roku. Brązowe, niebieskie, zielone i żółte. Różnokolorowe owoce i warzywa, nierealne czasami kolory roślin i zwierząt.



Przy bliższym spotkaniu Afryka uderza w nozdrza paletą zapachów. Nieokreślony, acz charakterystyczny zapach ludzi ("pachnie Murzynem" to chyba woń oleju palmowego, używanego do nawilżania skóry). Zaduch lotniskowych terminali bez klimatyzacji. Kurz dawno niesprzątanych wykładzin. Pełne spalin powietrze miast. Ciągnąca się wieczorami woń z grilla: kurczaki, szaszłyczki, maniok. Zapach kuchni w naszym domu na Odza, zależny od tego, co akurat się pichci. Używane przyprawy sprawiają, że kura, świnia, wąż czy jeżozwierz pachną tak samo. Czasami powieje słodko-kwaśną wonią rozkładających się śmieci organicznych lub spalanych gdzie popadnie plastikowych toreb. Niepowtarzalna, zanzibarska mieszanka przypraw: goździki, gałka muszkatołowa, pieprz, wanilia, kokosy. Grillowane ryby z cebulką i cytryną, natarte paprykową pastą. Kurz drogi i wysprzątane metale kolejowych wagonów.



Zobaczywszy i poczuwszy - chciałoby się spróbować. Smaki przeważnie naturalne, jakby znane i oczekiwane, ale nie do końca. Banany, mango i ananasy słodsze, pomidory bardziej soczyste, czosnek i cebula bardziej wyraziste, awokado konkretniejsze. Paląca przełyk paprykowa pasta lub ta sama papryka zmielona na proszek. Normalny smak lagera ("33", "Mutzig" czy "Rochefort") lub bardziej wyrafinowane "Orijin" lub "Guinness Smooth". Zimna woda z półtoralitrowych butelek. Potwornie słodkie napoje "Top", różniące się tylko kolorem barwnika. Czasem kubki smakowe zostają pozytywnie zaskoczone wyrafinowanymi kompozycjami, jak na przykład carpaccio z bawołu, podane w głuszy parku narodowego.



Dotyk kędzierzawych główek dzieci, jakby takie bardziej puchate jutowe worki. Skóra węża, malutki gołąbek, królik czy wytarte stylisko siekiery. Drewno różnych rodzajów. Tkaniny o stu wzorach i fakturach. Gładka, lekko się uginająca pod palcami skórka mango i pofałdowana awokado. Miły w dotyku dziobek domowej papugi, spłaszczone kształty ziaren kukurydzy. Skrzypiące od pyłu i pasku rączki Teddy'ego, muskularne i spracowane dłonie Williama. Przyjemna chropowatość chłodnej ściany i usypiająca miękkość świeżo wypranej pościeli. Chrupiąca z wierzchu a watowata w środku bagietka. Wyzierające wnętrznościami dziury w pokrytych skajem siedzeniach autobusów. Metaliczne, zakurzone elementy pojazdów i budynków. Blacha otwieranej z piskiem wejściowej bramy.



Afryka wreszcie daje po uszach kakofonią dźwięków. Gwar hali przylotów, monotonny szum taśmy bagażowej w nerwowym oczekiwaniu: doleciały czy nie? Natręctwo "pomocników", oferujących przewiezienie walizek. Zbywanych wiązankami po polsku lub rosyjsku i udawaną nieznajomością francuskiego. Koktajl klaksonów, stosowanych inaczej niż w Europie: krótko, ostrzegawczo, w staccato raczej. Budząca się wraz ze zmrokiem muzyka z głośników: z każdego baru czy sklepiku inna, każda chce zagłuszyć sąsiadkę. Dźwięk głosu ludzkiego ma w Afryce pewną specyficzna cechę. W bezpośredniej komunikacji czy w serialowych dialogach panuje wręcz wrzask. Wystarczy jednak, że jakaś osoba ma "władzę", w postaci chociażby pani w okienku czy w innym urzędzie. Wtedy mamy artykulację na pograniczu ledwo zrozumiałego szeptu. Wreszcie porywający, wielogłosowy śpiew. Zwłaszcza na liturgii. Postukiwanie grzechotki, rytmiczne klaskanie. Gadanie papugi, gruchanie gołębi, milknące wraz z nocą odległe hałasy miasta. Czerń nocy z jej tajemniczymi odgłosami. Ciszy nie ma nigdy - może chyba na pustyni? Ale tego jeszcze nie doświadczyliśmy.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz