sobota, 24 lutego 2018

A jednak!

Po pełnym przygód powrocie z Afryki na pokładzie samolotu Ethiopian Airlines w roku ubiegłym, nie bardzo chcieliśmy ponownie korzystać z usług tego przewoźnika. Pomimo faktu, że to raczej nie z jego winy spędziliśmy parę godzin na lotnisku w gabońskim Libreville i ostatecznie wróciliśmy do Europy na skrzydłach Air France. Dzięki Ethiopian, przyznać jednak trzeba. Kolejny raz okazało się, że nie należy nigdy mówić nigdy. Nerwowe ostatnie tygodnie stycznia i pierwsze lutego, środki na przelot dostępne tydzień przed wylotem... Wszystko to spowodowało, że po raz wtóry przyszło nam się skryć pod kolorowy wachlarz królowej Saby. Tym razem wylatując z Warszawy, krótkim, "dojazdowym" lotem niemiecką Lufthansą (Lufthansa, Ethiopian oraz m.in. nasz LOT są członkami tego samego, Gwiezdnego Sojuszu - Star Alliance).

Warszawa - Frankfurt, krótki lot bez historii. Airbus A319 (D-AILP), noszący miano zacnego miasta Tybingi. Pełne obłożenie, z cateringu jedynie kanapka z szumnie zapowiadanym "kurczakiem" (który się okazał drobiową wędliną). Planowy przylot, samolot staje na płycie. Na monitorach w autobusie (a wcześniej na Google) widzimy już docelowe bramki naszego kolejnego lotu, do Addis Ababy - stolicy Etiopii. Już kiedyś z tego lotniska lataliśmy, także z przesiadkami, stąd jako taką orientację mamy. Wysiadamy z autobusu jakieś 5-10 minut od naszej bramki, gdzie już zaczynają boarding. Wchodzimy do samolotu jako jedni z pierwszych, bo mamy miejsca z tyłu. Pierwszy raz polecimy najnowszym dziełem Airbusa - modelem A350 (ET-ATY). Zachwalany jest jako bardziej oszczędny, cichszy i z mniej suchym powietrzem wewnątrz. Zobaczymy...
Boarding ma się ku końcowi, z "trzystapięćdziesiątkowych" nowinek zauważamy mniej męczące oświetlenie (chyba LED-owe), o różnych odcieniach i nasyceniu. Różne odcienia skóry mają też współpasażerowie, chociaż w odróżnieniu do połączeń z Europy do Afryki realizowanych przez Brussels Airlines lub Royal Air Maroc, tutaj większość stanowią biali. Może to przez atrakcyjność turystyczną samej Etiopii (słynne kościoły skalne w Lalibela, jezioro lawowe w kraterze Erta Ale - wciąż czekają na odkrycie przez nas...) a może z powodu dobrej siatki połączeń Ethiopian Airlines w całej Afryce (bo jak inaczej dolecieć np. do Malawi?) Z głośników słychać "boarding completed", a tu miejsce obok pozostaje wolne. Będzie można się trochę wyciągnąć podczas kilkugodzinnej, nocnej podróży. Skorzysta raczej Żonka, bo ja właśnie wybrałem nowości filmowe do obejrzenia. Ale to za jakąś godzinę, bo po starcie zaczynają podawać kolację (późną, bo jest już po 22). Wołowina z kluskami typu spaetzle, fasolka szparagowa, bułeczka z masłem i sałatka z vinaigrette. Do tego mini krakersy z serkiem i na deser serniczek. Nie ma się do czego doczepić. A - samolot rzeczywiście lepiej wyciszony od znanych nam już modeli; silniki słyszalne jak szum wiatru za oknem, bez huku odrzutowych turbin.

Oglądam Dunkierkę. Ciekawie zrealizowany, prawie jak dokument z perspektywy szeregowego żołnierza i żeglarza, z wielką wojną i polityką w tle. Dwie rzeczy uderzyły mnie najbardziej: po pierwsze, niedorzeczność konfliktu zbrojnego w Europie z perspektywy naszego dzisiejszego doświadczenia. Otwartych granic, integracji gospodarczej i politycznej, powszechnej znajomości swoich sąsiadów i braku wobec nich uprzedzeń (no, może nie do końca). Po drugie: udział w słynnej ewakuacji (Operacja "Dynamo") praktycznie wszystkiego, co po angielskiej stronie Kanału unosiło się na wodzie. Kutry rybackie, rekreacyjne jachty, słynne barki z Tamizy z bocznymi mieczami. Twardy charakter ludzi morza, od dowodzącego operacją admirała po dorastających synów właściciela jachtu. Zaś cały czas w tle - zwyczajny ludzki strach, przed nalotami Junckersów czy torpedami zaczajonego U-boota. Dla odreagowania jako drugi film oglądam najnowsze Minionki. Oprócz typowego dla tej serii humoru i ciepła, tym razem również oddanie honoru rodzinnym więzom. To nic, że ich spoiwem jest chęć robienia psikusów...
Nocny lot do Addis mija szybko, nad ranem zapalają się światła i piękne stewardessy serwują śniadanie: naleśniki z dżemem lub omlet ze szpinakiem, warzywka, ziemniaczane wedges, bułeczka z masłem, owoce. Dobrze pojadłszy pozostaje czekać na lądowanie. Międzynarodowy Port Lotniczy Addis Ababa Bole dopiero muskają pierwsze blaski jutrzenki. Tym razem stajemy przy rękawie i wchodzimy prosto do klimatyzowanej hali terminala. Niestety, odloty do Afryki Subsaharyjskiej (w tym i nasz lot, do Yaounde z międzylądowaniem w gabońskim Libreville), odbywają się z dolnego poziomu, wciąż remontowanego. Ciasno, toalety w tymczasowym kontenerze. Jesteśmy jednak wcześniej, więc po kontroli bagażu (ciekawe po grzyba?), odkrywamy sporo wolnych miejsc. Zostały nam nieco ponad dwie godziny.

Tutaj już zdecydowanie czarniej, jeśli chodzi o współpasażerów. Nieliczni Europejczycy i Chińczycy lecą raczej do ciągle przeżywającego naftowy boom Gabonu i wysiądą w Libreville. Stąd komunikaty po amharsku, angielsku, francusku i po chińsku właśnie. Do samolotu podwożą nas autobusem - tym razem polecimy znanym nam już (i to dosłownie!) Dreamlinerem (Boeing 787) ET-AOR o nazwie "Addis Ababa" - tym samym, którym lecieliśmy rok temu. W porównaniu do A350 nieco już zużyty i jakby ciaśniejszy. Obłożenie rejsu nikłe, jakieś 20% najwyżej. Mamy zatem dla siebie aż dwa potrójne rzędy siedzeń - niemalże kuszetka! Startujemy. Jako że śniadanie już jedliśmy, na początek serwują nam drinki i źle kojarzące się okrągłe ciasteczka na oliwie i oregano. Te same, które rozdawali w zeszłym roku podczas przedłużającego się międzylądowania w gabońskiej stolicy. Ciekawe, czy tym razem polecimy dalej...
Próbuję ogladać Jupiter ascending, ale albo jestem zbyt zmęczony albo nie da się tego oglądać. Wracam do klasyki z wczesnej młodości: Miłość, szmaragd i krokodyl z Michaelem Douglasem i Kathleen Turner. Jak my mogliśmy tym się fascynować? Z klejącym się oczami "oglądam" do końca i korzystam z wolnych miejsc obok, aby się trochę przespać. Udaje się aż do obiadu: kurczak lub wołowina z ryżem, świderki z pesto, krakersy, masło, serek i pudding o smaku mango.

Godzinny postój w Libreville na szczęście tym razem okazuje się być rzeczywiście godzinny. Większość pasażerów wysiada, trochę się dosiada, zmienia się załoga a obsługa naziemna sprząta pokład. Przed nami króciutki, nawet nie godzinny, lot do Yaounde. Przeglądamy jeszcze katalog sklepu wolnocłowego. Za każdym razem zastanawia mnie, dlaczego zarówno ich oferta jak i np. nagrody za uzbierane mile to takie nie wiadomo co. Setki mało komu potrzebnych gadżetów: elektroniki, drogich kosmetyków i alkoholi. Uderza to zwłaszcza przelatując nad obszarami, gdzie ludzie żyją czasem za mniej niż dolara dziennie...
Schodzimy do lądowania. Znajomy terminal i puste (jak zawsze...) stołeczne lotnisko. Jakoś sprawnie i nieuciążliwie idzie dzisiaj kontrola: kart pokładowych (czy wysiedliśmy na odpowiednim lotnisku? To wbrew pozorom wcale nie takie niedorzeczne, bo zdarzali się już delikwenci, którzy zamiast w Yaounde wysiedli w oddalonej o 240 km Douali - dobrze, że to też w Kamerunie). Potem kontrola kart szczepień, paszportowa i już. Policjant ujrzawszy cztery wizy kameruńskie (do tego nigeryjską i tanzańską) nawet się specjalnie nie przyglądał. Można czekać na bagaże (czy doleciały?) Doleciały. Wszystkie. Ładujemy się na wózek i wychodzimy przed terminal, gdzie już czekają ojciec Darek, Adam i Thibault. Parking, znajoma Toyota Land Cruiser i prosta droga do domu. Czy naprawdę tylko drugiego?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz