Etykiety

sobota, 9 grudnia 2017

Goniąc kormorany

Wróciwszy z przepięknych tarasów ryżowych w Longji do Gulin przedłużamy estetyczne doznania wieczornym spacerem po mieście. Nieco ponad milion mieszkańców - jak na Chiny to taki Inowrocław - podobnie równie mało interesujące. Wyjątkiem są zabytkowe pagody - wieże właściwie - pięknie oświetlone po zmroku na różne kolory. Wieczór psuje nieco nasz wybór miejsca na kolację - głośno, dym papierosowy, wdzięk GS-owskiej jadłodajni. Wołowina na ostro z zieloną papryką jeszcze ujdzie, ale "wieprzowina z taro" okazała się tłustymi kawałkami boczku (bardziej słoniny), skutkującymi nocną zgagą. Na pocieszenie mieliśmy uroczy kącik do herbaty w hotelowym oknie, z widokiem na rzekę.



Rzeka ta wpada do większej, o nazwie Li. Spływ nią jest jedną z większych atrakcji turystycznych Chin w ogóle, więc korzystamy z oferty całodniowej wycieczki. Tak, to nie za bardzo w naszym stylu, ale dotarcie na własną rękę do przystani i organizowanie spływu samemu byłoby bardziej czasochłonne i droższe. Najpierw jednak wczesne śniadanie (autokar na przystań ma być o 7:30). Cóż, niech oni lepiej serwują chińskie jedzenie i nie biorą się za "zachodnie"... Jajka sadzone ledwo dotknęły patelni (niezbyt gorącej chyba) a za sól i pieprz robi buteleczka Maggi i cukiernica. Przydałoby się też więcej tostów (będzie konkretna uwaga na booking.com).



Autokar przyjeżdża z lekkim opóźnieniem (w końcu zbiera wycieczkowiczów z kilku hoteli). Do przystani, dobre 30-40 kilometrów za miastem, jedziemy godzinę. Ludzi pełno, statków kilkadziesiąt i międzynarodowe towarzystwo. Jednak sprawnie zostajemy "zaokrętowani" - miejsca są numerowane, więc nie ma przepychanek. Naprzeciwko para miłych Niemców z powiatu Westerwald (dla wtajemniczonych: to tam, gdzie Hillscheid :-) ale rozmowę w dawno nieużywanym niemieckim utrudnia naparzająca z głośników muzyka. Wychodzimy na górny pokład - tu jest ciszej, chociaż na razie widoki nie zachwycają tak jak w Longji. Wioski, pasące się bawoły. Pewnie za jakiś czas zaczną się zachwalane formacje skalne o wymyślnych formach. Schodzimy na dolny pokład na lunch, który jest w cenie biletu.



Pan z naprzeciwka (nie, nie ten z Westerwald) częstuje nas przekąskami ze swojego zestawu: smażone małe krabiki, ślimaczki, rybki, krewetki i grzybki. Po przejściach ze wczorajszą słoniną grzybki wydają się najmniej ryzykowne. Ktoś dzieli się pringlesami i śliwkami w lukrecji. Herbata bez ograniczeń - jak to w Chinach. Właściwy lunch to gotowy zestaw z ryżem, tłustym mięchem (może to tutejsza specjalność?) i marchewką z groszkiem. Smacznie i dosyć, do tego stopnia, że robi się nieco sennie.



Uciekamy zatem z powrotem na górny pokład, tym bardziej że przestało padać. Za chwilę przyjdą tu wszyscy, bo przewodniczka wyjęła z portfela... banknot 20-juanowy. Tu tutaj, za zakrętem rzeki, można podziwiać widok umieszczony na rewersie tego banknotu. Oczywiście, selfie z rzeczonym banknotem musi być. Tu i ówdzie na rzece widać tratwy z rybakami w spiczastych, słomianych kapeluszach. Na ramionach - jak na szondrach poznańskiej Bamberki - siedzą kormorany, specjalnie szkolone do połowów. Oszukiwanie swych panów i zjadanie złapanych rybek uniemożliwiają im założone na szyjach obręcze. Dziś to już nie tyle sposób na rybołowstwo, co bardziej turystyczna atrakcja.


Dopływamy do Yangshuo, celu naszej podróży, pięknie opisanym (wraz z Guilin i Longji) przez Asię na jej blogu. Tu już komercja na całego, chociaż w 99% skierowana do chińskiego turysty. Zatem nikt nas nachalnie nie zaczepia gdy pomału pniemy się nadrzeczną skarpą do słynnej West Street. Sklep na sklepie i knajpki - jedyny plus to taki, że nikt nie robi problemu przy robieniu zdjęć. Dlatego mamy sporo ujęć życia codziennego a nie tylko typowo turystycznych "ustawek". Zaciekawia nas jakiś miejscowy minerał, jako żywo przypominający kawałki tłustego boczku (obsesja jakaś?) No i Panda Shop. Żonka nie mogła go darować - wychodzimy z paroma drobiazgami i półszlafrokiem. Wszystko oczywiście biało-czarne z rozkosznym, futrzanym misim pysiem.




Jeszcze na statku zdecydowaliśmy się na fakultatywną, dwugodzinną wycieczkę do skansenu, w którym prezentowana jest architektura, kultura i historia mniejszości narodowych zamieszkujących region Guangxi (Yao, Zhang, Miao i Dong). Kultura ta, oprócz muzealnych ekspozycji i rekonstrukcji ludowego budownictwa, prezentowana jest też na żywo. No, dużo powiedziane... Wygląda to tak, że płynie się łódką po jeziorku, przepływając obok domów lub całych osiedli zbudowanych w stylu jednej z wymienionych grup etnicznych. Gdy łódź się zbliża, z domu wychodzi np. chłopak-dobosz i dwie tancerki z wachlarzami, by odtańczyć półminutowy kawałek. Ludzie robią zdjęcia, łódka płynie dalej, a młodzi odpoczywają. W innym miejscu pani gra na czymś w rodzaju banjo a pan na czymś wyglądającym jak tatrzańska fujara. W jeszcze innym miejscu, do dźwięków bębna przypominającym obrzędy Indian północnoamerykańskich, tańczą odziane w skóry dziewczyny, potrząchając rytmicznie rozpuszczonymi włosami. Opuściwszy "wioski", łódka wpływa do jaskini, zapewnię wypłukanej przez wodę w wapiennej skale. Wracamy do centrum skansenu; zdążymy jeszcze zobaczyć ekspozycję stałą.










Wracamy autobusem już do samego Guilin, wysiadając na polecanym przez przewodniczkę nocnym targu. Zdecydowanie przereklamowany - tak sam targ, jak wszystkie inne, z taką samą tandetą, tyle że wieczorem. Po wczorajszej słoninie ostrożnie szukamy miejsca na kolację, decydując się w końcu na restaurację w hotelu Memory Shanghai Inn. Wbrew lokalizacji nie jest droga (za kolację dla dwóch osób zapłacimy 99 juanów, czyli niecałe 13 euro). Dostaliśmy w tej cenie okrę na parze, jajecznicę z pomidorami, żeberka na słodko-kwaśno, tofu z groszkiem, grzybkami i chili na ostro oraz ryż. Wszystko bardzo smaczne, popite później herbatką w hotelowym kąciku.

Następnego dnia w końcu możemy się wyspać. Ani nie jedziemy na jakąś poranną wycieczkę, ani nie pieje od świtu wioskowy kogut. Jedynym plusem śniadania (też "Western style"...) jest porządna kawa, co bardzo cieszy Żonkę. Czasu do powrotnego pociągu mamy sporo, więc na dworzec pojedziemy miejskim, piętrowym autobusem. Przed samym dworcem Guilin North zagaduje nas miły staruszek, pytając skąd jesteśmy. Usłyszawszy odpowiedź uśmiecha się, podnosi kciuk w górę i mówi: 波兰?很 好!"Polska? Bardzo dobrze!"

Na dworcu jak to na dworcu (w Chinach): kontrola biletów przed wejściem, kontrola bagażu i można wejść do poczekalni. Takowa przypada na każdy peron i - co za tym idzie - na każdy odjeżdżający pociąg. Nie sposób wsiąść do niewłaściwego pociągu. Tym razem pojedziemy nieco droższą pierwszą klasą (na drugą nie było już miejsc), która ma nieco szersze fotele. Obok nas podróżuje para, na oko 60-plus, cały czas zajęta... swoimi smartfonami. Cóż, postęp technologiczny w tym kraju nie zna ograniczeń wieku.

Za oknami najpierw skalne, lekko górzyste krajobrazy Guanxi (cały czas jedziemy prawie 250 km/h), które powoli ustępują uprawnym polom bliżej Kantonu. Kilkadziesiąt kilometrów przed miastem typowe, zapowiadające zbliżanie się do wielkiego miasta, widoki: sady, fabryki, osiedla, drogi, kanały, węzły kolejowe. Wreszcie nasz, Guangzhou South (Kanton Południowy). Wychodzimy, odbieramy bilety na jutrzejszy pociąg do Zhuhai i Makau, i jedziemy metrem na Shamian. Jeszcze trochę dnia zostało, więc wychodzimy na kolejną przechadzkę po Kantonie.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz