środa, 13 grudnia 2017

Bramy Zatoki, czyli z tyłu starej szafy

Tym razem wstajemy na czas i ze spokojem docieramy przetartą już trasą na dworzec Kanton Południowy. Jest wcześnie rano, ale nawet bez kawy orientujemy się na olbrzymiej stacji. Sporo podróżnych lecz bez przeszkód przechodzimy wszystkie kontrole i mamy jeszcze czas na kawę i małe co nieco na śniadanie. Jak zwykle w Chinach, dobra kawa droższa od kanapek...


Nasz pociąg to wprawdzie taki zwykły, regionalny (trasa ma niecałe 200 km), ale i tak prędkość podróżna oscyluje wokół 160-195 km/h. Mijamy podmiejskie stawy rybne, pola, sady, plantacje i fabryki. Właściwie cała trasa to jakieś miasta i podmiejskie okolice - delta Rzeki Perłowej należy do najgęściej zaludnionych obszarów w Chinach. Sporo nowych budynków mieszkalnych - na oko 30-piętrowych, ale przeważają niższe, o 3-5 piętrach. Czasami o architekturze nadającej się na "makabryłę". Linia kolejowa jest nowiutka. Na stacjach pośrednich peron odgradza od toru ściana z pleksi, z zaznaczonymi wejściami do wagonów. Obserwujemy zachowanie podróżnych. Oj, niby prawie taki sam (z europejskiej perspektywy) naród, jak Japończycy ale zwyczaje totalnie różne. Czasami stoją grzecznie w kolejce do wejścia, ale zazwyczaj pchają się iście po włosku, nie czekając na wysiadających. I tak na kolejach jest nieco większy porządek niż w metrze, może ze względu na wszechobecnych, umundurowanych funkcjonariuszy. Niekoniecznie z policji - to raczej coś w rodzaju straży kolejowej czy agencji ochrony - ale i tak ich obecność wnosi nieco porządku. Z innych obserwacji wychwytujemy niedokończone budowy: drogi i wiadukty urywające się w środku niczego. Błąd w planowaniu czy wręcz przeciwnie? ("A gdyby tu było przedszkole... W przyszłości!") Na drugim biegunie: plantacje drzew w wielkich donicach. Zostaną one posadzone później np. w strefach rozdzielających pasy ruchu na drogach. Chiny jakby ze zdwojonym tempem chciały teraz nadgonić dekady chaotycznego rozwoju i obłąkańczych czasem planów komunistycznych dyktatorów. Czasy, kiedy totalnie nie liczono się ze środowiskiem i jakością życia mieszkańców. Cóż, najpierw pełna micha (to już jest), teraz można postawić na szybki transport i smartfony. Wszędzie i u wszystkich - jakby "przedłużenie chińskiej ręki" (copyright: Joanna Skoczek :-)


Celem naszej dzisiejszej podróży jest Makau - była portugalska kolonia. Bliźniak brytyjskiego Hongkongu i jeden z dwóch Specjalnych Regionów Administracyjnych Chińskiej Republiki Ludowej. Specjalnych, bo pozostawiono im odrębny od reszty kraju system gospodarczy i (częściowo) polityczny, de facto jednak wcielając je do reszty ChRL (ostateczne zjednoczenie ma nastąpić w latach 2047-2049). Do samego Makau pociąg jednak nie dociera; wysiadamy w leżącym po drugiej stronie granicy Zhuhai. Tak, granicy, bo wjeżdżając do Hongkongu czy Makau trzeba przejść pełną odprawę graniczną i paszportową. Ustawiamy się w sporej, ale szybko postępującej kolejce. Zresztą dla nie-Chińczyków (z ChRL) i nie-Makauczyków (?) jest odrębna ścieżka. Wypełnienie małego formularza, pieczątka i wchodzimy do kapitalistycznej oazy. A tam... Normalnie, syf i malaria. Manuela Gretkowska napisała kiedyś, że w dzieciństwie Tatry po słowackiej stronie kojarzyły jej się jakby z tyłem starej szafy - szara, brudna dykta, pokryta pajęczynami. Podobne wrażenie sprawiają dzielnice Makau graniczące z Chinami. Odrapane, zaniedbane budynki, kupy śmieci, ogólnie nieciekawie. Idziemy w kierunku portugalskiej starówki i wybrzeża - owego frontu szafy. Po drodze wypłacamy nieco miejscowej waluty (pataki, nieco tańszej od dolara Hongkongu i o połowę tańszej od chińskiego juana). Niepotrzebnie, jak się potem okazało, bo sklepy i punkty usługowe przyjmują wszystkie trzy waluty (a pewnie również dolary i euro, jakby dobrze poszukać). Makau jest zakupową i hazardową mekką, celem istnych pielgrzymek złaknionych zakupów i kasynowej rozrywki Chińczyków. Jednak sklepowy asortyment na kolana nie powala, cenami tym bardziej.




Docieramy w końcu spacerkiem do starówki. Tu już jest ciekawiej, w końcu Żonka znajduje obiekty do fotografowania. Wąskie i kręte, brukowane uliczki, kościoły jakby żywcem przeniesione z Lagos lub Sines. W środku obrazy Matki Bożej Nieustającej Pomocy i "polskiego" Jezusa Miłosiernego, z "Jezu ufam Tobie" zapisanym tradycyjnym chińskim (zapis sprzed reformy w latach 1950-tych, używany w Hongkongu, Makau i na Tajwanie, czasami w firmie pionowej, od prawej do lewej; w Chinach ludowych stosuje się zreformowany zapis, tzw. "uproszczony" - pisany w poziomie, od lewej do prawej). Również sporo modlących się wiernych, także przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Oglądamy fasadę kościoła Św.Pawła, jedyną pozostałą część świątyni zniszczonej w trzęsieniu ziemi. Brukowany Praca do Senado i uliczki pełne knajpek. Wybieramy lokal z kuchnią portugalską: zupa z czerwoną fasolą, zapiekanka z dorsza, ziemniaków, śmietany i cebuli (bacalhao especial) oraz stek w sosie śmietanowym z pieczarkami i frytkami. Do tego kawa i oczywiście pasteis de nata, wszystko za 400 pataka, czyli ok. 50 euro. Tak, ceny tu już znacznie bardziej kapitalistyczne - za to jest niecenzurowany internet! Jak wygłodniali wilcy rzucamy się na nieużywanego od tygodnia Facebooka (w ChRL jest niedostępny) i informujemy świat, że żyjemy!




Dochodzimy do wybrzeża nad zatoką, zdecydowanie bardziej reprezentacyjnej części Makau. Las wieżowców, niektóre w wymyślnych formach, głównie hotele i kasyna. Ładna promenada z rzeźbami leniwych kotów, rezydencja portugalskiego konsula i długie mosty i groble prowadzące do leżących w głębi zatoki dalszych dzielnic Makau. Położonych na wyspach - naturalnych i sztucznych. Podobno ładnie tam i jeszcze bardziej portugalsko, ale stwierdzamy że starczy na dzisiaj tego Makau. Wsiadamy w miejski autobus (tani, bilety po 3,2 pataka, czyli jakieś 40 eurocentów) i wracamy do przejścia granicznego. W sklepach wolnocłowych zwalają z nóg ceny kosmetyków i używek - nawet dwa razy więcej, niż w Europie! Jednak ludzie to kupują - pewnie nowobogaccy snobi. Wracamy do Chin Ludowych.








Dziesięć lat temu, lecąc do Australii, mieliśmy długie międzylądowanie w Hongkongu. Praktycznie cały dzień wolny, który wykorzystaliśmy na zwiedzenie miasta. Może i ciekawe, ale jakoś nas nie urzekło. Enklawy brudu i bałaganu zaś sprawiły, że pomyśleliśmy: "Skoro kapitalistyczny Hongkong tak wygląda, to jaki syf musi być w czerwonych Chinach!" Jakże się wtedy myliliśmy! Wracając z Makau do Zhuhai wchodzi się jakby do innego świata. Czyste, szerokie ulice. Eleganckie sklepy z ładnymi towarami, zwłaszcza odzieżowymi (bluzeczka musi być). Ciekawie zaplanowana urbanistyka i budynki. Coś jednak pozytywnego jest w centralnym planowaniu i planach rozwojowych rozpisanych na dziesięciolecia a nie tylko na najbliższą kadencję. Jest już późne popołudnie, coś by się zjadło. Wchodzimy do może niezbyt atrakcyjnie wyglądającej knajpki, za to pełnej lokalesów. W menu jakieś żaby i fish demolition (sic!), ale jest też kurczak z ryżem oraz wołowina z makaronem i wodorosty. Oczywiście też herbata. Wszystko za jedyne 59 juanów (nieco ponad 8 euro za dwie osoby). Pomału zmierzamy z powrotem na dworzec i powrotny pociąg do Kantonu.






Rozczarowani? Nie do końca. Nie po to przecież się podróżuje, żeby zawsze podziwiać piękną przyrodę i perełki architektury. Zawsze warto - nawet do takiego Makau. Czy polecamy? Tylko, jak ktoś ma sporo czasu i był już w Hongkongu. Ale warto zobaczyć kawałek starych Chin, z postkolonialną portugalską domieszką i dynamicznie pokrywającą wszystko nowoczesną powłoką. Tydzień to jednak zdecydowanie za krótko na taki kraj jak Chiny - na pewno tu jeszcze wrócimy. Może do tego czasu odnowią starą szafę i brudna dykta nie będzie już zasłaniać Bram Zatoki*?

* Bramy Zatoki - czyli Aomen (澳門); tak po chińsku nazywa się Makau



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz