piątek, 10 listopada 2017

Żółtym ptakiem i czerwonym smokiem nad Perłową Rzekę

Wyjeżdżamy wczesnym popołudniem z domu, zostawiając samochód na parkingu w miejscu pracy. Potem metro: jedna linia, druga i Dworzec Południowy w Brukseli. Podróż pociągiem Eurostar do Londynu w zasadzie niewarta wzmianki, tak samo jak późniejsza, podmiejskim Thameslink z dworca St Pancras na lotnisko Gatwick. Kolejowej, przytorowej Anglii daleko do imperialnego przepychu Westminsteru. Ciekawym natomiast było zobaczyć w Londynie lisa... Port lotniczy Londyn-Gatwick - widać, że zbudowano go jakiś czas temu. Niezbyt funkcjonalny terminal, ciasnota części restauracyjnej i długie korytarze prowadzące do bramek. Dopełnieniem tego jest podawanie numeru bramki tuż przed boardingiem - a czasami do przejścia jest jakieś 15 minut. No, ale przynajmniej bilety były tanie. Tylko dokąd właściwie tym razem lecimy?

Zaczęło się od odkrycia faktu, że znajoma z podyplomowej szkoły została konsulem generalnym RP w Kantonie (czyli po chińsku Guangzhou, wymawiane guangdżou). Lektura jej kolejnych wpisów na specjalnie założonym blogu (gorąco polecam zresztą!), zachęciła nas do podróży. Nigdy jakoś nas do Chin nie ciągnęło, ale z werwą pisane relacje z podróży i miejskich obserwacji zmieniły sytuację. Aż pewnego październikowego dnia w zeszłym roku, wracając z pracy do domu oznajmiłem Żonce "Kochanie, kupiłem bilety do Chin bo była promocja". Promocja rzeczywiście atrakcyjna (oczywiście na fly4free.pl), za ok. 270 euro od osoby (normalna cena to co najmniej dwa razy tyle). Z Londynu do Kantonu właśnie, z przesiadką w syczuańskim Chongqing (wymawiane czongcing).

Czekamy zatem na naszego Airbusa 330 (mówiłem już, że to nasz ulubiony samolot na długie loty?), lecącego z Londynu do Chongqing. Polecimy Tianjin Airlines, mającym w logo jakiegoś żółtego ptaka na czerwonym tle. Wśród pasażerów kilkoro Polaków - pewnie tak, jak dwa miesiące później "gwiazdy", skorzystali z tej samej promocji. Samolot w porządku, jedzenie i obsługa również. Podobnie jak oferta filmowa ("Pan życia i śmierci" (Lord of war) - opowieść o handlu bronią i moralnych dylematach z tego wynikających, polecam!) Lecąc na wschód noc robi się krótka, zatem po filmie można już było wpatrywać się w zaśnieżone połacie Syberii i Mongolii. Jest przecież dopiero początek marca. Jedenastogodzinna podróż powoli dobiega kresu, powoli przebijamy się przez chmury i schodzimy do lądowania w Chongqing.


Tutejszy port lotniczy nie jest zbyt znany (podobnie jak i samo miasto, będące obecnie jedną, wielką fabryką), ale uderza rozmachem. Terminal międzynarodowy niezbyt duży, ustępuje wielkością krajowemu, ale w budowie są dwa kolejne budynki z kilkudziesięcioma rękawami. Odbiór bagażu, kontrola graniczna, standardowe pytania, pieczątki - jesteśmy w Chinach ludowych! Teraz tylko dostać się do hotelu. Bierzemy taksówkę. Kierowca po angielsku w ząb, bardzo przydają się miesiące nauki chińskiego. Chociaż nie bardzo zna drogę, dopytując się tu i ówdzie dowozi nas na miejsce (podróż kosztowała 50 juanów, czyli około 7 euro). Tylko czy to na pewno jest nasz hotel? Budynek wygląda jak zwykły, kilkunastopiętrowy wieżowiec, z mieszkaniami i punktami usługowymi. Jednak napisana "choinkami" nazwa hotelu zdaje się potwierdzać, że to tu. Klimat trochę jak z filmów Barei: biuro komitetu blokowego, salon masażu, apteka, fryzjer i żłobek. Nagle w korytarzu pojawia się dywan i numery na drzwiach - to już nasz "hotel", Chongqing Yueyou Hotel Airport. Przynajmniej tani (25 euro za noc) i nie aż tak paskudny już w pokoju. Kart nie przyjmują, idę rozejrzeć się na miasto w poszukiwaniu bankomatu. Noc ciężka: parę godzin różnicy czasu i popiskująca, cofająca ciężarówka pod oknami skutecznie wyganiają sen...

Rano trzeba dość wcześnie wstać, mamy samolot do Kantonu. Podróż na lotnisko według licznika kosztuje tym razem tylko 11 juanów, zatem wczorajszy cwaniak nieźle nas orżnął. Odprawiamy się na lot (dopiero od niedawna i tylko na lotach China Southern, w przypadku przesiadki na jednym z lotnisk w Chinach można się odprawić na całą podróż, my zatem musieliśmy poprzedniego dnia zabrać nasze bagaże i nadać je ponownie). Odprawiamy się zatem na lot liniami Beijing Capital Express, należącymi (wraz z sześcioma innymi) do grupy znanych na Zachodzie Hainan Airlines. Szukamy czegoś na śniadanie - ja chętnie spróbuję czegoś miejscowego, Żonka na razie ma opory i szukamy jakichś kanapek. Bezskutecznie... Za zestaw z jajkami, kapustą, pierożkami dim-sum i czymś ryżowym (oraz dwiema kawami) płacimy 110 juanów - z tego 80 to te kawy... Dostaniemy jeszcze coś później w samolocie, oznaczonym wizerunkiem czerwonego smoka.


Fajnym zwyczajem na chińskich lotniskach jest to, że obsługa naziemna, po odsunięciu blokady kół, ustawia się w rządku i macha na pożegnanie odlatującym. Pewnie tak mają w regulaminie, ale i tak jest to miłe. Startujemy i ponownie wznosimy się nad chmury, kierując na południe. Kanton wita nas mżawką, za to jest dość ciepło. Olbrzymie, nowe lotnisko Baiyun jest właściwie miastem w mieście (ściślej - za miastem; metrem to jest 20 stacji a i to nie będzie jeszcze ścisłe centrum). Wysiadamy na stacji Guangzhou East, próbując odebrać zarezerwowane prze internet bilety za pociąg za dwa dni. Bezskutecznie jednak - będzie trzeba pojechać na dworzec Guangzhou South, skąd nasz pociąg odjeżdża. Wsiadamy więc na powrót do metra i jedziemy kilka stacji dalej, do Huangsha. Stacji miedzy nowym (centrum handlowe i kilkudziesięciopiętrowe apartamentowce) a starym (dzielnica postkolonialna na wyspie Shamian). To już tutaj, nad brzegami Rzeki Perłowej spędzimy najbliższe dni. Podróż nasza dobiegła końca, ale chińska przygoda dopiero się zaczyna.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz