środa, 15 listopada 2017

Przechadzki po Kantonie

Przechadzka pierwsza

Na pierwszy spacer wychodzimy niedługo po przyjeździe do polskiego konsulatu na wyspie Shamian, w starej części Kantonu. Po powitaniu z długo niewidzianą Asią i małym odświeżeniu się, idziemy się trochę rozejrzeć oraz coś zjeść, bo to już pora obiadowa się zrobiła. Samą Shamian zostawiamy sobie na później, kierujemy się na druga stronę kanału, do trochę nowszej dzielnicy. Niby ona nowsza, ale jakbyśmy przenieśli się gdzieś... właściwie sami nie wiemy, gdzie. Sklepiki oferują dość szczególny asortyment: jakieś nieokreślone grzyby, suszone tuszki szczurów, koniki morskie, wygotowane kości, robaki i suszone nie-wiadomo-co... Dopiero później się dowiemy, że to nie jest bynajmniej hurtowy handel zaopatrzeniem dla restauracji, ale składniki specjałów chińskiej medycyny. Idziemy kawałek dalej, zagłębiając się w ciekawą, handlowo-gastronomiczną dzielnicę. Znajdujemy wreszcie polecany lokal, prowadzony przez rodzinę Ujgurów - muzułmańskiego i tureckojęzycznego narodu, zamieszkującego region Xinjiang w zachodnich Chinach. Podobno ręcznie ciągniony (nawet na kilka metrów) jest u nich najlepszy. Zamawiamy dwie miski rosołu z wołowiną, kolendrą, cebulą pietruszką i czymś jeszcze. Smakuje bardziej niż przyzwoicie, jest sycące a do tego dwie porcje kosztują tylko 22 juany (czyli nieco ponad 3 euro). Tego samego dnia odwiedzamy jeszcze raz tę okolicę, robiąc z Asią zakupy na lokalnym targu. Targ jak targ: jest tu prawie wszystko. Owoce, warzywa, mięso, ryby, korzenie, tofu, owoce morza, drób. Bez znajomości chińskiego trudno byłoby się w tym wszystkim zorientować i kupić to, co się chce (chociaż kantońska wymowa, tudzież w ogóle język kantoński od standardowej chińszczyzny różnią się dość znacznie). Można jednak oczywiście wspomagać rękoma (lub w całości na nich polegać).




Po wczesnowieczornej herbatce i konsularnych opowieściach, kontynuujemy z Asią przechadzkę, tym razem brzegiem Rzeki Perłowej. O tej porze na Shamian jest zacisznie i spokojnie, za to nabrzeża tętnią życiem. Pełno ćwiczących (gimnastyka, sztuki walki, tai-chi, chodzenie tyłem, gra w zośkę i cokolwiek komukolwiek przyjdzie do głowy). A tym kimkolwiek może być zarówno nastolatek, osoba w sile wieku jak i dziarski staruszek. Sporo jest biegających (już wiem, gdzie rano się wybiorę :-) oraz tańczących różne układy z wachlarzami. Sama rzeka, jej okolice i różnokolorowo oświetlone mosty wręcz zachęcają do takich aktywności a przynajmniej spaceru. Zdrowo się natleniwszy wracamy na zasłużony odpoczynek.




Przechadzka druga

Następny dzień zaczynam od porannego treningu. Rozciąganie i rozgrzewka na Shamian (korzystam z małej bieżni i siłowni na powietrzu) a potem w lekkiej mżawce bieg w dół rzeki, mostem na drugą stronę - do parku na cyplu - i z powrotem. Razem około dziesięć kilometrów. Nikogo moja aktywność nie dziwi, pełno jest takich. A że biały? Kogo to obchodzi? To w końcu nie Afryka...

Nieco później, wszyscy troje idziemy do pobliskiej knajpki na śniadanie. W chińskim stylu, czyli z daniami przynoszonymi jedno po drugim i stawianymi na środku stołu. Tak, aby każdy mógł ze wszystkiego skubnąć. Bardzo mi się to podoba; wreszcie Żonka nie musi się czuć zażenowana, że wyjadam jej z talerza. Próbujemy specyficznej ryżanki z wieprzowiną, "stuletnimi" jajami i prażoną cebulą. Następnie wjeżdżają dim-sumy z krewetkami, mięsem i kawiorem, bao-zi (małe bułeczki gotowane na parze, cos jak nasze pyzy) z mięsem, naleśniki ryżowe z gołębimi jajami i na koniec po kawałku ciasta na słodko.




Tak się posiliwszy ruszamy na spacer do Liwan - ocalałym kawałku starego Kantonu. Pełno sklepików i warsztatów, wąskich uliczek z porozwieszanymi w poprzek gaciami lub lampionami. Czyli klimaty jakie najbardziej lubimy, pełne autentycznego życia lokalesów. Część dzielnicy  to rozwalające się domki chaotycznej zabudowy, tuż obok zaś przykład całkiem udanej rewitalizacji: uliczka podobna w charakterze do odnowionej Ząbkowskiej na warszawskiej Pradze. Galerie, sklepiki i knajpki (jest nawet porządna kawa, ale na espresso trzeba tu już wydać... 3 euro! Czyli 22 juany - tyle, ile za dwie duże miski rosołu z mięsem i makaronem u Ujgura dnia poprzedniego...)




Włócząc się powoli (chociaż z Asią nigdy nie idzie się powoli ;-) docieramy do rozległego Parku Liwan. Bardzo ładnie skomponowany i zadbany, ze stawem i łódkami. Na parkowych ścieżkach życie kwitnie: a to naprędce stworzony zespół śpiewa karaoke, a to grupa panów rżnie w karty. Dla każdego coś. Nad wszystkim czuwają zaś opiekuńcze bóstwa i duchy, którym można złożyć wizytę w pobliskiej taoistycznej świątyni.




Pożegnawszy się z Asią idziemy kawałek dalej, do zabytkowej Akademii Klanu Chan. Jest to rodzaj kampusu, zbudowanego przez rodzinę Chan dla ubogich studentów z prowincji, którzy przyjeżdżali pobierać nauki w wielkim mieście. Obecnie to bardziej galeria i muzeum. Ciekawa architektura i ekspozycja, ale zachmurzone niebo i siąpiący deszcz nie pozwalają na zrobienie dobrych zdjęć. Z zainteresowaniem oglądamy za to wystawę płaskorzeźb przedstawiających scenki z życia codziennego, jakieś kilkadziesiąt lat temu. Zawieszone w rządku na ścianie przypominają stacje drogi krzyżowej.



Wracamy metrem na Huangsha. Zanim wrócimy na Shamian i zapakujemy się na jutrzejszą podróż do Guilin, wstępujemy do tutejszego centrum handlowego. Lunch w restauracji to już wydatek rzędu 93 juanów (około 13 euro) za dwie osoby (makaron z wołowiną i coś w rodzaju schabowego z makaronem również i surówką). Z ciekawości włóczymy się trochę po sklepach z odzieżą, zaskoczeni urodą oferowanych rzeczy. To naprawdę jest ładne i nietandetne, zupełnie nie jak przysłowiowa chińszczyzna ("wszystko za pięć złotych").

Przechadzka trzecia

Na kolejny spacer po Kantonie wyruszamy kilka dni później, po powrocie z wycieczki do regiony Guangxi. Tym razem chcemy dokładniej przyjrzeć się samej Shamian i nowoczesnemu centrum Nowego Kantonu, dobre dziesięć kilometrów (i kilka stacji metra) dalej w dół rzeki. Wstępujemy do sklepu z rupieciami, który oprócz nich serwuje też herbatkę i dim-sumy, i w drogę!




Wysiadamy na Pearl River New Town, a tu... no inny świat normalnie! Szczęka opada a głowa do góry wygina. Rozmach powala: wieżowce o fantazyjnych czasem kształtach. Nie gęsto upchane jak w Nowym Jorku czy Hongkongu, ale z pomyślunkiem porozdzielane szerokimi alejami i zielonymi skwerami. Poskręcana bryła gmachu opery. Wszystko to wielkie ale przy tym jakieś takie przyjemne dla ludzi. Jakby dla równowagi, zbudowany na Igrzyska Azjatyckie w 2010 roku stadion i część obiektów sportowych trochę jakby podupadła. Spacerując robimy pewnie spore odległości, bo zaczęliśmy być głodni. Wracamy zatem na Huangsha i idziemy na kolację do oswojonego już centrum handlowego. Młode kelnerki cieszą się jak dzieci, że właśnie do ich lokalu udało im się nas zwabić. Nie żałujemy: wieprzowina na słodko-kwaśno w ananasie, tajwańskie przystawki, makaron z dodatkami i krewetkowe skwarki z okrą smakują wybornie!




Przechadzka czwarta

To już ostatni dzień naszego pobytu w Chinach, jutro wyjeżdżamy. Na razie jednak jedziemy  parę przystanków autobusem na polecany przez Asię targ herbat. Jakoś sennie tu i spokojnie jak na targ, nikt nas nie zaczepia. Wchodzimy w końcu do sklepiku prowadzonego przez młodą, ładną panią, która miło i nienachalnie nas zaprasza. Oddycha z ulgą słysząc kilka słów po chińsku: jej angielski, jak większości miejscowych, jest dość szczątkowy. Siadamy i po kolei próbujemy: pu-erh, zieloną, czarną, białą, żeń-szeń, specjalną dla seniorów (nie, to nie dla nas - dla teściowej ;-) Trzeba w końcu zapytać o ce suo, czyli wc. Na szczęście jest, na zapleczu. Można zatem kontynuować degustację. Kupujemy dwa krążki sprasowanej herbaty, trochę zielonej w liściach i jeszcze po trochu innych. Pani dokłada od siebie parę kulek gratis i zaprowadza nas do restauracji, prowadzonej przez ludzi z grupy etnicznej Hakka (fascynującą podróż do nich opisała na swym blogu goszcząca nas Asia).




Proponują nam zupę żółwiową lub do wyboru żywe ryby z akwariów, ale akurat nie mamy nastroju na taki hardkor. Bierzemy zielone szparagi z grzybkami w kształcie uszu, pędy z wołowiną na sojowo w skwierczącym, glinianym garnku oraz ryżowe (lub bambusowe...) pędy z wieprzowymi pulpecikami. Do tego wieprzowa rąbanka (jak leci, z kośćmi) w cieście na słodko, z cebulą, papryką i owocami, przybrana prawdziwym, kolorowym kwiatkiem. Pojadłszy wracamy na Shamien i kupujemy jeszcze parę pamiątek w sklepiku z którego dochód idzie na wsparcie chińskich sierot.




Jako że w ten dzień przypadły moje urodziny, zabieram niewiasty na wieczorną kolację w centrum. Ostatni spacer kolorowo rozświetlonymi nabrzeżami Rzeki Perłowej, rozmowy i wrażenia z tego krótkiego liźnięcia przez nas wielkich i tajemniczych Chin. Niepostrzeżenie wchodzimy w ciemną i wąską uliczkę, gdzie wszystkie sklepiki specjalizują się w... biustonoszach. Mimo, że jest nieco odludnie i ciemnawo, nie czujemy się niebezpiecznie. To w ogóle cecha tego kraju - być może "dzięki" policyjnej inwigilacji i powszechnej kontroli wszystkiego i wszystkich przez władze... Cóż, cos za coś.


Na kolację nasz wybór pada na restaurację mlajsko-lankijsko-hinduską. Zamawiamy massalę z grzybkami i bakłażanem, kalmary na ostro z grilla, blanszowaną kapustę, coś jajka i kurczaka w chlebku, samosę i pyszne jak zawsze lassi. Popijemy już po powrocie do konsulatu pożegnalnym drinkiem. To już była nasza ostatnia przechadzka po Kantonie. Na razie ;-)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz