Etykiety

czwartek, 2 listopada 2017

Mvolye

Yaounde, stolica Kamerunu, położone jest na wzgórzach. Prawie jak Rzym, chociaż wzgórz jest na pewno więcej niż siedem. I jak na podobieństwo do Rzymu przystało, ma Yaounde swój Watykan. Czyli wzgórze Mvolye, z narodową, rzymskokatolicką, bazyliką.


Bazylika na Mvolye jest swoistym pomnikiem jedności Kamerunu. Jedności niełatwej, o czym przypominają ostatnie zamieszki w anglojęzycznych, zachodnich regionach. Do budowy kościoła wykorzystano materiały zwiezione z różnych zakątków Kamerunu, chcą w ten sposób spoić w jednej budowli całą różnorodność tego kraju. Kamienie na mury, drewno na konstrukcje dachu, drzwi i elementy wystroju, ławki etc. Wszystko przyjechało, ze wschodu, zachodu, południa i północy. Efekt? Nienajgorszy, jak na współczesną architekturę sakralną. Olbrzymia, jednobryłowa konstrukcja widoczna jest z daleka. Mimo swego ogromu nie przytłacza. Również mogące pomieścić kilka tysięcy wiernych wnętrze robi dobre wrażenie. No, przytulne toto nie jest, ale odpychające też nie. Uwagę zwracają rzeźbione z hebanu (często z jednego, wielkiego pnia) ołtarze, chrzcielnice i ambony. Wszystko byłoby spójne, piękne i po afrykańsku, gdyby nie migające wściekle choinkowe światełka i brzęczące Jingle bells ze świątecznych kartek…






Wbrew obawom, bazylika na Mvolye nie jest swego rodzaju „białym słoniem” – nikomu niepotrzebnym a kosztownym szaleństwem architekta czy fundatora. Podczas naszego tam pobytu miało miejsce kilka pogrzebów (na Mvolye jest też cmentarz). Jakby dla równowagi, w położonym wyżej, poniemieckim kościółku, odbywały się – jeden po drugim - śluby. Raczej tych bogatszych mieszkańców stolicy, o czym świadczyły zaparkowane samochody i ubiór gości. Początek nowego w starym a koniec w nowym – jakże to afrykańskie!



Krajobrazu Mvolye dopełniają domy zgromadzeń zakonnych i centres catholiques, których jest tam chyba kilkanaście. Z mieszkankami niektórych z nich, polskimi misjonarkami, spotkamy się za parę dni na wieczornym kolędowaniu. Zaprosiła nas na nie, do dominikańskiego domu w południowym Yaounde, siostra Alicja. Ciepła i serdeczna atmosfera, chociaż chata wcale niebogata. Ale za to smakołyków pełen stół, jak to zawsze u siostrzyczek. Udało nam się spotkać i chwilę porozmawiać z siostrą Tadeuszą – żywą legendą polskiego misjonarstwa w Kamerunie. Ponadto bardzo miłą okazała się rozmowa z Ewą, świecką misjonarką pracującą z głuchoniemymi na zaniedbanym wschodzie Kamerunu. Niedawno jej długoletnia praca z najbardziej potrzebującymi została doceniona w postaci uhonorowania jednym z polskich, państwowych odznaczeń. W ogóle grono całkiem liczne się okazało: trzy dominikanki, dwie służebniczki, dwie karmelitanki, trzy pallotynki i dwóch marianów. No i my, dwoje świeckich. Akurat wyłączyli prąd, więc świece i bateryjne lampki dodały uroku wieczornemu kolędowaniu. Swojskiemu, przy gitarach śpiewanemu Dzisiaj w Betlejem czy Lulajże Jezuniu towarzyszy rytmiczny dźwięk bębna. Nie sposób jednak – mimo języka i serwowanych wiktuałów – zapomnieć gdzie właściwie jesteśmy. Ano tam, gdzie nas Pan Bóg posłał. Nas na krótko, ich na trochę dłużej. Niektóre z tych dzielnych kobiet pracują tu już ponad dwadzieścia lat! Bez rozgłosu i narzekania, za to z wielką pokorą i pogodą ducha. Bardzo barwne i niezwykle cenne są te rozmowy. Nie tylko o Kamerunie, także o wcześniejszych placówkach. W tym w umęczonych wojnami i przemocą Rwandzie i Burundi…



Szkoda wychodzić i wracać na Odza. Jednak trzeba, bo jutro Trzech Króli. O tym już jednak kiedyś pisałem. Tamta, styczniowa podróż do Kamerunu i Nigerii powoli dobiega końca. Następna jednak już tuż, tuż. Szykujcie się na kolejne relacje. Zapraszam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz