Etykiety

czwartek, 23 listopada 2017

Dziewięć smoków, siedem gwiazd, pięć tygrysów i księżyc

"Kochanie, czy my nie zaspaliśmy?" Zaniepokojona Żonka wskazuje na zegarek: 6:35. Coś pogrzebałem w komórce i budzik (ustawiony na godzinę wcześniej) nie zadzwonił. O ósmej mamy pociąg a do metra dobre 15 minut pieszo i dalej metrem, z przesiadką, jakieś 20-kilka stacji... Poranny sprint, do Huangsha a potem na dworzec południowy (Guangzhou Nan). Olbrzymi, jak lotniskowy terminal. Musimy przejść cały wszerz (ze 200 metrów), bilety można odebrać w kasach, do których dostęp jest z zewnątrz. Odbieramy i szukamy peronu. To nie takie proste: dworzec, jak większe lotniska, ma osobne poziomy przyjazdów i odjazdów. Aby wejść na odjazdy trzeba przejść kontrolę biletów i dokumentów. Dla miejscowych automatyczna, w bramkach z czytnikami. My, z paszportami, musimy przejść przez bramkę z obsługą. Mała kolejka, wyżej kolejna - do kontroli bagażu. Uff, przydało się nauczyć tych paru znaków po chińsku - przynajmniej można odczytać nazwę stacji docelowej bez czekania na wersję po angielsku. Na peron wpadamy równo z wjeżdżającym pociągiem. Znajdujemy swoje miejsca, wypraszamy chińską parkę, która się na nich rozsiadła (no wiem, każdy chce siedzieć razem, ale niektórzy bardziej) i zmęczeni padamy na siedzenia.



To wprawdzie druga klasa (czyli pięć siedzeń w rzędzie), ale i tak bardzo komfortowa. Jedziemy jedną z najnowszych linii sieci kolei dużych prędkości (CRH, China Rail High Speed). Miejscami pociąg rozpędza się do 245 km/h; prawie 500 km pokonamy w dwie i pół godziny. Co chwila przechodzą panie sprzątające, nieco rzadziej obsługa z cateringiem. Za kawę przegięli! Kosztuje 5 euro, za to jest lurowata. O czasie dojeżdżamy do Guilin, największego miasta autonomicznego regionu Guangxi. Trzeba się rozejrzeć za dalszym transportem - samo Guilin zwiedzimy w drodze powrotnej.


W hali dworca zaczepia nas dziewczynka z kolejowego biura podróży. Tłumaczymy, że nie interesuje nas zorganizowana wycieczka w pakiecie. Potrzebujemy jedynie transportu do położonego kilkadziesiąt kilometrów na północ Longji z jego słynnymi tarasami ryżowymi. Idziemy zatem poszukać autobusu, ale z tego dworca nic tam nie jedzie. Za to uczepił się nas namolny taksówkarz, oferujący podwiezienie za 600 juanów (prawie 90 euro). Nauczeni afrykańskimi doświadczeniami stanowczo odmawiamy - sam opuszcza cenę. W końcu staje na 350. No dobra, jedziemy.



Infrastruktura drogowa w Chinach powoli nadąża za kolejową. Droga do Longji jest zwykła, jednopasmowa, ale obok na ukończeniu jest autostrada, wiaduktami przerzucona nad niełatwym terenem. 130 kilometrów pokonujemy w półtorej godziny, czyli nienajgorzej. Do parku narodowego Longji wiedzie droga zamknięta imponującą bramą w lokalnym stylu architektonicznym. Właściwie to nie brama, ale zespół budynków. Kasy, świetlica (klimat trochę jak w górskim schronisku), restauracja i sklepik. Nikt z obsługi nie potrafi nam wytłumaczyć, o której będzie autobus do położonej wyżej wioski, gdzie mieści się nasz hotel. A tych busików na parkingu stoi kilkadziesiąt. Okaże się (za kolejne półtorej godziny...), że to zwykły, lokalny "pekaes" - taki z kurami, warzywami i opałem. Oraz pasażerami w barwnych, ludowych strojach grup etnicznych Yao oraz Zhuang (czerń z różem oraz tkane wariacje z niebieskim w tle). Pani konduktor wysadza nas po drodze, w wiosce przy strumyku. Podobno podjedzie kolejny bus, tym razem już jadący tam, gdzie chcemy dzisiaj dotrzeć. Chwilę na niego czekamy i kupujemy od przemiłej staruszki coś z dzwoneczkami - ni to zabawka, ni ozdoba. Jest i nasz autobus - pani konduktor potwierdza, że właśnie tam jadą, gdzie my chcielibyśmy. No, może nie do końca: autobus dojeżdża tylko do parkingu, gdzie kończy się wiodąca z głębi doliny droga. Dalej już tylko wyłożone kamiennymi płytami ścieżki - co najwyżej można skorzystac z niesionej przez dwóch kulisów lektyki. Po drodze stragany z kolorowymi strojami, ozdobami i biżuterią. Tłumaczymy natrętnej pani, że sposobniej nam będzie kupić coś wracając. Trzyma nas za słowo. Idziemy jeszcze z piętnaście minut dalej, szukając naszego hotelu. Niełatwo go znaleźć, ale w końcu doń docieramy.


Hotelikiem zarządza miły Jim, który studiował niedawno we Francji. Cieszy się, że może z nami pogadac po francusku, chociaż jego angielski też jest bardzo przyzwoity. Jego mama przyrządza nam kolację: kurczaka z orzeszkami i wędzoną wieprzowiną z jakąś kapustą. To wszystko z ryżem, miejscowym sposobem zapiekanym na palenisku w bambusowej rurze. Jest jeszcze dość wcześnie, zatem wychodzimy na spacer aby obejrzeć słynne tarasy ryżowe. Podobno widziane z góry wyglądają jak księżyc (bo takie łukowato wygięte) oraz siedem gwiazd (najwyższe, położone na szczytach wzgórz pola ryżowe - takie nieregularnego kształtu jeziorka). Jest przyjemnie cicho, pieknie i wiejsko-autentycznie, chociaż trochę chłodno i z chmurami kotłującymi się w dolinie poniżej. Nie-chińskich turystów nie ma wcale, chińscy zaś bez wyjątku chcą sobie zrobić z nami zdjęcia. Po drodze spotykamy kota, który przybija nam piątkę i kolejną nachalną straganiarkę. Chce nam wcisnąć bransoletkę za 100 juanów (14 euro), widząc nasz upór schodzi na 30... Zaglądamy też do sklepiku sympatycznego pana Huanga, z herbatami i biżuterią z miejscowych kamieni. Częstuje nas po kolei czerwoną i zieloną herbatą. Trochę rozmawiamy, chociaż Huang po angielsku ani w ząb. Robi się ciemno, wracamy więc na nocleg. Cisza i spokój, szmer strumyka... oraz kogut już od świtu.



Rano każde z nas bierze inny zestaw śniadaniowy: w zachodnim są tosty, jajka sadzone, dżem , masło i kawa (z saszetki, oczywiście...), w chińskim zaś makaron z wieprzowiną, czymś zielonym i pomidorami. Posiliwszy się idziemy na drugą stronę wioski, skąd widać inne ryżowe tarasy. Te ktoś z wyobraźnią nazwał "Dziewięć smoków i pięć tygrysów", ponieważ... tak! Ponieważ te stworzenia one maja przypominać. Nie możemy się tego podobieństwa doszukać, ale i tak jest pięknie. Idąc na szlak, w wiosce po drodze zachodzimy do schroniska młodzieżowego (Żonka dostrzegła przez okno ekspres do kawy). Kawę rzeczywiście mają, całkiem niezłą oraz w przyzwoitej cenie (jak na kawę w Chinach), bo za 18 juanów (2,5 euro). Przy recepcji karteczki z imionami gości - wśród nich "Michał i Sylwia, 2013". Wdrapujemy się na szczyt góry, do punktu widokowego. Dzisiaj jest słonecznie, zalane wodą ryżowiska przypominają fantazyjnie powykrzywiane lustra. Dobrze nam tu. Jak w każdej podróży, nie tylko oglądamy nowe miejsca i gadamy z lokalesami, ale też gadamy ze sobą (w końcu nic nam nie przeszkodzi). Dzisiaj głównie są to refleksje o Chinach (bo oprócz wielkiego miasta, jakim jest Kanton, właśnie oglądamy wiejską stronę tego kraju; może nieco odpicowaną pod turystów, ale nadal ze sporą dozą autentyczności).



Czas wracać, najpierw do hotelu. Rozmowa z kolejną straganiarką. Młoda i piękna kobieta, w kolorowym stroju ludowym. Zachwyca się urodą Żonki, jak laleczkę ubierając ją w kolorowe, wełniane zawoje. Niewiele od niej kupujemy, bo nigdzie tu nie ma bankomatów a i terminali niewiele (w całym zamieszaniu na początku tej podróży nie zdążyliśmy wypłacić gotówki). Okaże się później, że w Chinach komórkowe aplikacje (np. WeChat) powoli wypierają zarówno gotówkę jak i karty płatnicze. Korzystając po powrocie do Kantonu z Asi WeChata zapłacimy zarówno Jimowi za kolację jak i pani Peng za koszulki :-) Teraz zaś trzeba wracać na parking i poszukać autobusu do Longji. Odjeżdża za 20 minut, zdążymy więc zjeść jakąś zupę w miejscowym, przydrożnym barze. Zupa jest jedna dla wszystkich, z pokaźną porcją makaronu i pikantnymi przyprawami. Pojadłszy wsiadamy do busa, zjeżdżamy w dolinę i dalej, do Longji i głównej szosy do Guilin. Tam łapiemy autobus (półtoragodzinna podróż na odcinku 75 km wyniesie 28 juanów od osoby - następnym razem nie damy się żadnemu taksówkarzowi tylko poszukamy właściwego dworca!). Po południu docieramy do Guilin, meldujemy się w hotelu położonym przy przepływającej przez miasto rzece i udajemy na spoczynek. Jutro kolejny etap chińskiej przygody - tym razem w  wydaniu rzecznym.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz