wtorek, 17 października 2017

Pięćdziesiątka na zdrowie

"No to lu! Chluśniem bo uśniem!" Ano, chluśniem, bo pora dość późna. To który był na "przed"? A, ten niebieski. To dawaj! Fajnie, że do startu mamy przez ten park. Porozciągamy się i rozgrzejemy. Ale tu ludu! Fajna impreza się szykuje.

BMW Półmaraton Praski, Warszawa, 2 września 2017

Jak zawsze zresztą w Polsce. Tegoroczny BMW Półmaraton Praski wyjątkowo staruje w sobotę wieczór, 2. września. Zmiana podyktowana była pewnie doświadczeniami z zeszłego roku. Start był o 10:00 a dzień trafił się wyjątkowo upalny. Gdy przyszła długa prosta Wału Miedzeszyńskiego było akurat koło południa. Patelnia. Tym razem pobiegniemy wieczorem (start jest o 21:30). W pakiecie startowym ciekawe opaski na ramię, z wbudowanym migoczącym światełkiem. Kilkutysięczny tłum będzie z tym wyglądał jak prawdziwa inwazja świetlików.

Nasza kolej, startujemy. Spokojnie, bez szarpaniny. Znajome okolice: Grochowska, Waszyngtona, Francuska i Saska. Długi czas trzyma się nas jegomość o surowej urodzie drwala, zaczepiający każdego kibica. "Biegnij, biegnij!" "Dalej, biegać". Szybko zyskuje sobie wśród nas ksywę "Zwierzak". Wśród kibicujących pełen przekrój wiekowy: rodziny z dziećmi, młodzież, dorośli i pamiętający Powstanie staruszkowie. Nie zawsze jest sympatycznie: gdzieś na Gocławiu, kierowca stojącego w korku samochodu się wścieka. "Nie macie, k..., gdzie biegać?! Won do parku a nie na ulicy!" Pozdrawiamy go serdecznie i zastanawiamy się, co tez usłyszy od Zwierzaka...

Nauczeni doświadczeniem zwalniamy do marszu przy punktach żywieniowych. Pierwszy na ósmym kilometrze, potem co 3-4 kilometry. Woda, izotoniki, banany. Świetna organizacja i zapał młodych wolontariuszy. Na osławiony Wał Miedzeszyński wpadamy dość żwawym tempem; może nie będzie źle. Niestety, potem jest gorzej. Brak długich wybiegań tego lata daje o sobie znać. Jacek by wydarł do przodu, ma chłop siły, ale solidarnie mi towarzyszy. "Dawaj Rafał! Nie możemy przecież człapać przy fotografach!" No to zrywamy się do biegu, trzeba będzie jakoś wyglądać na zdjęciach.

Most Poniatowskiego, Średnicowy i rosnący w oczach Stadion Narodowy. Już prawie u celu. Jeszcze pod górę, zakręt i... Kto układał tę trasę?! Wydawało się że to już, ostatnia prosta. A tu trasa zawija i zakręca. Mało motywujące... Ostatkiem sił wbiegamy w okolice mety. Tym razem finisz z rozmachem: dyskretne oświetlenie, buchający ogień z palników gazowych. Na metę wbiegamy razem (będziemy mieć identyczny czas), medale i woda. Można wracać na odpoczynek, już prawie północ. Rzut oka na Runtastic... Eee, nie było tak źle. I tak minutę lepiej niż przed rokiem. Ważne, że ukończyliśmy. W końcu liczy się cel!



Polish Run, Bruksela, 23 września 2017

Tydzień przed brukselskim maratonem, idealny start na rozgrzewkę. Wiem już jednak, że na maraton jednak jeszcze za wcześnie. Zaniedbało się treningi, zabrakło długich, sobotnich wybiegań. Przezornie z Jackiem zmieniamy naszą rejestrację na półmaraton, jak przed rokiem. Ale to dopiero za tydzień.

Dziś, w sobotni poranek, jest polska impreza biegowa zorganizowana przez Ambasadę RP w Belgii i Dom Polski Wschodniej. Start gratis, w pakiecie fajna koszulka. Trafił mi się numer 300. "This is Sparta!" Żaden jednak ze mnie Spartanin. Zrobię, co będę mógł. Na starcie, na kameralnym stadionie Fallon w eleganckiej dzielnicy Woluwe-Saint Lambert, dużo znajomych twarzy. Będzie nas prawie tysiąc, w tym takie sławy jak np. europoseł Bogdan Wenta. Startujemy! Najpierw kółeczko wokół stadionu, potem dookoła terenów sportowych. Wszystkie zajęte, widać sporo grających w piłkę nożną chłopaków w różnym wieku. Nie dziwi zatem wysoka pozycja Belgii w rankingu FIFA i pewny awans na przyszłoroczne Mistrzostwa Świata w Rosji. No, ale my nie kopiemy piłki, co najwyżej siebie po tyłkach. Peleton się rozciąga, trasa przechodzi na ścieżkę spacerową po śladzie dawnej linii kolejki podmiejskiej. Ładnie tu. Biegniemy dalej, ja raczej człapię. Wolontariusze obstawiają zakręty i przejścia przez ulice (ruch przebiega normalnie). Dobiegamy do Parku Woluwe, gdzieś tu będzie woda. O, jest! Ale najpierw krętą ścieżką pod górę, a potem w dół.

Ciężki powrót tą samą drogą. Prawie wszyscy już dobiegli, zostały niedobitki takie jak ja. Jeszcze resztki sił na finałowe okrążenie stadionu. Wszyscy patrzą, trzeba jakieś pozory zachować. Ufff, meta! Godzina i 12 minut... Mogło być gorzej - ale też lepiej. Jak chociażby Mariusz i Kasia. Ech, za tydzień na półmaratonie to będzie masakra...



Belfius Brussels Half-Marathon, Bruksela, 1 października 2017

Ależ bałagan z tym oddawaniem toreb! Żadnej informacji i sensownej pomocy od wolontariuszy. Tu długaśna kolejka a tam pustki. Kontrast z organizacją w Polsce wyraźny. No ale żeby oni, Belgowie, mieli się uczyć od jakichś tam Polaków? Ech...

Półmaraton brukselski ma start w Parku Pięćdziesięciolecia, metę zaś na starówce. Stąd oddawanie toreb z rzeczami osobistymi na ciężarówki, które zawiozą je na miejsce. Oddajemy "cywilne" ciuchy, wskakujemy w tegoroczne, fioletowe koszulki (zupełnie jak barwy Anderlechtu) i rozgrzewamy się przed startem. Start na nierównej, parkowej ścieżce. Brakuje toalet, całe grupki biegaczy załatwiają się pod żywopłotem... Wreszcie start. Wąską, parkową alejką, później jedną stroną ulicy do Ronda Schumana i szeroką Rue de Froissart w dół. Tu dopiero zaczynają mierzyć czas. Później podbieg Rue Belliard i bruk okolic Parku i Pałacu Królewskiego. Nie jest źle, jak na razie. Biegniemy równo i bez zadyszki. Pałac Sprawiedliwości, skręt w tunel pod Luizą. W dół i w górę, tak po kilka razy. Wreszcie jest pierwsza woda. Mały odpoczynek w marszu i ruszamy dalej. Długa i płaska Aleja Roosevelta, ambasady po obydwu stronach. Zbieg do Placu Wiedeńskiego i okolony drzewami Boulevard du Souverain. Cały czas zaskakująco nieźle i lekko, ale trzeba zachować siły na morderczy podbieg Avenue de Tervuren. Kolejne kubeczki wody i izotonika, kawałek banana. Po drodze też wysuszamy zabrane ze sobą żele. Dają kopa, akurat się przyda. Zakręt i dłuuuuga górka. Jest gorzej niż rok temu, nie dajemy rady biec. Próbujemy na zmianę, po sto metrów. Bieg-marsz-bieg-marsz. Jakoś dajemy radę, wreszcie płasko. Na ostatnim punkcie zabrakło im kubeczków (sic!), dziewczyny leją wodę z kartoników wprost na ręce.

Znowu Schuman, zbieg i podbieg. Ledwo, ledwo. Park i zbieg na starówkę. Senegalska kapela bębniarzy zachęca do ostatniego wysiłku. Na bruku Starego Rynku prawie łapie skurcz, zaciskam zęby i biegnę dalej. Jeszcze tylko kilkaset metrów. Meta! Na razie tylko widoczna, zrywamy się do biegu. Czerwony dywan, medale, woda i termiczne folie. Przeciskamy się wąskim chodnikiem przez tłum (słynny deptak na Anspach rozryty, środek ogrodzony i zajęty przez koparki. Znając tutejsze tempo prac z rok tak postoją...) Siadamy przy stoliku w kafejce i czekamy na Żonki. Okaże się, że biegł też Mariusz. Z całkiem niezłym czasem. A my? Tak sobie, 2 godziny 23 minuty. Gorzej niż rok temu ale lepiej niż na praskim. Jak na brak porządnego treningu całkiem nieźle. Może w końcu się zaweźmiemy i zaatakujemy te dwie godziny?



Pięćdziesiątka

"Zdrowie Wasze - w gardła nasze!" Tak po pięćdziesiątce. Nie, nie "dobrze zamrożonej substancji". Właściwie, to toast powinien brzmieć "Męki nasze - pieniądze Wasze!" Nie, bynajmniej nie dla nas. Dla Poupiny :-) Jak zawsze. Po pięćdziesiątce może, co? Nasze 50+ kilometrów, Wasze 50 złotych, euro, funtów - czegokolwiek. Razem możemy zrobić bardzo dużo, aby świat był odrobinę lepszy. Jak? A tak :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz