środa, 25 października 2017

Imię

Miano, nazwanie, zawołanie. Jakoś trzeba być określonym. W końcu każda rzecz, zwierzę czy osoba ma swoją nazwę. W przypadku niektórych zwierząt i wszystkich ludzi jest to imię. Oryginalne i niepowtarzalne, nawet jeśli powtarza się w tysiącach i milionach Rafałów, Janów czy Teres. Każda i każdy z nich jest jednak - mimo noszonego tego samego imienia - odrębną i niepowtarzalną osobą.

Imię od zarania dziejów rozumnej ludzkości odgrywało rolę istotną. Pozwalało odróżnić tego dużego, kudłatego, od tego drobnego i łysego. Jednym słowem opisywało człowieka i nadawało mu tożsamość. Do tego stopnia, że nadanie imienia było uroczystością równą narodzinom. Zbigniew Nienacki w swej raczej mało znanej, trzytomowej powieści "Ja, Dago" opisuje losy tytułowego Dagona, splecione z oryginalną i śmiałą wizją początków polskiej państwowości. Kilkunastoletni bohater, straciwszy wszystkich i wszystko co bliskie, wyznaje elbląskiej (wtedy to miasto nazywało się Truso lub Druzo) mieszce, że nie ma jeszcze imienia. Ta nim wzgardza, gdyż taki ktoś jest nikim. Imię Dagoberta dzielny młodzieniec dostaje po frankońskim mnichu, który potajemnie go chrzci. Ów Dagobert, zwany Dagon lub Dago, miał być według wizji autora owym tajemniczym "Dagome" z X-wiecznego dokumentu. W tej samej powieści autor wielokrotnie przywołuje bliżej nieznaną "Księgę grzmotów i błyskawic" (zapewne powstała ona tylko w jego wyobraźni). Księga ta zawiera wskazówki rządzenia ludźmi i państwem, podane w makiawelicznym sosie. Oprócz nich stwierdza ona też, że "Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest więc moc swoistego nazywania ludzi, spraw, zjawisk i rzeczy tak, aby te określenia przyjęły się powszechnie. Władza nazywa, co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne, co jest ładne, a co brzydkie, bohaterskie lub zdradzieckie; co służy ludowi i państwu, a co lud i państwo rujnuje; co jest po lewej ręce, a co po prawej, co jest z przodu, a co z tyłu. Władza określa nawet, który bóg jest silny, a który słaby, co należy wywyższać, a co poniżać."

Władzę mają wobec każdego człowieka najpierw jego rodzice, nadając mu imię. W swych marzeniach, planach, oczekiwaniu na rozwiązanie, przy narodzinach, chrzcie czy rejestracji w odpowiednim urzędzie. Imię po ojcu, babci czy po prostu jakieś aktualnie na topie (albo wręcz przeciwnie). Wielkomiejskie Julki, Stasie, Zosie, Janki i Kubusie. Małomiasteczkowe i wiejskie Oliwki, Amelki, Nadie, Oliviery i Brajany (a wcześniej Pamele, Dżesiki czy Izaury). Czy ktokolwiek zastanawia się wtedy nad przyszłością człowieka z takim imieniem? Nie wspominając o chwili zastanowienia, co dane imię oznacza, kto znany je nosił czy od jakiego świętego patrona pochodzi.

Bohaterowie Starego Testamentu często otrzymywali imiona, które w pewien sposób opisywały okoliczności, w których przyszli na świat. Jakub, późniejsi jego potomkowie czy żona i dzieci proroka Joela. W tradycji hebrajskiej imię było nie tylko nazwaniem - było tożsamością danej osoby. Stąd wychwalanie imienia Pana - nie Pana, jako takiego. Stąd upór Jakuba w zapasach z tajemniczym, nocnym gościem, który dopiero Mojżeszowi powie, że "On Jest". Zaś w Nowym Testamencie Święty Paweł w Liście do Filipian (rozdział 2, wersy 9 i 10) mówi: "Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imięaby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych."

Także w wyimaginowanym świecie literackiej fikcji imię znaczy więcej od narodzin. W "Pieśni lodu i ognia" (bardziej znanej z tytułu swej pierwszej części i telewizyjnego serialu - czyli "Grze o tron"), G.R.R. Martin używa zwrotu dzień imienia. Właśnie ilością przeżytych dni imienia mieszkańcy Westeros określają swój wiek. Może tak trochę było też w średniowiecznej Europie, gdy wysoka śmiertelność dzieci i niemowląt powodowała, że nie warto było troszczyć się o to, kiedy kto przyszedł na świat. Istotniejszym było, ze trudne dziecięce lata przeżył i można mu było nadać imię. Określało się w ten sposób następcę tronu, dziedzica włości czy pomoc w polu i domostwie - aby odróżnić jednych od drugich.

W Polsce imię wydawało się na tyle ważne, że dzień swego świętego patrona był ważniejszy od dnia narodzin. Podobno imieniny obchodzone są (były?) także w Bawarii, Szwecji, w Czechach, na Węgrzech i Łotwie a kiedyś podobno też w Rosji. W Serbii zaś istnieje ciekawy zwyczaj uroczystego obchodzenia dnia patrona całej rodziny - takie zbiorcze imieniny. W czasach dzieciństwa mojego pokolenia (czyli w latach 1980-tych), to właśnie imieniny obchodzili nasi rodzice, dziadkowie i my sami. Doskonale byli wszyscy zorientowani (zwłaszcza kwiaciarze i kwiaciarki) w datach popularnych imienin w kalendarzu. W końcu trzeba się było przygotować na zwiększone zapotrzebowanie na kwiaty i upominki czy też nie wypaść głupio przed kolegami i znajomymi w pracy. Oglądane na filmach urodzinowe torty ze świeczkami były egzotyką; nasze urodziny były odnotowywane i zauważane, ale ich ranga nie równała się z imieninami.

Mam wrażenie, że imieniny odchodzą powoli w niepamięć. W młodszych pokoleniach mało kto pamięta, kto kiedy swoje świętuje (nie ułatwia tego fakt kilku czy kilkunastu możliwych dat). Urodziny każdy ma jedne, w dodatku przypominają o nich chociażby serwisy społecznościowe. Obchodzenie urodzin i zaniedbywanie imienin przez niektórych przedstawicieli starszych pokoleń odbierane jest jako kolejne małpowanie Zachodu ("Ameryki"). Czy słusznie? W pewnym sensie dostosowujemy się do tego, co nas otacza. Wszędzie świętuje się urodziny i trudno byłoby znaleźć np. kartki imieninowe, także w Polsce. Urodziny są unikalne i zazwyczaj tego samego dnia, w danej grupie znajomych czy rodzinie tylko jedna osoba ma swój dzień (są oczywiście wyjątki). W przypadku imienin solenizantów może być danego dnia wielu. Jednak imieniny - zwłaszcza połączone ze świadomą wiedzą na temat swojego patrona i przekazaną przez rodziców historią nadania właśnie takiego imienia - warte są chyba podtrzymania. Wszak to właśnie imię najbardziej nas określa i wyróżnia a nie data urodzenia. Zatem wszystkim dzisiejszym solenizantom - wszystkiego najlepszego! I to niezależnie od dnia, w którym ten tekst czytacie :-)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz