sobota, 9 września 2017

Gdy twój świat się wali...

W lipcu minęło 20 lat od tamtych wydarzeń. Wielodniowe, ciągłe deszcze. Ostrzeżenia powodziowe dla południowej Polski. Potężna fala sunąca w dół Odry, zalane tysiące hektarów łąk i pół, całe domy i wioski pod wodą. Opole i Wrocław zamienione w Wenecje. Przez te obrazy przewijały się doniesienia o naprędce zorganizowanych lokalnie działaniach, kiedy mieszkańcy brali sprawy w swoje ręce. Musieli to zrobić, bo wydawało się, że państwo jakby przestało wtedy działać. Struktura z lat siedemdziesiątych, z gminami dopiero od siedmiu lat prawdziwe samorządnymi, za to z rejonami i województwami będącymi właściwie delegaturami rządu centralnego w terenie. Rządu, który ustami swego ówczesnego premiera powiedział wtedy poszkodowanym, że "trzeba się było ubezpieczyć". Rząd ów przegrał wybory, które odbyły się po dwóch miesiącach od powodzi tysiąclecia. Zwycięzcy obiecali podzielić się władzą i próbowali tego dokonać, wprowadzając 16 nowych, większych województw z własnym samorządem i uprawnieniami, reaktywując powiaty i jasno określając kompetencje każdego ze szczebli samorządu terytorialnego. Cztery lata później, gdy wylała Wisła, struktury te zadziałały.

W tle wielkiej fali i działań w skali makro - osobiste tragedie i dramaty. Znakomicie pokazane w reportażach Marii Wiernikowskiej. Na przykład o starszej kobiecie z Dolnego Śląska, repatriantce ze Wschodu. Opowiadała, jak w 1945, gdy jej dom spłonął a bliscy zginęli, po prostu wyszła z domu i poszła przed siebie. Osiedliła się pod Wrocławiem. Pół wieku później, gdy woda zabrała jej drugi dom, też wyszła i poszła przed siebie. Bo co jej zostało? Może znajdzie nowe życie a może już tylko śmierć po tym, które właśnie się dla niej zakończyło...

Rok 2017, sierpniowe burze i wichury nad północną Polską. Hektary powalonych drzew, zniszczone domy i ludzkie dramaty. W tym wszystkim niezliczone przejawy zwykłej życzliwości (czy na pewno takiej zwykłej? Co jest dziś bardziej zwykłe: życzliwość, dobro i bezinteresowna pomoc czy egoistyczna obojętność?), pomocy często od zupełnie nieznajomych i setek prostych gestów, przywracających wiarę w człowieka.

Środkowy Atlantyk, Karaiby i południowo-wschodnie USA. Kolejny sezon huraganów, niby zwykłe, cykliczne zjawisko w tej części świata. Tylko jakby jakieś bardziej intensywne i gwałtowne. Teksas ledwo pozbierał się po Harvey'm a już nadciąga jeszcze większa i bardziej niszczycielska Irma. W kolejce stoi Jose, przy Meksyku rozkręca się Katia. Jakby tego było mało, w Meksyku zatrzęsła się ziemia. Znów obrazy zniszczeń: zalane miasta, wyspy kompletnie obdarte z infrastruktury, stosy potrzaskanych łodzi. I pewnie znów ludzie którym zostało tylko to, co udźwignęli na plecach. Idący przed siebie, szukając nowego miejsca, bo ich świat przestał istnieć.

W tym kontekście dobrowolna zmiana trybu życia, miejsca zamieszkania, aktywności i stanu posiadania przestaje się wydawać wywróceniem wszystkiego do góry nogami. Zostawiamy wczoraj i dziś i wychodzimy, idąc ku jutru. Dlatego, że chcemy a nie, że musimy. W dodatku możemy tu wrócić. Mieszkańcy Barbudy, Sint-Maarten czy Haiti tego luksusu nie mają. Krucha jest ziemia, po której chodzimy. Jeszcze bardziej kruche nasze na niej życie. Może by tak lepiej je wykorzystać i zrobić cos fajnego, dla innych i dla siebie? Spróbujemy. Na pewno napiszę, co z tego wyszło.


Źródło: timesofisrael.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz