Etykiety

sobota, 17 czerwca 2017

Z luksusu przez klasztor na korzenną wyspę

Skąd pomysł na Zanzibar? Ano Żonka przeczytała kiedyś książkę (podobno bestseller...) Doroty Katende "Dom na Zanzibarze". Autorka pisze o swoim zakochaniu się w Afryce, które w końcu zaprowadziła ją na tę tanzańską wyspę, gdzie zbudowała hotelik przy oceanicznej plaży. Rzeczywiście, chociaż książka nie powala stylem, to może do tego regionu zachęcić. Dolecieć tam łatwo, szczepień nie wymagają, wizę dają na lotnisku... Tylko planować!

Z pomocą przyszedł serwis fly4free.pl. Na początku tego roku pojawiła się tam oferta (pewnie błąd w systemie rezerwacyjnym, jak w większości przypadków) na Zanzibar właśnie. Już od 170 euro w dwie strony! I to akurat w okresie belgijskiego długiego weekendu. No to myk! Rezerwujemy, czekamy na potwierdzenie i szukamy hotelu. Nie decydujemy się w końcu na znany z powyższej książki "Vanilla House", bo pokoje tam nie mają własnych łazienek. Pojedziemy do pensjonatu o wdzięcznej nazwie Kizi Nyumbani Lodge w miejscowości o jeszcze wdzięczniejszej nazwie: Kizimkazi. Na południu Zanzibaru, gdzie koralowa rafa podchodzi najbliżej brzegu. Ma znakomite recenzje, położony jest na odludziu i ma tylko 3 pokoje. Przekonamy się na miejscu. Najpierw trzeba tam dotrzeć.

Jak można się domyślić, oferta w takiej cenie (zapłaciliśmy w końcu 220 euro za osobę) oznacza nie całkiem bezpośrednie połączenie. Z Brukseli bezpośrednio na Zanzibar lata TUI Fly, z przesiadką w Stambule dowiozą tam wszędobylskie Turkish Airlines. My polecimy z... Luksemburga. Luxairem do Monachium a następnie Oman Air przez Maskat. Na kameralne lotnisko w stolicy Wielkiego Księstwa docieramy bez problemów, po dwugodzinnej podróży samochodem. Parking tuż przy terminalu kosztuje 60 euro za tydzień - tyle, ile weekend w Charleroi... Mało ludzi przy odprawie, pani skrupulatnie sprawdza czy mamy wszystkie wizy (w Omanie tylko tranzyt, a na Zanzibarze dają na lotnisku). Im bliżej godziny wylotu, tym ruchliwiej robi się wewnątrz terminala. Jakieś 10 wylotów, sporo do Portugalii (Portugalczycy stanowią 10% mieszkańców Luksemburga), poza tym Niemcy, Grecja i Francja. Wreszcie się ładujemy, do naszego "odkurzacza" - turbośmigłowego Bombardiera Q400. Niewielki, 70-miejscowy. Lot na szczęście krótki, niewiele ponad godzinę. Mimo to dają kanapki i napoje, co pozytywnie nas zaskakuje. Lądujemy w Monachium, pierwszy (z samochodowym to drugi) etap podróży za nami.


Nazwa tego miasta pochodzi od benedyktyńskich mnichów, stąd wzmianka o klasztorze. Terminal międzynarodowego lotniska tamże z klasztorem jednak nie ma nic wspólnego. Jest dość funkcjonalny, ale nie najnowszy. Przydałoby mu się odświeżenie, w końcu to drugie pod względem wielkości ruchu pasażerskiego lotnisko w Niemczech. Sprawnie jednak przechodzimy z jednego terminalu na drugi i odnajdujemy stanowiska odprawy Oman Air. Ładna kolorystyka (branding) i stroje obsługi, wieje Orientem. Karty pokładowe już na nas czekały (nie mogli nam ich wydać w Luksemburgu). Mamy jeszcze prawie dwie godziny, zdążymy na kawę. Przed nami cała noc i pół dnia w podróży.


Na trasie Monachium-Maskat Oman Air lata Airbusami 330. Nasz ulubiony samolot na dalekie trasy - siedzenia przy oknie są podwójne, zatem nikt się obok nie przysiądzie. Maszyna nowa, na oko kilkuletnia. Bogata oferta rozrywki (obejrzę "Rogue One" i "Vaianę" - obydwa świetne!) i dobre jedzenie (kolacja i śniadanie). W załodze sporo Europejek, wyłapujemy nazwisko kończące się na -ova na plakietce. Dziewczyna zaskoczona naszym "dekuji" wdaje się w krótką rozmowę. Miło tak, mieć chwilę ludzkiego kontaktu a nie tylko "Kawa? Herbata? Duty free?" Sześciogodzinny lot mija szybko, za oknami już dzień i żółciobrązy arabskich pustyń. Poprzecinane i upstrzone tu i ówdzie plamami zieleni ostro przechodzą w głębokoniebieski ocean. Lądujemy w Maskat, stolicy Sułtanatu Omanu. Znajomi serdecznie polecają ten kraj na dłuższy, przynajmniej parodniowy pobyt. "Najprzyjemniejszy z krajów arabskich", powiadają. Może kiedyś... Teraz tylko przesiadka.


Międzynarodowy Port Lotniczy w Maskat nie dorównuje omańskim aspiracjom. Terminal mocno przestarzały, bez rękawów, do tego dość ciasny. Obok jednak wykańczany jest spory, nowoczesny obiekt, z dwoma pasami startowymi i 29 rękawami. Ma zostać oddany do użytku pod koniec 2017 roku i obsługiwać 24 miliony pasażerów rocznie - dwukrotnie więcej, niż obecny obiekt. Może nieduży, ale dobrze oznaczony, po arabsku i angielsku. Jest też kantor wymiany walut - kupujemy trochę dolarów i tanzańskich szylingów. W Kamerunie i Gabonie, największy nominał (10000 franków CFA, czyli jakieś 15 euro) wydawał mi się mały przy płaceniu większych sum. Najwyższy nominał szylinga tanzańskiego to 1000, czyli... 4 euro. Portfel, wypełniony banknotami ze słoniem i nosorożcem, ledwo się domyka.



Ostatni już przelot w tej podróży, Maskat-Zanzibar. Wychodzimy do autobusu i podjeżdżamy do samolotu. Jest przedpołudnie, powietrze uderza czterdziestostopniowym, suchym gorącem. Szybko chronimy się w klimatyzowanej kabinie. Boeing 737-800 nie jest może najwygodniejszą maszyną na każdą podróż dłuższą niż 2 godziny, ale co poradzić. Dobrze, że serwis - jak to w liniach znad Zatoki Perskiej - znakomity. Znów dobre jedzonko (dwa posiłki!) i filmy. Co by tu obejrzeć... Wybór pada na "Le Cafard" - belgijską produkcję, zrealizowaną w technice komiksu, opowiadającą o czasach I wojny światowej. Niemiecka okupacja w Ostendzie, dramat mieszkańców, belgijskie oddziały we Francji a później w Rosji, skąd uda im się wydostać z rewolucyjnej zawieruchy. Niby temat oklepany i tyle razy już widziany - ale jeszcze nigdy z perspektywy Belgów. Ciekawa opowieść, polecam.

Miejsca przy oknie na niewiele się zdają, bo równikowe okolice przykrywa całun chmur. Cóż, pora deszczowa. Na szczęście w Zanzibarze nie pada, bo terminal jeszcze skromniejszy niż ten w Maskat. Nawet jak na Afrykę - bardzo "kurnikowaty". Jako jedni z pierwszych wypełniamy deklaracje przyjazdowe, płacimy za wizy i dostajemy w paszporcie kolorowe naklejki. A, nie powiedziałem jeszcze: już od Luksemburga lecą z nami głośne dwie polskie dziewczyny, które szybko zyskują sobie u nas pseudonim "gwiazdy". Pewnie też skorzystały z tej oferty na fly4free ;-)

Wiza jest, można przejść dalej, po odbiór bagażu. Oczywiście żadnej karuzeli, walizki czekają sobie w kącie sali. Jeszce je prześwietlą i wychodzimy - wprost w afrykańską duchotę. Czeka na nas pan z kartką z moim nazwiskiem. Ma dla nas samochód z Zanzibar Express Car Rental, zarezerwowany zaledwie przed dwoma dniami. Bez większych ceregieli, odbieramy Toyotę RAV4 i tankujemy po drodze. Pan jeszcze nam wyjaśni, jak wyjechać z miasta (na czwartym rondzie w prawo!) i ruszamy w ostatni etap tej podróży. Przed nami cały Zanzibar wszerz do przejechania, prawie 80 km. Jedźmy zatem! Kizi Nyumbani Lodge czeka.


2 komentarze:

  1. Doprawdy ciekawe wpisy milordzie. Mam dwa pytania. Primo: Wiem, że gentlemani nie rozmawiają o pieniądzach ale w jakiej mniej więcej sumie zamknąłeś taki wyjazd? Secundo: W zdaniu szczepień nie wymagają, wydaje mi się jest nutka jakby rozgoryczenia... a gdzie wymagają szczepień - z czego byłeś niezadowolony - i dlaczego sądzisz, że szczepienia nie są konieczne szczególnie przed wyjazdem do tak egzotycznego miejsca? Serdecznie pozdrawiam, będę śledzić bloga.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj Tomaszu :-) Jeśli chodzi o podróż, to skorzystałem z super promocji znalezionej na fly4free.pl Bilety na opisanej trasie kosztowały 220 euro od osoby. Normalnie trzeba by liczyć 2 lub 3 razy tyle (chyba, że przelot masz w pakiecie z hotelem, z biura podróży). Nasz hotelik wynióśł 45 dolarów (USD) za dobę (pokój 2-osobowy ze śniadaniem). Posiłki: od 3 do 10 euro (w przeliczeniu z TZS). Szczepienia: nie, na pewno nie chodziło o rozgoryczenie :-) Szczepienia na żółtą febrę (tzw. żółta książeczka) wymagane są w większości krajów Afryki Subsaharyjskiej ( w tym te, w których dotychczas byliśmy: Kamerun, Gabon i Nigeria). Zalecenia i wymagania znajdziesz np. w poradniku "Polak za granicą" na stronie polskiego MSZ (msz.gov.pl) Możesz też zasięgnąć porady w przychodni, która takie szczepienia wykonuje. Mam nadzieję, że odpowiedziałem na Twoje pytania :-) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń