wtorek, 4 kwietnia 2017

(nie)Przezorny Zawsze Umęczony

Największa z polskich firm ubezpieczeniowych jest od paru lat głównym sponsorem wiosennego, warszawskiego półmaratonu. Skrót jej nazwy rozwijany był w czasach siermiężnej, PRL-owskiej reklamy jako "Przezorny Zawsze Ubezpieczony". Hm, chyba tym razem nie chodziło o mnie...

Koniec marca, czyli teoretycznie przygotowania do biegu powinienem zacząć gdzieś w okolicach Bożego Narodzenia. Wtedy było jeszcze nieźle: 45 minut a nawet 1:20 robiłem w tempie poniżej 6 min./km. Później jednak przyszedł wyjazd do Kamerunu (oczywiście ze sprzętem do biegania, a jak! :-) oraz szara i nieprzyjemna, europejska zima. Coraz częściej biegowe wyjście zastępował stacjonarny rowerek w ciepełku salonu. O siłowej zaprawie też tu i ówdzie się zapomniało. Potem była seria wyjazdów: Rumunia, Chiny, Chorwacja, Turcja... Pobiegało się tam i ówdzie, ale mało, sporo za mało! Do tego brak porządnego, długiego wybiegania...

Gdyby nie szczytny cel i motywacja oraz obecność Jacka, to nie wiem, czy w ogóle bym stanął na starcie. Wybitnie mi nie wyszła ta wiosna i ten bieg. Atmosfera jak zawsze świetna. Do tego znakomita organizacja, jak to w Polsce. Belgowie mogliby się uczyć, jak ogarniać takie imprezy. Start tym razem z samego centrum stolicy, sprzed Teatru Wielkiego. Zanim nasza grupa człapaków (ustawiamy się za "zającami" z czasem 1:55) tam dojdzie, minie dobre kilkanaście minut. Wreszcie mijamy linię startu, krótka prosta i skręt w Krakowskie Przedmieście, tuż przy Świętej Annie. Runtastic pokaże potem tempo na pierwszych kilometrach poniżej 6 min./km. To chyba mnie dobiło... Cóż, trzeci półmaraton (z dwudziestkami to piąty) nie upoważnia do pewności siebie. Zabrakło zwykłej pokory i dystansu do własnych możliwości...

Ale to będzie później. Na razie jest nieźle. Nowy Świat, palma, znajomy Plac Trzech Krzyży. Reprezentacyjne Aleje Ujazdowskie i zbawczy zbieg w dół, ku Łazienkom. Kojąca zieleń parku, robimy małe okrążenie, mijamy stadion Legii (grrrr!!!) i wbiegamy na Powiśle. Orkiestry, kibice, transparenty. Długi czas biegniemy razem ze 140-osobową biegnących charytatywnie "Spartan". Włócznie, hełmy, nagolenniki i tarcze. Czerwone płaszcze i weksylium. Brakuje tylko rytmicznego "A-uuu!"

Wreszcie woda, izotonik i banany. Przyda się wzmocnienie. Przed nami Most Świętokrzyski, wbiegamy na Pragę. Wśród współbiegaczy rzucające się w oczy grupy, jak "Szaleni Biegacze Szatana" czy "Biegające Wieprze". Dopiero połowa dystansu a już dwa razy musiałem przejść do spaceru... Okrążamy zoo, przed nami Rondo Starzyńskiego i zapowiadany podbieg pod Most Gdański. Nie taki wykańczający jak brukselska Avenue de Tervuren, ale też spowalnia. I to znacznie. Już wiem, że na pewno nie poprawię życiówki (2:11). Byle dobiec... Wisła, powrót na lewy brzeg. Stadion Polonii, ambasada Chin, Plac Krasińskich. Zdenerwowana Żonka wydzwania - za nieco ponad dwie godziny mamy samolot! Zdążymy, Kochanie... Postaram się przyspieszyć, aby w miarę wyglądać na mecie. Plac Teatralny, meta i medale. Jacek czeka już od dziesięciu minut. Miał dzisiaj powera że hej! Mało mu brakowało do zejścia poniżej dwóch godzin. Zaatakujemy następnym razem... Teraz trochę gimnastyki - przebieranie się na tylnym siedzeniu (chociaż to przestronny Passat) do najłatwiejszych nie należy. Ale dajemy radę. Głowa i serce powoli się uspokajają. Okęcie, terminal, hala odlotów. Kolejna przygoda przed nami, zupełnie niebiegowa. Ale buty i czysty strój zabieram, a jak! Od środy zaczynamy trenować przed kolejnym startem. Może na początku czerwca? Na pewno zaś na początku lipca. Tym razem wraz z częścią wodną i kolarsko-szosową. Oj, będzie się działo! ;-)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz