sobota, 4 lutego 2017

Się (nie) dzieje

Wróciliśmy do domu. Na tyle wcześnie, że łapiemy się na poranną Mszę i śniadanie. Dzień mija leniwie, w końcu trzeba odespać całonocną podróż. Nie wiadomo kiedy robi się popołudnie. Nic się nie dzieje, dzień jak co dzień w Foyer Saint Dominique. Każdy robi swoje. Dzieciaki swoje obowiązki, Jacek kończy zbijać tablicę, dziewczyny z Mańką, jej mamą i Epi krzątają się przy kuchni, my się snujemy. Popołudniowy różaniec przerywa przybycie siostry Alicji i dwóch marianów z misji w Obala, na północ od Yaounde. Pojedziemy z nimi do dominikanek na wieczorne kolędowanie. Ale to temat na osobną opowieść.


Piątek, Trzech Króli. Zanim zaczniemy przygotowania do popołudniowej Mszy, małe umęczenie ciała. Korzystam z orbitreku ojca Darka. Stoi po wschodniej stronie domu, więc akurat teraz tu świeci słońce. Ale na szczęście przemyślna konstrukcja budynku zapewnia cień przynajmniej nad głową. Depczemy 45 minut, wystarczy. Później pomęczymy dzieciaki. Rok temu nauczyły się "Wśród nocnej ciszy", więc teraz spróbujemy z "Mędrcami świata". Wygląda to tak: mendr tsy chvia ta mon nar kho vie etc. Zdolne są i śpiewać lubią, więc łapią szybko.


Aby młodsze nie czuły się zaniedbane, wyciągamy kredki i kartki i rysujemy. Oczywiście, to będzie bardziej łażenie w tę i we w tę, z prośbami: a to o słonia, a to o psa, a to o węża i co tam tylko przyjdzie im do głowy. "Dobra, masz tu słonia, ale teraz nie przychodź, zanim go nie pokolorujesz!" Kochane są, ale męczą też trochę. Na szczęście kończą się kartki. Ciekawe, jak długo by rysowały gdyby ich zasoby były nieskończone... Popołudnie, jak co dzień ciśnienie spada. Krótka drzemka przed koronką do Miłosierdzia Bożego i Mszą. Świąteczną, wszak to dziś Objawienie Pańskie. Epiphanie, tak jak imię naszej Epi. Będzie imieninowy tort, ale to dopiero wieczorem.


Dla Afrykańczyków liczy się gest i rytuał. Dlatego o wiele większą frekwencją cieszą się Msze i nabożeństwa w Popielec czy Triduum Paschalne niż, dajmy na to, Pasterka. Na Pasterce wszak nic się nie dzieje. Ot, Msza jak każda inna - tyle, że o północy. A tam, to ho ho! Popiół sypany na głowę, celebrans myjący wiernym nogi i leżący krzyżem przed ołtarzem, grzechotki zamiast dzwonków, świeca zanurzana w wodzie. O, to musi mieć znaczenie! To się liczy, tu się coś dzieje! Jest gest, jest rytuał - to na pewno bardzo wielkie czary. Dlatego warto przyjść na Mszę w Popielec i dać się obficie posypać tym popiołem. Na wsiach misjonarze przygotowują go całe wiadra. Tak, ojcze, syp! Byle dużo. To przecież na pewno działa.


Ojciec Darek wsypuje sporą garść soli do wody, którą następnie poświęci i skropi każde pomieszczenie w domu. Dostanie się nawet łazience. Idący za nim Boris zmazuje "6" i pisze "7". A właściwie to dopisuje koleją kreskę do rzymskich cyferek. Kolejny rok, kolejna data. Po Mszy kolacja i świętowanie: i Trzech Króli, i imienin Epi. Dzieciaki oglądają "Leona Zawodowca", my częstujemy się ciastem oraz piwem. Oczywiście, nie zabraknie "Sto lat".


Siódmy stycznia, sobota. Po śniadaniu jedziemy na targ a potem na targ pamiątek. Trzeba kupić parę gadżetów na kolejny festyn w Brukseli. Przebitka na cenie kilkakrotna a zysk w całości pójdzie oczywiście na nasze dzieci. "Panowie, nie pchajcie się! Tak, obiecuję: zajrzymy do każdego sklepiku, każdego z Was odwiedzimy! Tak, pamiętam, że "piątka". Oczywiście, zajrzę do Ciebie. Piątka, pamiętam. Numer pięć, wiem. Ale jesteśmy dopiero przy 22... Ej, jak będziesz taki namolny to zapomnę, jak wygląda pięć, zrozumiano?" W jednym ze sklepików miła niespodzianka: "Salaam! A to nie Wy byliście w zeszłym roku w Kribi?" Tak, drogi Aboubakri! Co u Ciebie słychać? A, dziękujemy. U nas też w porządku. Następnym razem może wreszcie odwiedzimy Cię w Bafoussam? Do miłego!

Wracając z targu zahaczamy o bar w targowej dzielnicy. Byliśmy tam podczas naszego pierwszego tu pobytu. Widzę, że mają w lodówce nigeryjskie piwo "Orijin". Orzeźwiające, o ziołowym smaku. Do tego szaszłyczki z mięsa, cebuli i wątróbki z grilla oraz grillowane "flaki" (czyli wołowy żołądek, z którego u nas robi się zupę o niezbyt zachęcającej nazwie) z ostrym pimentem do smaku. Wracamy do domu. Dosyć na dziś. Zmęczeni jesteśmy, chociaż przecież tak naprawdę nic się nie działo. Dzień jak każdy inny. Codzienność Foyer Saint Dominique, Yaounde i Kamerunu. Nie dzieje się, a jednak dzieje. Czasem nawet sporo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz