niedziela, 5 lutego 2017

Chwała na głębokości

Chwała na wysokości, chwała na wysokości
a pokój na ziemi.

Kolęda "Przybieżeli do Betlejem pasterze"


"Fajnie się z Wami płynęło, wtedy, na Północnym. Ale chcielibyśmy też kiedyś na jakichś cieplejszych wodach. Co, są w miarę tanie połączenia na Teneryfę?! No jasne, że lecimy! I płyniemy."

Miesiąc przed wyjazdem zmiana planów - mówiąca powyższe słowa okazała się być brzemienna. Jako że długo na to dziecko czekali oraz ze względu na to, że ciąża była zagrożona, okazało się to brzemienne w skutki. Dla niej przynajmniej, bo z wiadomych względów nie mogła płynąć. Jadą za to jej mąż i syn oraz tato. Zatem tym razem mamy pięcioosobową załogę, w wieku od lat 6 do 66. Będziemy, podobnie jak rok wcześniej, płynąć z Teneryfy. Tym razem z Radazul, na północno-wschodnim wybrzeżu wyspy. Z lotniska Tenerife Sur-Reina Sofia jest kilkadziesiąt kilometrów, które pokonujemy liniowym autobusem do stołecznego Santa Cruz. Tam nocujemy w hotelu w centrum a na drugi dzień rano pozostałe 10 km dojedziemy taksówką. Marina i port wciśnięte pod wulkanicznym klifem. Jest kilka knajpek oraz kaplica, gdzie pójdziemy na sobotnią Mszę. Wcześniej jednak odbierzemy jacht, zrobimy zakupy i przywitamy się z resztą załogi, która dotrze tego dnia po południu.

Niedziela rano, wypływamy po śniadaniu. Żegluga lewym baksztagiem, pod kanaryjskim słońcem, nieco nas rozleniwi. Do tego stopnia, że prawie zapominamy o słynnej strefie przyspieszenia wiatru - zona de acceleracion. Nagły szkwał przechyla nas mocno. Całe szczęście, że najmłodszy z załogi przypięty był szelkami. Wypadł za burtę, ale uprząż go zatrzymała. Zmoczył się jednak do połowy i przestraszył nie na żarty. Później odkryjemy też, że latający z lewa na prawo bom tak zakręcił grotem, iż ten pozrywał fały do pokrowca. Na razie jednak walczymy z wiatrem i falą. Widok nadciągającego wodnego wału, wysokiego na jakieś 4 metry sprawia, że nogi się pod tobą uginają. Na szczęście łódkę obraca na powrót rufą do fali i żeglujemy. Szybko, trzeba przyznać. I tak wzdłuż całego zachodniego wybrzeża Teneryfy, aż do Punta de Rasca. Mały przylądek z latarnią morską tworzy południowy róg wyspy, skręcamy na północny zachód. Po chwili wiatr gaśnie zupełnie - tak jest tu zawsze, gdy wieje pasat. Potężny masyw El Teide stanowi zaporę nie do pokonania. Odpalamy silnik i kontynuujemy żeglugę w stronę Gomery. Znów, jak przed rokiem ostatnia godzina nas wytrzęsie i wymęczy. To druga z najsilniejszych kanaryjskich akceleracji. Dmucha ostro jeszcze w samym porcie, za falochronem. W końcu cumujemy i możemy obejrzeć usterki. Rzeczywiście, pozrywało fały od pokrowca. Trzeba będzie wjechać na maszt, aby ponownie zamocować je do salingów. Któż ma to zrobić, jak nie skipper...




Po małych naprawach szukamy knajpki na kolację. Jak zazwyczaj na Kanarach, smacznie, przyjemnie i niedrogo. Nazajutrz bierzemy samochód (Opla Astrę) z niezawodnego Cicara i ruszamy po znajomej trasie na zwiedzanie wyspy. Lasy wawrzynowe Garajonay odetchnęły po zeszłorocznych pożarach i zachwycają prehistoryczną zielenią. Krajobraz zmienia się za każdym zakrętem, wolniutko objeżdżamy nie za dużą przecież wyspę. Wracamy do San Sebastian, nazajutrz kolejny dzień na morzu.





Uspokoiło się, nie wieje prawie wcale. Została jedynie dwumetrowa (za to dłuuuuuga) martwa fala. Na silniku kierujemy się w stronę powoli wynurzającej się zza horyzontu El Hierro. Nie udało się nam tam dotrzeć w zeszłym roku a osamotnienie i inność tej wyspy przyciąga. Tuż przed naszym wyjazdem zatrzęsło nią trochę - w końcu to zaledwie dwa lata po podmorskiej erupcji wulkanicznej pod La Restingą. Ale to przecież koniec grudnia, okres Bożego Narodzenia. Widać, nie tylko niebiosa ale i głębiny ziemi wychwalają Pana. Tak, jak potrafią: wstrząsami. Tych jednak na morzu nie czuć. Mamy za to gości: podpływa do nas i kilkanaście minut płynie z nami stadko delfinów. Trzymają się fali dziobowej, co chwila wynurzając się dla złapania oddechu, lub wręcz wyskakując nad powierzchnię wody. Niesamowite przeżycie. Odwiedzą nas też w drodze powrotnej.


Masyw El Hierro rośnie w oczach, kierujemy się na Puerto de la Estaca. To jeden z dwóch portów na wyspie. Przystań promowa, małe nabrzeże dla gości i bojki cumownicze dla miejscowego drobiazgu. Aż się prosi o porządną marinę z pontonami. Taka jest w La Restinga, na południowym krańcu El Hierro. Wszędzie stamtąd daleko, dlatego decydujemy się na Puerto de la Estaca. Blisko stąd do stolicy, Valverde, i innych ciekawych miejsc na wyspie. Miejsca w porcie sporo, oprócz nas tylko jeden jacht z niemiecką załogą. Cumujemy burtą do nabrzeża wznoszącego się jakieś 3-4 metry nad nami. Potrzebne będą długie cumy, tym bardziej, że w nocy przyjdzie odpływ i nie poluzowawszy liny w porę prawie na niej zawiśniemy...




Jest późne popołudnie 31 grudnia 2013 roku. Pora szykować sylwestrową zabawę. Nie przypuszczamy wtedy, że kolejny rok będziemy witać w tym samym miejscu... Północ, parę petard, tu i ówdzie odgłosy świętujących. Estaca ma niewiele ponad 100 mieszkańców, trudno spodziewać się jakiejś hucznej fiesty. Przynajmniej się wyśpimy. Nazajutrz dzwonimy po kolei do firm wynajmujących samochody. Albo nikt nie odbiera, albo nic nie mają wolnego. W końcu odzywa się firma taksówkarska z Valverde, która oferuje również zwiedzanie wyspy. Jest nas jednak pięcioro, więc chwile potrwa znalezienie większego samochodu i kierowcy doń. Zjawia się około południa, bierze 20 euro za godzinę. Ustalamy trasę i ruszamy. Na początek do Mirador de la Pena, zaprojektowanego przez... a jakże! Cesara Manrique! Jak wszystko, co na Kanarach oryginalne i funkcjonalne. Widok na prawie kilometrowej wysokości urwisko El Golfo zapiera dech w piersiach. To nic, że nie utworzyła go jakaś potężna erupcja a zwykłe osuwisko. Jest pięknie w swym dramatyzmie. Podjeżdżamy jeszcze na kolejny punkt widokowy (mirador). Tu jest trochę wyżej, ponad 1000 m n.p.m. Zalegamy w chmurach, widoczność nie przekracza kilkunastu metrów. Przepaść El Golfo ginie w mlecznej zawiesinie, jedziemy więc dalej, na El Cumbre. To prawie najwyższy punkt wyspy, jest trochę chłodniej niż na dole. Łazimy trochę po lesie wawrzynowym (podobnym do tego z La Gomery). Jest nieziemsko. Bardzo nam się tutaj podoba, na pewno jeszcze wrócimy. Zjeżdżamy w kierunku El Pinar, drogą meandrującą poprzez sosnowy las. Zmierzamy w kierunku pól lawowych na południu El Hierro. Lawa typu pahoehoe tworzy jęzory skalnego budyniu; wydaje się, jakby zastygły przed kilkoma dniami. Tymczasem to pozostałości erupcji sprzed 300-400 lat...







Wracamy do Estaca, starą drogą przez San Andres. Jest niesamowicie zielono. Taka trochę Irlandia (tym bardziej, że pastwiska pełne krów i owiec), tyle, ze z wulkanami. Wygasłych (czy aby na pewno?) stożków jest na El Hierro kilkaset. Zatrzymujemy się jeszcze przy legendarnym drzewie Garoe, świętym miejscu Bimbaczów - rdzennych mieszkańców wyspy. Rosnące w skalnej rozpadlinie drzewo zbierało (i zbiera) wilgoć z przelatujących na tej wysokości chmur. Wilgoć się skrapla i spływa strużkami w dół, tworząc małe jeziorka w skalnych zagłębieniach. Dla Bimbaczów było to niepojęte i nadprzyrodzone, dlatego otaczali to drzewo czcią. My nie podchodzimy do tego miejsca z taka nabożnością, więc nas pokarało... Jedyna wśród nas dziewczynka traci równowagę na mokrym, trawiastym zboczu i koziołkuje kilkanaście metrów w dół. Na szczęście skończy się na paru siniakach, brzydkich wprawdzie, ale kości pozostają całe.




El Hierro było gwoździem tego rejsu. Teraz już tylko wracamy. Nadal nie wieje, więc na silniku płyniemy w stronę Teneryfy. Znów odwiedzają nas delfiny a my korzystamy z tropikalnej temperatury i kąpiemy się w oceanie, który w tym miejscu ma ponad 3 kilometry głębokości. Nie ma zatem obawy, można skakać na główkę! Już po zmroku docieramy do znajomej mariny w Las Galletas. Tym razem żaden szkwał nie zakłócił nam cumowania. Przywiązujemy się i idziemy na zasłużoną kolację do portowej knajpki. Spotkamy tam polsko-szwedzkie małżeństwo na wakacjach.




Ostatni dzień rejsu, musimy wrócić do Radazul. Znów przeprawa przez akcelerację, tylko tym razem pod wiatr i falę. Niełatwo, ale dajemy radę. Port macierzysty, tankowanie do pełna, zdajemy łódkę a synek, tata i dziadek wyjeżdżają aby zdążyć na swój samolot. My zostaniemy jeszcze na łódce do jutra a na Kanarach jeszcze przez tydzień. Ale Fuerteventura to temat na kolejną, dłuższą opowieść. Już nie żeglarską, chociaż z żeglarzami i trochę też o żeglarzach. Cóż, będąc na wyspach nie sposób o morzu zapomnieć. Fajne te Kanary :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz