wtorek, 3 stycznia 2017

Nowy rok wśród dzieci słońca

Ostatni dzień starego roku. Zaczynamy bez mszy, będzie wieczorem. Za to po śniadaniu jedziemy na targ. Szlachtowanie i sprawianie świni na rowie już nas nie dziwi, chociaż kwik jest przejmujący. Na stoiskach to, co zwykle: cebula, czosnek, maniok, kukurydza, owoce. Miejscowa zielenina i chiński plastik: miski, kubki, torby. Zrewolucjonizowały i ułatwiły życie w Afryce, ale też kompletnie wyrzuciły z rynku miejscowe, naturalne wyroby z drewna i liści. To, co kiedyś można było wyrzucić po zużyciu w ciągu roku zgniło. Teraz zalega strumieniem śmieci wzdłuż dróg. Parę lat temu Yaoude ze śmieciami radziło sobie spalając je na kupach. Miasto spowijały wtedy kłęby gryzącego dymu. Obecny strajk służb oczyszczania miasta jakby te czasy przywrócił. Jest jakoś gorzej, niż poprzednio.

Wracamy z targu. Kupimy jeszcze po drodze ryby i napoje dla dzieciaków, na święto. Niech mają,chociaż świństwo. Dla zdrowia zaś zabieram dwóch chłopaków na trening. Pobiegniemy po okolicy, pętlą na jakieś 8 km. Biały, pieszo i biegnie za Murzynami - tego tu jeszcze nie widzieli. Odprowadzają wzrokiem, pozdrowią ale wody nie podadzą. A przydałoby się, bo upał i podbiegi wysuszają. Nie daję rady i ze 2 razy muszę przejść do spaceru. Ale w domu i tak witają nas jak bohaterów. A to tylko godzinka i 8,5 km. Ciekawe przeżycie, mimo wszystko.

Teraz tylko się ogarnąć, ogolić i czekać na przyjście nowego roku. Najpierw msza, na której ojciec Darek podsumowuje mijający rok: kto zmarł, kto się urodził, kto zdał egzamin a kto go oblał. Wszystkie ważne wydarzenia, radosne i smutne, osobiste i publiczne. Wszystkie składamy na ołtarzu i za wszystkie dziękujemy Bogu.

Potem uczta, już przy imprezowej muzyce. Jest maniok w dwóch postaciach, nyan i plantany. Z konkretów kurczak, ryby, pancernik i jeżozwierz. Wyżerkę trzeba wytańczyć; dzieciaki nas wyciągają na środek. Wspólne odliczanie i gromkie "Bonne année!!!" Są chwile, kiedy jakby się zapomina o tym, co nieprzyjemne i smutne a daje się ponieść radości i nadziei. Impreza potrwa gdzieś do trzeciej, my wymiękamy około pierwszej.

Pierwszy stycznia, jak co roku senny i leniwy. Na szczęście bez kaca. Jednak porządek dnia jest zachowany, bo Epi serwuje śniadanie już o ósmej. Dzień ten jednak będzie dla nas szczególny, bo zostaniemy chrzestnymi trójki maluchów: Mariesol, Vantianne (która na tę okazję zostanie Samuelą) i Pipiripi (Aubin). Ubrane na biało i przejęte bardziej od nas. "O chrzest. Wyrzekam się. Wierzę." Obfite polanie wodą i wręczenie światła wiary. Kochane dzieciaki. Dzielnie trzymają świece, mimo kapiącego po palcach wosku. Dumni i szczęśliwi, dzielimy się radością z rodziną w Polsce, pokazując nasz drugi dom i jego mieszkańców.

Wieczorem kolejna impreza. Na stole, oprócz zwyczajnych plantanów, ryb na ostro i wieprzowiny, także antylopa i pyton. Same rarytasy. Muzycznie też wykwintnie, bo imprezę animuje Bobby - najlepszy DJ w mieście i wychowanek Foyer St. Dominique. Jest konkurs taneczny z nagrodami pieniężnymi, który bezapelacyjnie wygrywają Elsa i Baby, zwany Wielką Stopą. Znów się nie wyśpimy, a jutro wyjazd i perspektywa nocy w podróży. No ale kto przyjeżdża do Afryki się wyspać? ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz