czwartek, 5 stycznia 2017

Nie tak wszystko miało wyglądać

Z rana, 2. stycznia 2017 roku, na początku jednak wyglądało. Tak, jak zaplanowaliśmy, wyruszamy po śniadaniu na dworzec, podwożeni przez Achille'a. Miasto nadal senne po noworocznym świętowaniu, ulice rozkosznie puste. Docieramy do centrum w niecałe pół godziny, po to tylko aby się dowiedzieć, że pociągu do Douali na razie nie będzie. Nic to, zaraz obok jest terminal Touristique Express. Firmy przewozowej dysponującej chyba najlepszą flotą autokarów w Kamerunie. Nie ma tu dworców w naszym rozumieniu; każda firma ma swój "terminal", najczęściej w części miasta położonej na wylocie obsługiwanych przez nią kierunków. W mniejszych miastach i na wioskach przystanek lub plac pełniący rolę dworca już jest jeden, co znacznie ułatwia podróżowanie. My jednak wciąż jesteśmy w Yaounde.

Touristique Express ma bardzo porządną, wręcz luksusową poczekalnię jak na Kamerun. Klimatyzowana, z barem, telewizja i wi-fi. Mamy dwie godziny do odjazdu ale mówią nam, że jak będą miejsca to wsadzą nas we wcześniejszy. Ta też się dzieje i hiperpunktualnie (o 11:03) ruszamy w trasę. Zapowiedzi jak w samolocie, zapiąć pasy i tym podobne. Urocza stewardessa zdaje się uśmiechać całą sobą, nie tylko ustami i oczyma. Pyta każdego o samopoczucie i wita na pokładzie. Później będzie catering: do wyboru kanapka z jajkiem lub wołowiną oraz woda lub sok. Czterogodzinna podróż mija szybko; nawet na zwykłej w tym miejscu kontroli policyjnej nas nie zatrzymują (poprzednio musieliśmy wszyscy wyjść i się wylegitymować). Na trasie ruch też poświąteczny, nie za duży. Targ na wjeździe do Douali pracuje na pół gwizdka; przejazd ułatwia ukończona trasa szybkiego ruchu na pomiędzy jezdniami do ruchu lokalnego. Centrum jakby mniej odpychające niż poprzednio. Dojeżdżamy. Dziewczyna-uśmiech każdego pyta jeszcze o wrażenia i życzy miłego pobytu.


Terminal, bierzemy bagaż i dajemy się porwać taksówkarzom, którzy wręcz wyrywają nas sobie z rąk. Pierwszy z nich zażądał 45000 franków (prawie 70 euro) za godzinną jazdę; twardo obstajemy przy 15. Widząc napierającą konkurencję, zrezygnowany się zgadza. Wyjeżdżamy z Douali, obok największego portu Kamerunu, handlowej do niego bramy. Most na rzece Wouri, obok powstaje druga nitka. Lubi tu się zakorkować, ale jest 2 stycznia i przejeżdżamy bez zatrzymania. Drugi brzeg, przedmieście Bonaberi. Jakoś mniej paskudnie niż od strony Yaounde. Wkrótce mijamy granicę Regionu Nadmorskiego (Littoral) i Południowo-Zachodniego. To już anglojęzyczna część Kamerunu, co widać po napisach. Dojeżdżamy do Tiko i szukamy portu, z którego rzekomo dziś wieczorem odpływa statek do nigeryjskiego Calabaru. Drogę w pewnym momencie zagradza wojskowa placówka, z wartownikiem na wieżyczce celującym w nas z karabin maszynowego. Dowódca nie puszcza dalej; czekamy na kogoś, kto pojedzie od strony portu i potwierdzi (lub nie...), że statek dziś wypływa. Przejeżdża sam agent firmy żeglugowej i potwierdza: statku nie ma, będzie w czwartek. Nie tak to miało wyglądać...


Trzeba jednak znaleźć jakieś rozwiązanie. Wracamy do głównej szosy i łapiemy lokalną taksówkę. Jej kierowca mówi nam, że w tym miejscu nie znajdziemy nic w pożądanym przez nas kierunku i oferuje się podwieźć nas we właściwe miejsce. Jest nim skrzyżowanie w Mutengene: droga na wprost (i większość ruchu) zmierza do leżącego nad Atlantykiem Limbe. Droga w prawo: do Buei, Kumby i dalej na północ. Taksówkarz przekazuje nas kierowcy busa, który jedzie do Kumby. Tam ma nas przekazać temu, który pojedzie na północ, w stronę granicy z Nigerią. Plecaki wędrują na dach, my dostajemy miejsca z przodu, obok kierowcy. Chyba ze względu na kolor skóry. Jedziemy. Po lewej masyw potężnego wulkany Mount Cameroon (prawie 4100 m n.p.m.), niewidoczny zza nisko zalegających chmur. Okolica słynie z opadów, góra zastrzymuje chmury nadciągające znad Atlantyku. Ciepło i wilgoć sprzyjają uprawie herbaty i kwiatów, których plantacje biją po oczach różnorodnością kształtów i kolorów. Ale tylko przez godzinę; jest już późno, do Kumba docieramy po zmroku (czyli ok. 19:00).



Rzeczywiście, natychmiast znajdują się miejsca w busie do Ekok, na granicy. Według zapewnień kierowcy, podróż potrwa 4 godziny, czyli zapewne z 5-6. Dotarlibyśmy na miejsce po północy, co nie byłoby za fajne. Decydujemy się zostać na noc w Kumba, tym bardziej, że z drogi widzieliśmy już neon hotelu Macklord's. Duży, 9-piętrowy. Nie za tani, ale czysty i wygodny. Tak wygodny, że budzimy się dość późno. Mimo zapowiedzi, o 7:30 nie widać nikogo w restauracji, więc chyba możemy zapomnieć o śniadaniu. Ruszamy na "dworzec". "Aj, jesteście za późno... Busy do Ekok odjeżdżają rano, około szóstej. Teraz musicie poczekać do wieczora. No, chyba że Wam się spieszy. Wtedy trzeba wynająć samochód z kierowcą, ale to Was będzie kosztowało fortunę..." Nie tak to miało wyglądać, ale nie mamy innego wyjścia. Przepłacamy słono za auto, ale za to mamy je tylko dla siebie. Kierowca tankuje z kanistra (pewnie przemycone, tańsze paliwo z Nigerii) i szybko pomyka dobrą drogą na północ. Dobry asfalt momentami ustępuje miejsca kiepskiemu a nawet żwirowej nawierzchni. Droga cały czas w budowie; wrażenie robi długi wiadukt nad górską doliną. Zbudowany przez... A nie, tym razem nie przez Chińczyków! Według kierowcy, zbudowali go Belgowie.


Już prawie Mamfe, gdzie droga z Limbe i Kumba łączy się z trasą wschód-zachód, Bamenda-Enugu. Kierowca jednak skręca w bok, w żółtą, gruntową dróżkę. "To skrót do Ekok", tłumaczy. "Asfaltem byłoby za daleko". Może i krócej, ale czy szybciej? Wioski, przy głównej trasie porządne, z drewnianymi domami, tu znów biednieją i chylą się ku ziemi żółcią glinianych ścian.W końcu dojeżdżamy do nowiutkiego asfaltu. Ech, zbuduj Murzynom drogę a ci ją na 15 kilometrach przegrodzą w pięciu miejscach barierkami policyjnych, żandarmeryjnych i celnych kontroli. Nie doceniamy jeszcze Nigeryjczyków, którzy takich kontroli ustawią 13 - z czego 10 na odcinku kilkuset metrów. Mija południe, my nadal jesteśmy w Kamerunie. Nie tak to miało wyglądać, ale nie jest źle. Przed nami Ekok, atmosfera jak w Świecku lub Kostrzynie nad Odrą w latach 90-tych. Cinkciarze, bary,busy w różne strony. Graniczny posterunek kameruńskiej policji. Wpisują nas chyba do trzech różnych ksiąg, wszystko ręcznie. Dane z paszportu, cel podróży, zawód etc. Żegnamy naszego kierowcę i przejmuje nas Elvis. Przed nami most na granicznej Cross River. Wjeżdżamy do Nigerii - afrykańskiej przygody rozdział kolejny.


2 komentarze:

  1. Super, że dzielisz się swoimi doświadczeniami z nami :) Pozdrawiam i szerokiej drogi

    OdpowiedzUsuń