Etykiety

piątek, 20 stycznia 2017

Królem Nocy na Trzech Króli

Rzeka Krzyża, Cross River. Most graniczny miedzy Nigerią i Kamerunem. Po zaledwie jednodniowej przygodzie z tą pierwszą, wracamy do naszego, oswojonego Kamerunu. Znów policja i znów wpisywanie nas do kilku różnych ksiąg. Ręcznie oczywiście. Mimo to granicę przekraczamy w zaledwie pół godziny. Wymiana zbędnych naira z powrotem na franki CFA i pożegnanie z Elvisem. Do zobaczenia, brother! Na pewno będziemy Cię polecać tym, którzy zechcą tamtędy jechać. Ostatnią przysługą naszego przewodnika jest znalezienie nam transportu do Bamendy. Zamiast zwyczajowych 6000 franków zapłacimy po 10000, ale będziemy mieć auto tylko dla siebie. Nie całkiem, okaże się, albowiem kierowca będzie chciał dorobić i korzystać z każdej okazji zabrania tzw. łebka. W jednym dotrzymał słowa: do nas, w naszym rzędzie, nikt się nie dosiada.


Kierowca typu burak, z chytrym i niezbyt inteligentnym wyrazem twarzy. Jedząc rzuca okruszkami  z ust na wszystkie strony - nie musi nawet mówić, aby uzyskać taki efekt. Zaskoczy nas później w jednym momencie, gdy drogę zajedzie mu motocyklista. Ostre hamowanie, wychylenie przez okno i... Nieee, wcale nie bluzgi, tylko God bless you son! Może to pod wpływem ewangelizacyjnych kawałków, które lecą z odtwarzacza całą drogę, bite trzy i pół godziny? "Dzięki Ci Jezus! Alleluja! Powtarzajmy: Amen!" Na różne rytmy i melodie. W tym zakątku Kamerunu, anglojęzycznych regionach Południowo-Zachodnim i Północno-Zachodnim (przejeżdżamy akurat przez ten drugi), dominują różne wyznania protestanckie. Zarówno takie już bardziej "stałe", jak anglikanizm, luteranizm czy prezbiterianizm, jak i bardziej "odjechane", z gatunku ewangelikalnych, charyzmatycznych czy wręcz sekciarsko-synkretycznych.

Z Ekok do Bamenda, stolicy regionu, jest 200 km. Ładną krajobrazowo i znakomitej jakości drogą. Asfalt jest tu młody; odcinek z Mamfe do granicy (70 km) oddano do użytku cztery lata temu. Wcześniej, na wspomnianym moście, kończyła się cywilizacja i zaczynała laterytowo-gliniana przygoda. W porze deszczowej droga ta, szeroka na jeden samochód z koleinami głębokości metra, była wręcz nieprzejezdna. To już jednak przeszłość - jedzie się szybko i bezpiecznie, ruch niewielki. Można się skupić na podziwianiu krajobrazu. A okolica ciekawa - wokół rosną góry, droga zakrętami pnie się w górę. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie... kontrole. Na odcinku 90 km jest ich dziewięć; na siedmiu z nich musimy wysiąść i się wylegitymować. Na dalszym odcinku kontroli będzie dalszych osiem, ale wysiadać będziemy musieli tylko raz.


Coraz liczniejsze wioski zwiastują zbliżanie się do dużego miasta. Bamenda jest wielkości Bydgoszczy i jest malowniczo położona w kotlinie. Właściwie każda droga wjazdowa jest zjazdem do centrum. Podobnie jak w Yaounde i Douali, jedzie się prawie przez targ. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przed bankiem i prosimy kierowcę, aby nas zawiózł na "dworzec" autobusów jeżdżących do stolicy. Tam się rozstajemy. Firma przewozowa nosi szumną nazwę "Vatican Express" a plac manewrowy (będący jednocześnie stanowiskiem odjazdowo-przyjazdowym) okalają sklepiki i bary. Jest wczesne popołudnie a autobus będzie dopiero wieczorem. Wiedzieliśmy, że kursy Bamenda-Yaounde (i w drugą stronę) realizowane są w nocy, ale liczyliśmy, że może coś pojedzie wcześniej. Niestety nie, ale cóż poradzić? Kupujemy bilet (na konkretne miejsca!) i korzystamy z kilku godzin odpoczynku w pokojach noclegowych kierowców. Jakość przemilczmy; ważne, że jest w miarę czyste łóżko z kocem i woda w łazience. Nieco zgłodnieliśmy, więc udaję się na poszukiwania małego co nieco. Trochę dymiących grillów było widać, więc liczyłem na szaszłyczki. Niestety, na ciepło tylko pieczone banany. Dobre i to. A nawet bardzo dobre, zwłaszcza popite słodową Maltą czy zwykłym piwem.


Wraz ze zmierzchem wszystko zdaje się ożywać. Nie tylko na tym dworcu, ale w ogóle w mieście, w kraju, w Afryce. Coraz większy ruch, pojawiło się kilka nowych autobusów. Wyglądają całkiem zachęcająco: czyste, zadbane w dobrym (?) stanie technicznym. Każdy, oprócz kościelnej nazwy firmy, dumnie dzierży na tylnej masce tytuł King of the Night. Zobaczymy, jaki to z niego król. Jeszcze tylko herbatka w przydworcowym barze i zajmujemy miejsca, bo za pół godziny odjazd.


Wyjechaliśmy po dwóch godzinach czekania. Afryka... Co z tego, że masz bilet na numerowane miejsce? Fakt, nikt ci go nie zajmie, ale nie znaczy to, że pojedzie tylko tyle ludzi, ile było biletów. Tak jak w autobusie z Kribi rok temu, dostawi się jeszcze parę krzesełek czy choćby skrzynek w przejściu. Zanim ruszymy, na pokład wejdzie kobieta, przedstawiająca się jako ewangelizatorka z jednej z miejscowych kongregacji. "Niech krew Chrystusa, która z krzyża się wylała na odkupienie grzechów tego świata, spłynie na ten autobus, na jego silnik, koła i hamulce, na Was samych! Niech chroni Was od złego, od wypadku wszelakiego i od mocy piekielnych! Amen! Hallelujah Jesus!" I tak przez dobre 15 minut... W końcu rozdaje jakieś broszury i wysiada a my możemy ruszać. Jest 22:30, przed nami całonocna podróż do Yaounde.


Pierwsze kilometry sprawiają wrażenie, że jedziemy jakimiś wertepami. Według mapy podobno jest tu asfalt... Na szczęście na kontrolach nie każą nam wysiadać i wkrótce otula nas czerń nocy a droga zagłębia się w nieprzenikniony las. Liście palm i gałęzie drzew wydają się muskać autobus, który czasami pomyka z prędkością na granicy bezpiecznej. Na szczęście niewiele widzimy. Na nieszczęście zaś, kierowca ("Skoro ja nie śpię to wy też nie będziecie") włącza video z głośną muzyką. Przeboje afro-disco będą nam towarzyszyć do świtu, z głośnika tuż nad głową. Zapomnij o drzemce...

Przed szóstą docieramy do przedmieść Yaounde. Trasa ponad 370 km zajęła nam nieco ponad 7 godzin. Całkiem nieźle, jak na tutejsze standardy. Przez okno obserwujemy budzące się miasto. Sporo biegaczy; naliczyłem chyba kilkunastu. To dlatego nie budziłem większego zdumienia - no, może poza kolorem skóry... Jednak dzisiaj na pewno biegać nie będę. Łapiemy taksówkę i wracamy do domu. Zdążymy na poranną mszę a potem może pozwolą nam się zdrzemnąć? Fajnie jest podróżować, ale dobrze jest mieć dokąd i do kogo wracać. Witajcie, Kochani! Jeszcze parę dni u Was spędzimy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz