piątek, 6 stycznia 2017

Egzorcyzmy nad Rzeką Krzyża

Na szczęście opuszczamy już jutro to ohydne,
skorumpowane do granic możliwości i wyobraźni o tym zjawisku… 
państwo Nigeria!

Demon zalągł się w naszych głowach i sercach. Demon korupcji, przemocy, bandytyzmu i religijnych waśni. Wykrzywiający nienawistną, czarną twarz, ciągle żądający nowych ofiar. Z pieniędzy, zdrowia, czasu a nawet życia. Odziany w smród śmieci i naftowych wyziewów, pojawiający się znikąd w setkach oficjalnych i nieoficjalnych kontroli. Dobrowolnie zmierzamy w jego kierunku, aby się z nim zmierzyć i spojrzeć mu w przekrwione oczy. Aby go z siebie i z Afryki wyrzucić. Demon, który podszywa się pod imię "Nigeria".


Pomoc Elvisa jest nieoceniona. Okazuje się być synem miejscowego króla wioski, po kameruńskiej stronie. Z mieszanego, kameruńsko-nigeryjskiego małżeństwa. Dysponujący kontaktami po obydwu stronach granicy. Uspokaja i wyjaśnia, nie podaje ceny za swoje usługi ("Co mi dacie, to mnie zadowoli"). Z mostu granicznego w Ekok-Mfum do Ikom, naszego celu na dziś (jest 3 stycznia 2017 roku) jest jakieś 20 km.  Most nad szeroką na jakieś 100 m, zamkniętą między skalnymi brzegami Rzeką Krzyża (Cross River). Mimo kilku kontroli, droga mija szybko. Niezły asfalt, nie tak dobry jak po tamtej stronie. No, ale ten tutaj jest trochę starszy - jeszcze parę lat temu, odcinek drogi z Ekok do Mamfe wyglądał tak.


Ikom, miasto typowe dla tej części świata. Kilka głównych, asfaltowych dróg, krzyżujących się w centrum i plątanina gliniano-piaszczystych ulic i uliczek. Eleganckie budynki banków i przytargowe budy z desek, kryte wszechobecną blachą falistą. Trudno uwierzyć, że miasto ma ponad 160 tysięcy mieszkańców. Elvis proponuje nam jeden z dwóch hoteli: spokojniejszy, nieco na uboczu, i centralny, z klubem nocnym. Wybór jest oczywisty. Hotel Ebenezer czystością łazienki i elegancją wnętrza nie grzeszy, ale jak na Afrykę standard jest w porządku. Ważne, że łóżko czyste, jest prąd, woda i internet. Odświeżamy się po podróży i idziemy coś zjeść. "Coś lokalnego? Może spróbujesz beef boga. To taki kawałek wołowiny, z warzywami i przyprawami. Tak, z ryżem też. To co, beef boga raz?" Dałem się skusić. Dostałem... beefburgera. Tutejszy angielski jest tyleż poprawny w ortografii co nowatorski w wymowie (copyright takiego określenia: Tomek Michniewicz). Często słychać też miejscowe języki - w Nigerii używa się ich około 500. Największe z nich, igbo, yoruba czy hausa, mają po 20-30 milionów mówiących, z własną literaturą i filmografią.


Po co jednak pchamy się w łapy nigeryjskiego demona? Dla samego się z nim zmierzenia? Nie do końca. Wieziemy dwa plecaki ubranek dziecięcych, zabawek, lekarstw, środków opatrunkowych, trochę kulinarnych specyfików w puszkach i słoikach oraz 200 euro w gotówce. Mieliśmy je zawieźć do Uburuahiara w stanie Imo (jakieś 300 km na południowy wschód stąd). Collins - mąż naszej brukselskiej koleżanki - prowadzi tam wiejską klinikę. Ewa przekonała (?) Żonkę, że nie taka Nigeria straszna, jak ją malują. Uburuahiara jednak leży bardziej na południe; bliżej tam mieliśmy z Calabaru, do którego rzekomo pływają statki z Kamerunu. Okazało się, że statku nie było, zatem jedziemy trasą przez Ekok. Najbliższym lądowym połączeniem Kamerunu z Nigerią. Na tyle oddalamy się od Uburuahiara, że z 2-3 dni w Nigerii zrobi się niecały dzień.


Ikom, centrum. Banki pilnowane przez ochroniarzy, czasem nawet w eleganckich mundurach. W ręce kałasznikow, w kieszeni proca. Bankomaty wypłacają maksymalnie 20.000 naira (około 60 euro). Najwyższy nominał tej waluty to banknot 1000 naira. A myślałem, że środkowoafrykańskie 10.000 franków (ok. 15 euro) to mało... Potrzebujemy gotówki, na własne wydatki i na wpłatę na konto polskiej ambasady w Abudży. Po co - o tym przy innej okazji, jak już się sprawa wykrystalizuje.

Nigeryjski demon jakby słabnie. Słabnie z każdym uśmiechem miejscowych chłopaków i dziewczyn. Zagadujących, życzących szczęśliwego nowego roku czy po prostu pytających o samopoczucie. Na pewno dobrze mu nie robi miejscowe piwo: niezłe, w brytyjskich butelkach o pojemności pół pinty, przyprawione korzeniami i owocami. Demona osłabia, nas rozwesela. Oprócz beef boga można zjeść pies. Bynajmniej nie czworonoga, lecz pierożki z różnego rodzaju nadzieniem. Oraz pewnie miejscowe specjały na targu, ale tam nie mamy chęci się zapuszczać. Zbliża się wieczór, czekamy na Collinsa.

Collins, kolejny pogromca demona. Zmęczony całodniową podróżą, ale uśmiechnięty. Zasmuca go nasza decyzja o jutrzejszym powrocie do Kamerunu. No, ale żeby dotrzeć do Uburuahiara musielibyśmy jechać cały dzień a nazajutrz rano wracać tą samą trasą. Dobre 10 godzin w lokalnych busach, ściśnięci w pięciu na trzyosobowych ławkach. Nie tym razem, Collins. Na pewno się jeszcze zobaczymy, w Belgii lub Nigerii. Ale następnym razem postaramy się przylecieć samolotem.


Noc w Hotelu Ebenezer. Demon leży i kwiczy. Wizyta w banku, kolejna wypłata z bankomatu i wspomniana operacja w kasie. Idziemy do baru na śniadanie, dołącza Collins. Dzwonimy po Elvisa, aby nas odebrał z hotelu i odwiózł: Collinsa na autobus a nas na granicę. Poranek w Ikom, zaledwie 11 stopni. Około 10 rozgrzeje się do 17. Przyjemnie rześko, chociaż jadąc tutejszym moto-taxi jest trochę chłodno.

Nie jest jednak chłodno w towarzystwie naszych nigeryjskich przyjaciół. Na pewno tu wrócimy, tym bardziej że w okolicach Ikom można zobaczyć monolity sprzed tysiąca lat oraz wodospady na rzece Cross. "Dworzec" autobusowy. W odróżnieniu do Kamerunu, poszczególne busy są oznaczone: skąd i dokąd jadą. Collins znajduje miejsce dla siebie i dla "naszych" dwóch plecaków. I tak będzie musiał się przesiadać. Gdy on się pakuje, my obserwujemy lokalny koloryt. Ot, na przykład sprzedawczyni bananów w klapkach z napisem "Gucci" z leżącą tuż obok łupiną od arbuza...


Collins pojechał. Oddalił się jak demon, który pod Nigerię się podszywa i ją nam w Europie obrzydza. Z pewnym żalem wracamy w stronę granicy i "naszego" Kamerunu. Dwadzieścia kilometrów trasy, trzynaście barierek z nadzianych gwoździami belek i tyleż kontroli. Wojsko, służby imigracyjne, Policja i nie wiadomo co. Policja Mobilna, celnicy, Patrol Antyprzemytniczy, strażnicy wioski. Policja, ponownie Policja i Federalna Służba Imigracyjna. Wreszcie granica. Posterunek nigeryjski. Nad biurkiem kalendarze. Jeden wydany przez Młodzieżową Ligę Muzułmańską z okazji "100-lecia pokojowej propagacji islamu w Nigerii". Zaraz obok, z innego kalendarza, uśmiecha się katolicki biskup, świętujący rocznicę swej ordynacji. To jest prawdziwa Nigeria, a nie szaleństwo Boko Haram. Wpisy do kolejnych ksiąg, pieczątki w paszportach. Most, spinający dwa brzegi Krzyżowej Rzeki.

Demonie, który podajesz się za Nigerię! Spadaj z naszych oczu! Spadnij z tego mostu, w odmęty rzeki, i spłyń do morza! Roztrzaskaj się o skały i niech cię pożrą krokodyle! W imię międzyludzkiej życzliwości, międzyreligijnego współistnienia i międzynarodowej współpracy - mówię ci zgiń, przepadnij!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz