Etykiety

wtorek, 13 grudnia 2016

Tamten grudzień...

...był mroźny. I śnieżny. I wyjątkowy. Owej niedzieli już od trzech tygodni przebywałem w sanatorium w Rabce. Miałem tam spędzić prawie cztery miesiące, ale jeszcze wtedy o tym nie wiedziałem. Okolica przepiękna - łagodne krzywizny Gorców, porośnięte iglastymi lasami. Świeże, górskie powietrze, które miało pomóc na moje dziecięce problemy z oskrzelami. 

Chyba dosyć szybko tam się zaaklimatyzowałem. Dzięki kolorowym fartuchom, noszonym przez personel, nie czuć było atmosfery szpitala czy w ogóle placówki służby zdrowia. Biel nosiły tylko salowe, pielęgniarki - błękit, lekarze - beż a wychowawcy - brąz. Na parterze mieszkali młodzi kuracjusze w wieku od wczesnoszkolnego do licealnego. Pierwsze piętro zajmowało przedszkole a na drugim leżały niemowlaki. Każdy blok był jakby oddzielnym światem (nasz nosił numer VI). Blok numer V, stara, podhalańska willa, był chyba bardziej szpitalny. Nikogo stamtąd nie znaliśmy. Koleżanki i kolegów z IV spotykaliśmy tylko w szkole, która odbywała się popołudniami. Pamiętam świetlicę i bibliotekę, gdzie pierwszy raz dopadłem i przeczytałem "Tomka w krainie kangurów". Pod choinkę dostałem później kolejne części sagi...

Aż przyszła owa niedziela. Chyba około 6 rano obudziło mnie radio z dyżurki pielęgniarek i dobiegające z niego dźwięki hymnu narodowego. "Ale zaraz, przecież dzisiaj nie ma chyba żadnego święta?" I ten późniejszy niepokój: o co właściwie chodzi? Jeśli stan wojenny, to z kim ta wojna? Jedna z koleżanek powiedziała "Nie martwmy się, żółci ludzie przyjdą nam z pomocą." "O, tak!" potwierdził jeden z kolegów. "Taki to z łapy potrafi stół rozwalić!" To były czasy Bruce'a Lee i początek mody na wschodnie sztuki walki.

Tak sobie żyliśmy w zasypanej śniegiem Rabce, chodząc do szkoły jak dotychczas i zjeżdżając na sankach z pobliskiej górki. Nie wiedzieliśmy, co musieli przeżywać nasi rodzice, których kilkuletnie latorośle przebywały na drugim końcu Polski. Dostanie się tam z Sopotu, Białegostoku, Sosnowca, Nowej Soli czy Kiszkowa było niełatwym zadaniem logistycznym i administracyjnym. Pociągi kursowały w miarę normalnie, ale aby tam dojechać potrzeba było kilku papierów od różnych organów. Zezwolenie na opuszczenie miejsca zameldowania. Przepustka na poruszanie się miedzy województwami. Zezwolenie na pobyt w strefie przygranicznej. Może coś jeszcze... Staraniom rodziców zawdzięczam to, że mogli po mnie przyjechać i zabrać na Święta do domu. Czołgów ani wozów bojowych i transporterów nigdzie już nie widziałem... Trochę zawód dla chłopaka, wychowanego na żołnierzykach i "Czterech pancernych". Później mi opowiadano o opancerzonych kolumnach - owej demonstracji siły ludowej władzy - przejeżdżających przez naszą, niewielką przecież, miejscowość. 

Minęło 35 lat. Tyle, ile w czasach do których sięgam pamięcią (koniec lat 70-tych XX wieku) minęło od zakończenia II wojny światowej. Dla obecnego pokolenia nastolatków i dzieci to mniej więcej tak samo odległe czasy. Może nawet bardziej, bo my w dzieciństwie wojną i martyrologią byliśmy wręcz przekarmieni. Ale czy to źle? Czy naprawdę trzeba im, obecnej młodzieży i dzieciom, takich wspomnień i świadomości? I tak będą mieć swoje. W końcu tuż obok dogorywa Aleppo...

źródło: mp.pr.radom.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz