Etykiety

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Morze, którego miało nie być

Tak, tego morza w tamtym (2013) roku miało nie być. To znaczy, nie miało być tego rejsu. Nie był planowany, bo pan doktor Wasilewski z białostockiej NaProMediki mówił, że "możecie sobie Państwo planować, ale..." Ale w każdej chwili mogła być ciąża. No więc nie planowaliśmy, aż przyszło lato. I długi weekend na 15 sierpnia. I przyjazd Marysi i Mateusza :-) Do naszej czwórki dołączył jeszcze Kuba, w miarę doświadczony żeglarz, więc można było zacząć knuć.



Knucia za wiele nie było, bo co tu kombinować? Rejs z Belgii do Anglii i z powrotem, po znanych już wodach, łódką ze znanej firmy. Channel Sailing z Zeebrugge godna jest polecenia: jachty w dobrym stanie, minimum formalności i przyjazna atmosfera. Tak też było i tym razem. Znów, po trzech latach, wracamy do Westhinder Marina. Tym razem w sierpniowym słońcu a nie w październikowej mgle. 14 sierpnia, środa. Okrętujemy się i polecamy dusze Bogu na wieczornej Mszy w pobliskim Knokke. Kolacja, instrukcje bezpieczeństwa i zdejmujemy cumy. "Ale fajnie! Będziemy przez to okienko widzieć gwiazdy! Jest super! Dziękujemy!" Biedne Puchatki... Nie wiedzą jeszcze, że w tej fajnej, dziobowej kajucie najbardziej rzuca... Wychodzimy powoli z ogromnego portu, ustępując miejsca oceanicznym kolosom. Mimo późnej pory ruch na wodzie spory, Tym razem nie ma gazowca, na którego musielibyśmy czekać.


Równy, mocny wiatr pozwala na cichą żeglugę. Nocka moja spokojnie, gdzieś koło południa następnego dnia wynurza się reszta załogi. Oj, zmarnowało ich nieco... Ale dzielnie się trzymają i pozostawszy na pokładzie obserwują rosnący w oczach brzeg Anglii. "Ej, Rafał, przecież Zjednoczone Królestwo nie jest w Schengen, prawda? A my tu wpłynęliśmy bez żadnej kontroli?" Tak, Mateusz. To jest właśnie wolność żeglowania. Chyba jedyna taka na świecie, jaka pozostała.

Znajome dźwigi Felixtowe i wieże Harwich. Zielone wzgórza po obydwu brzegach rzeki Orwell. Marina Woolverstone - tym razem cumowanie bez przygód. Zamocowanie, prąd, woda. Stoimy. Można się odświeżyć i ubrać pubowo - w końcu wizyta tutaj bez odwiedzin w Butt&Oyster się nie liczy :-) Lokalne ale oraz fish and chips musi być!

Wieje z zachodu, więc możemy tym razem zrealizować trasę, której nie udało się pokonać rok temu. Idziemy na południe, najpierw przez zdradliwe płycizny między Harwich a Wolton on the Naze. Woda szeroko rozlana, morze jak najbardziej, ale echosonda wskazuje czasami 3-4 metry! Mając zanurzenie około 2 metrów, pokonujemy ten akwen z duszą na ramieniu. Na szczęście jest wysoka woda (bo tak skalkulowaliśmy wyjście) i wkrótce mamy trochę więcej przysłowiową stopę pod kilem. Robi się głębiej, ale za to ciaśniej. Przed nami prawdziwy las wiatraków. To London Array - największa morska farma wiatrowa na świecie. 175 turbin o łącznej mocy 630 megawatów. Musimy płynąć kanałem miedzy nimi, z wiatrem "w pysio". Halsujemy zatem, od jednej piaszczystej łachy do drugiej. Na niektórych z nich wygrzewają się foki.


Ujście Tamizy to istny labirynt płycizn, żeglownych kanałów miedzy nimi a od niedawna też turbin wiatrowych. Cóż, ukształtowanie dna i warunki wiatrowe sprzyjają ich powstawaniu. W dodatku, odnawialne źródła to przyszłość energetyki. Nie ma co zatem marudzić, tylko robić swoje. Czyli żeglować z klasą. Tak też robimy, wszyscy. Tak, wszyscy, bo nawet zmarnowane morską chorobą Puchatki wychodzą na pokład i po kolei stają za sterem. Będą z nich jeszcze kiedyś żeglarze :-)




Dzień ma się ku końcowi, wiatr gaśnie. Odpalamy katarynę, aby przed zmrokiem wejść do Ramsgate. Duża niegdyś marina dysponuje obecnie połową miejsc. Wszystko z powodu wspomnianej London Array i innych, stawianych w okolicy, farm wiatrowych. Przy ich budowie pracuje sporo jednostek różnych typów, i gdzieś muszą cumować, zaopatrywać się w części wiatraków, paliwo, zmieniać załogi. Padło na Ramsgate. Dla nas zostaje keja zewnętrzna. Można stanąć longside, ale za to każda przepływająca jednostka trochę nami buja. Do tego stopnia, że dzielnie trzymająca się na otwartym morzu żonka, oddaje zawartość żołądka dopiero teraz, na pomoście. Cóż, trzeba tę zawartość teraz uzupełnić. Ryba z frytkami już była, zatem czas na steki.


Sobota, kolejny dzień żeglugi. Cały czas ładnie wieje, z zachodu. Idziemy więc chwilę fordewindem a potem skręcamy na prawy półwiatr. Tak będzie aż do redy Dunkierki, na przeciwległym, francuskim brzegu. Po chorobie morskiej nie ma już śladu. Żeglując w przechyle śpiewamy mniej lub bardziej głupie piosenki i uczymy się hiszpańskiego wierszyka o krowie, która poszła do szkoły. Wreszcie, po kilkugodzinnej przeprawie przez Kanał (dla jednych Angielski, dla innych La Manche), przed nami port w Dunkierce. Kanał wejściowy od wschodu zamknięty zrujnowanym falochronem, pomnikiem pamiętnej ewakuacji Brytyjczyków w 1940 roku. Kierujemy się na Yacht Club Mer du Nord, mijając po drodze potężne śluzy, prowadzące do wewnętrznego portu handlowego. Mylimy pontony, zatem zawrotka w miejscu i odszukanie swojego miejsca. Cumowanie, łazienka i spacer do centrum na kolację. Jesteśmy we Francji, więc jemy elegancko. To nic, że w polarach, sztormiakach i nieogoleni ;-)





Niedziela, można wracać. Mimo niezłej fali i fajnie dującego wiatru, robi się prawie Chorwacja. Słoneczko przygrzewa do tego stopnia, że damska część załogi wskakuje w bikini. W końcu mamy sierpień i wakacje, no nie? Wiatr od rufy, więc idziemy pięknym motylem, tak daleko, jak tylko się da. Mijamy po prawej De Panne, Nieuwpoort, Ostendę i De Haan. Przed nami rosną dźwigi Zeebrugge. Zanim wrócimy do punktu wyjścia przeżyjemy jeszcze mrożące krew w żyłach spotkanie z prądem i wirami. Spowodowały je holowniki, dopychające potężny kontenerowiec do kei. Akurat stał burtą do wiatru i bez tej pomocy pewnie zerwałoby mu cumy. My niestety płyniemy wzdłuż owego kontenerowca i w poprzek kilwaterów wspomnianych holowników. Żonka steruje na wprost, ale łódkę znosi bokiem na dalby i nabrzeże! Szybka reakcja, odbicie w prawo, przyspieszenie. Uff, wyszliśmy z tego. Jest nauczka na przyszłość: zawsze bacznie obserwować inne jednostki, nawet te pozornie stojące w miejscu. No i obserwować wodę.




Cumujemy w boksie należącym do "naszej" s/y "Zumba". Wciągamy jeszcze najlżejszą załogantkę na maszt, bo porwało nam flaglinkę na bakburcie. Pomarańczowa "bandera" wzbudza zrozumiałe zainteresowanie w porcie :-) Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie, późny obiad (ryyyyba!), popołudniowa Msza w Brugii ("Czy tu zawsze jest tak dziwna liturgia?") i wracamy do Brukseli.




Tego morza miało nie być, a było. Dziecko miało być, i... jest. "Prawda, Marysiu?" "Prawda, tato. I dziękuję. DziękujeMY!" My też dziękujemy. Że jesteście. I że chce się Wam z nami, starymi zadawać. To co, następnym razem na cieplejszych wodach?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz