Etykiety

piątek, 30 grudnia 2016

Kolorowy wachlarz królowej Saby

Wieczorny powrót z podróży, przyjaciele, na których można liczyć. Jeden z lotnisk odbierze, drugi tam zawiezie. Już nazajutrz. Od rana pakowanie czterech walizek. W zasadzie tylko trzech, bo jeden plecak z rzeczami do Nigerii stoi spakowany już od kilku dni. Wypad na pocztę (przyszła ostatnia rzecz dla Bobby'ego) i do banku (kasa nie przyszła... Ech, Belgia-stan umysłu. Lub bezmyślności...).

Sprawna odprawa na stanowiskach Ethiopian Airlines. Logo linii, układające się w wachlarz w kolorach flagi Etiopii, nastraja pozytywnie. Polecimy słynnym dreamlinerem, Boeingiem 787. Ciekawe, czy wart jest aby tyle o nim mówić i pisać. Równie sprawny boarding i krótki lot do Paryża. Łudzimy się, że miejsce obok nas pozostanie wolne, ale niestety, dosiada się trzeci pasażer. Okaże się sympatycznym Kameruńczykiem, tak jak my podróżujący do Yaounde. Odwiedza znienacka rodzinę, której nie widział od 5 lat. To my swoich, tam, w Afryce, widzimy ostatnio częściej niż co rok.

"Nasz" samolot, o numerze rejestracyjnym ET-AOR, nosi oczywiste acz banalne imię "Addis Ababa". Pasażerowie to też niezły wachlarz twarzy i kolorów. Uwagę zwraca dwóch osobników: jeden we fioletowej marynarce i takimż kapeluszu, z czerwoną fajką w zębach. Drugi w kamizelce w leopardzi wzorek. Musiała być wczoraj niezła impreza pożegnalna... Niewątpliwą zaletą Boeinga 787 jest wyciszenie silników i kabiny. Szum na poziomie klimatyzacji. Karmią nieźle, stewardessy dość miłe i ładne. Etiopskie rysy bliższe są Arabom niż Murzynom. Taka trochę inna Afryka, wciąż czekająca na "odkrycie" przez nas. No, ale sama Etiopia zasługuje na coś więcej, niż jednodniowy stopover w Addis.

Zanim tam jednak dolecimy minie parę godzin. Lista dostępnych filmów wygląda zachęcająco, nie powinienem się nudzić. Cóż... Najnowszy "Dzień Niepodległości. Odrodzenie" wytrzymuję do połowy.Nie da się, po prostu się nie da. Przy "gdzie jest Dory?" stwierdzam, że disneyowskie kreskówki lepiej smakują w sosie polskiego dubbingu. Trzy godziny schodzą mi więc na starym, dobrym "Braveheart". Przy napisach końcowych zaczynają roznosić śniadanie. W końcu to już ok. 3 nad ranem, zostało 1,5 godziny do lądowania.

Etiopia wita nas blaskiem poranka i rześkim powietrzem. Zaledwie 10 stopni, ale to w końcu płaskowyż ponad 2300 m n.p.m. Tyle, co nasza, tatrzańska Świnica. Trzy godziny później "nagrzeje" się do 17 stopni. Nie dotyczy to jednak lotniskowej poczekalni, będącej połączeniem powiatowego pekaesu w zimie i magazynowej chłodni. Chłód nocy i pracującą klimatyzacja robią swoje, ale może to i dobrze? Widząc tłum oczekujących, ciężko sobie wyobrazić to pomieszczenie w klimacie np. Douali czy Libreville, bez działającej klimy. Trwająca właśnie rozbudowa Międzynarodowego Portu Lotniczego Addis Ababa Bole (zgadnij, przez kogo prowadzona? ;-) wydaje się jak najbardziej uzasadniona. Ethiopian Airlines posiadają 82 samoloty, w tym 16 dreamlinerów. średnia wieku maszyn: 5 lat. Sporo z nich właśnie ląduje lub wkrótce wystartuje. Poranny szczyt komunikacyjny, na tablicy odlotów z pół Afryki: od Kairu po Kapsztad i od Cotonou do Mombasy. Pasażerowie rozmaici: Afrykańczycy, różnych odcieni i języków. Sporo Europejczyków. Chińczycy w Afryce już nie dziwią, ale wysoki Murzyn, płynnie nawijający w putonghua budzi zrozumiałe zainteresowanie i chyba szacunek. Do Kamerunu lub Gabonu (nasz lot jest do Libreville przez Yaounde) poleci też grupka Malajów. Etiopia, po dekadach wojen, komunistycznych eksperymentów polityczno-gospodarczych i zwykłego głodu, powoli odzyskuje swoje miejsce regionalnego lidera. W końcu to jedyny kraj w Afryce (poza Liberią), który nigdy nie był kolonią czy choćby protektoratem. Nie licząc oczywiście epizodu włoskiej okupacji w latach 1936-1941. Z wojną włosko-abisyńską wiąże się anegdota, dotycząca jedynego w historii przypadku zestrzelenia samolotu z łuku. Po prostu miejscowemu wojownikowi udało się trafić w pilota.

Do nas na szczęście nikt nie będzie strzelać, chociaż trasa lotu prowadzi nad niestabilnymi politycznie i społecznie obszarami. Etiopska szachownica pól uprawnych i wiosek (widać też nowe linie kolejowe i dwupasmowe drogi) ustępuje półpustynnym pustkowiom Sudanu Południowego a później sawannom Republiki środkowoafrykańskiej. Obydwa kraje raczej są odradzane jako cele turystycznych wypraw. Wschodniokameruńskich lasów już nie widać - wieje harmattan od Sahary, ograniczając widoczność i pokrywając wszystko rdzawym pyłem. To stąd ten chłód - "zaledwie" 26 stopni w dzień, wszystkie jaszczurki się pochowały.

Mimo opóźnionego o prawie 2 godziny wylotu z Addis, w Yaounde lądujemy o czasie. Znajomy budynek Międzynarodowego Portu Lotniczego Yaounde Nsimalen, przy Addis Ababa Bole wyglądającym jak kurnik. Poza naszym samolotem, jedyną sprawną maszyną jest czekający na start Boeing 737 Kenya Airways. Zanim wpuszczą do terminalu, sprawdzą jeszcze czy my na pewno mieliśmy wysiąść w Yaounde. Do ojca Darka przyjechały kiedyś takie modele, którzy przez pomyłke wysiedli w Douali, więc taka kontrola jest z pewnością dla dobra pasażerów :-) Potem jeszcze kontrola żółtej książeczki szczepień, paszportowa (nowością są skanery odcisków palców - pobierają wszystkie oprócz małego) i można czekać na bagaż. Tu też zaskoczenie, na plus: wózków bagażowych jest ze dwie setki, nie trzeba polować na wolny i oganiać się od natrętnych naciągaczy. No i bagaż sie pojawia - rok temu nie doleciał.

W hali odlotów czekają ojciec Darek i Mańka; "Mbembe amos, a Mańka! Ye o ne mvoe?" Przed budynkiem lotniska kolejna niespodzianka - gromadka naszych dzieciaków. "Elsa! Douce! Teddy! Vantu! Pippi! Mariesol! Meme! Cerole! Patricia! Chyba się za nami stęskniły. My za nimi też. Jedziemy do domu, pierwszy raz za dnia. Znajoma droga i widoki. Afryka, wersja 3.0. Fajnie będzie! :-)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz