sobota, 31 grudnia 2016

Kameruński przedsylwester

Przyjechali, przywitali się, piwo wypili. Były też krewetki w fajnym sosie ze smażonymi plantanami. Czego chcieć więcej? Nic, tylko się przyłożyć i zażyć sjesty po mało przespanej nocy w samolocie. Wieczór, kolejne piwo, zameldować się rodzinie. I przychodzi noc. Afrykańska, ciepła. Ale nie parna. Harmattan wszystko osuszył i wychłodził. Do tego stopnia, że poranne słońce, bladoróżowe, z trudem przebija się przez pustynne opary.

Przedostatni dzień roku. Ze względu na trwające wakacje szkolne, msza jest przesunięta o godzinę. Później śniadanie (jajecznica z wkładką, pomidory z czerwoną cebulą, awokado, czosnek, imbir, chleb i kawa). Potem wszyscy rozchodzą się do swoich prac. Chłopaki z Jackiem na budowę, dziewczyny do kuchni. Obierają z igieł jeżozwierza – tego jeszcze nie jedliśmy. Ale to chyba dopiero na jutro lub pojutrze. Podobnie jak żywy jeszcze pancernik, który popołudnia nie doczeka. Afryka to nie jest miejsce dla walczących o prawa zwierząt. Tutaj zwierzę ma prawo jedynie do życia dopóty, dopóki człowiek nie zdecyduje o jego przeznaczeniu. Najczęściej w garnku lub na ognisku a ostatecznie w żołądkach. Owo krótkie życie hodowlanego zwierzaka jest niestety godne pożałowania... Dopóki jednak będą ten kontynent trapić poważniejsze problemy społeczne, zdrowotne i środowiskowe mało kto będzie przejmował się ginącymi gatunkami. W parę dni czy lat tego nie zmienimy...

Próbujemy zająć dzieciaki rysowaniem, co zazwyczaj się udaje. Będzie wprawdzie lawina próśb, a to o słonia, a to o węża, a to o psa lub krokodyla. Furorę jednak zrobią chińskie napisy do pokolorowania. Tak zleci prawie pół dnia, aż padnie hasło wyjazdu do miasta, na coroczny festyn „Ya-Fe” (od „Yaounde en fete”). Pojadą tylko wybrani; nie wnikamy w kryteria. Maluchy i parę starszych dziewczyn. Toyota Land Cruiser będzie przez godzinę prawdziwym wesołym autobusem, ćwiczącym śpiewy na Sylweestra. Jak zwykle przed jakimś świętem, dojazd do centrum to masakra. Kilka kilometrów jedzie się godzinę. Mimo szumnych zapowiedzi (na niektórych mapach droga z Yaounde do Douali jest oznaczona jako autostrada), wydaje się przybywać jedynie pojazdów a ubywać asfaltu. Ale czego oczekiwać w kraju, którego prezydent większość roku przebywa w szwajcarskich klinikach i hotelach. Po drodze typowe, afrykańskie widoczki: kilkunastoletnia Toyota klepana na nówkę („Szpachla, szpachla i jeszcze raz szpachla!”) Ślady po młotku zapełniają całe drzwi, obok, w rynsztoku czekają czyjeś kozy. Tu i ówdzie zapraszają protestanckie wspólnoty, o tak charakterystycznych nazwach jak „Przebudzenie narodów”, „Centrum odpuszczenia grzechów”, „Ośrodek prawdziwej Ewangelii” czy „Kościół ostatniej trąby”. Dojeżdżamy w końcu na miejsce o estetyce wiejskiego odpustu. Konie przybrane w pseudoorientalne szaty, na których można sobie zrobić zdjęcie. Stoiska i namioty z tak czasami absurdalnymi (jak na Afrykę) ofertami, jak środki na odchudzanie czy narzędzia do wymyślnego obierania warzyw. Każde oczywiście z ogromnymi głośnikami, bo przecież afrykańska impreza bez decybeli się nie obejdzie. Krążymy z dzieciakami po tłumie przedstawiającym wszystkie grupy etniczne Kamerunu. Od czekoladowych, okrągłych twarzy z Południa, po wysmukłe i ciemne mieszkanki Północy. Kolejki do karuzeli i dmuchanych zamków na dwie godziny; szukamy czegoś do jedzenia. Wypadło na szwajcarską restaurację, tuż pod ogromnym głośnikiem. Ale dla tej ryby z grilla i szaszłyczków, popitych Mützigiem, warto było. Po powrocie do domu już niewiele nam się chce. Jest prawie 22, ciemno od czterech godzin. Trzeba się wyspać przed jutrzejszą imprezą.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz