Etykiety

środa, 2 listopada 2016

Wsiąść do pociągu...

Światem zaczęła rządzić jesień,
Topi go w żółci i czerwieni,
A ja tak pragnę czemu nie wiem,
Uciec pociągiem od jesieni. 

Maryla Rodowicz, "Remedium"


Wsiąść do pociągu, byle jakiego... Marzenie Maryli Rodowicz i pewnie niejednego z nas. Po prostu, pójść na dworzec, wsiąść do tego pociągu, który najszybciej odchodzi (albo do innego, bo n.p. podoba nam się kolor wagonów :-) i pojechać. Do stacji końcowej lub wysiąść po drodze, gdzie nam przyjdzie ochota. Wizyta dwa tygodnie temu w znakomitym muzeum Train World, urządzonym na stacji Bruksela-Schaarbeek, na nowo obudziła kolejowe wspomnienia.

Dlaczego kolej tak pociąga i fascynuje? Już kiedyś o tym pisałem, w kontekście mikrokolejek i ich transoceanicznych podróży (tak, tak - transatlantyckich! Kto nie wierzy, niech tu zajrzy). Trudno tę fascynację wytłumaczyć: sapiące i buchające dymem parowozy, jakby żywe stworzenia. Prostolinijność toru, nie pozwalającego zabłądzić. Mnogość powiedzeń, które ze świata kolei przeniknęły do potocznego języka ("być pod parą", "para w gwizdek", "być na właściwym torze", "odstawić na boczny tor", "przestawić zwrotnicę", "wykoleić się" i wiele, wiele innych). Moja wiedza oraz objętość tego bloga nie pozwalają jednak na szerszą i bardziej dogłębną analizę tego zjawiska. Może więc skupię się na swoich przeżyciach i doznaniach.

Koniec lat 70-tych i lata 80-te XX wieku. Dziecięcy świat coraz bardziej się rozszerza, z podwórka na ulicę, miejscowość, także na lokalną stacyjkę. Podróże, które wtedy wydają się taaakie duże: do Gniezna, do Skoków, do Poznania przez Sławę Wielkopolską. Późniejsze wyjazdy z ciocią nad morze i w góry, wyjazd do podgorczańskiego sanatorium na kilkumiesięczną terapię. Późna podstawówka i założony z kumplami Kościół Baniorzy Dnia Drugiego. Drugiego, bo we wtorek mieliśmy mało lekcji i można było zdążyć na południową Banę, ścigać się z nią przez boisko, oddać pokłon i czekać na błogosławieństwo gwizdem :-) Nie, normalni to my nie byliśmy... Później samodzielne wyjazdy do Gniezna czy Poznania oraz sporadyczne powroty z gnieźnieńskiego liceum (autobus był jednak szybszy i jeździł częściej). Wyjazdy na Śląsk i do Berlina Zachodniego.

Żaden nie był spektakularny, ale każda podróż pociagiem miała i ma w sobie coś więcej, niż samochód czy autobus. Z lepiej zapamiętanych wspomnieć należy o tej w lipcu 1991 roku, gdy wybrałem się samotnie autostopem do Paryża. Po drodze były Niemcy i próba wydostania się z Kolonii i póxniej z Euskirchen. Z braku funduszy bilet kupiony tylko na jedną strefę - gdy minęła jej granica, zabarykadowałem się w wc. Słysząc nadchodzącego konduktora dałem dyla na najbliższej stacji: godzina 23, nic do rana już nie pojedzie, wokół tylko las... 

Wcześniej były powroty z Gniezna w towarzystwie kolegów bawiących się w bardzo zbuntowanych punków. Siedząc przy otwartych drzwiach, niemalże muskani porastającym tory zielskiem, darliśmy się na całe gardło "śpiewając" Rozszumiały się wierzby płaczące po łacinie...

Parę lat później był niemiecki ICE, gdzie wyświetlacz momentami pokazywał 250 km/h. Za kolejnych parę lat: japoński Shinkansen, z podobną prędkością mknący przez krajobraz z majestatyczną Fudżi-San na horyzoncie. Codzienne dojazdy z Pruszkowa do Warszawy, do szkoły i do pracy. Najpierw WKD-ką, połączeniem tramwaju z pociągiem. Potem dużą koleją, wprost na dworzec Warszawa-Powiśle. Nawet taka codzienna rutyna i monotonia nie obrzydziła mi pociągów, do których zawsze chętnie wracam. A, był jeszcze kameruński, nocny "ekspres" do Ngaoundere :-)

Podróż jest najczęściej koniecznością, czasem wyborem, hobbistycznym odpałem lub przemieszczaniem się dla przyjemności. Pociąg, który w XIX wieku zrewolucjonizował sposoby przemieszczania się i skrócił odległości, nadal ma w światowym transporcie swoje miejsce. Ba, można powiedzieć, że przyszłośc do niego należy: do czystego, punktualnego i wydajnego systemu transportu szynowego. Miejskiego, podmiejskiego czy międzymiastowego. Kolej dużych prędkości przezywa ogromny boom w Europie czy Azji, skutecznie konkurując na małych i średnich odległościach z samochodem czy samolotem. Jednak cały czas brzmi w tle głowy stara piosenka Maryli Rodowicz, aby wsiąść do byle jakiego pociągu, o nic nie dbać i patrzeć jak wszystko zostaje w tyle. Podróż jako ucieczka? Hm, tylko czy można uciec od samego siebie?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz