środa, 26 października 2016

Smak owsianki

W ubiegłą sobotę odbył się kolejny mecz polskiej, piłkarskiej Ekstraklasy pomiędzy Legią Warszawa i Lechem Poznań. Wiem, zdaję sobie sprawę, że oglądanie meczów w krajowym wydaniu zakrawa na masochizm, gdy wciąż mamy świeżo w pamięci Euro 2016 we Francji oraz prawie co tydzień Ligę Mistrzów, Ligę Europy czy też rozgrywki czołowych lig europejskich. Telewizora nie mam, więc i tak meczów nie oglądam, po prostu się interesuję i śledzę. Także nieco pozapiłkarskimi aspektami rywalizacji, a te - jak wiadomo - bliższe są sercu i umysłowi na krajowym podwórku.

O co konkretnie chodzi? Zacząć należałoby od tego, czym KKS Lech Poznań jest dla Poznania i Wielkopolski. Najpierw oddajmy głos redaktorowi Radosławowi Nawrotowi (cały tekst tutaj):

Tymczasem wielkie podniety piłkarskie w Poznaniu skutkujące potężnymi frekwencjami są zjawiskiem znacznie szerszym i znacznie starszym niż jakiekolwiek animozje między kibicami Lecha i Legii. Żeby znaleźć ich źródło, trzeba by się cofnąć aż do czasów przedwojennych, kiedy to w Poznaniu obowiązywał mocno archaiczny już dzisiaj podział na dzielnice. Nie, nie administracyjny, ale faktyczny, społeczny. (...) Związany z Dębcem kolejowy klub KPW już wtedy wyróżniał się frekwencją na tle reszty Poznania. (...)
Gdzieś od lat 50. frekwencja na Lechu zaczęła się wymykać wszelkiej logice, ostro skręcając od frazesu w stronę fenomenu. Gdy w 1950 roku Kolejorz był trzecią drużyną w kraju, jego spotkania oglądało po około 10 tysięcy osób. Jednakże kiedy siedem lat później chylił się ku spadkowi, przyjmując w Poznaniu baty niemal od każdego, frekwencja raptownie wzrosła: 20 tysięcy na 0:1 z Wisłą Kraków, równie wypełniony stadion na meczach z Górnikiem Radlin czy przegranym 3:4 spotkaniu z Lechią Gdańsk. To był pierwszy sygnał wskazujący na to, że liczba widzów na meczach Lecha jest zjawiskiem już czysto abstrakcyjnym. To liczba wierutnie niefiguratywna w odniesieniu do autentyczności do tego, co przynosiło boisko. Tak pozostało do dzisiaj.

W latach 60. na przykład Lech był kompletnie do niczego. W ekstraklasie grał okazjonalnie, po raz ostatni w tej dekadzie w 1963 roku. Później czekała go tułaczka, aż z trzecią liga włącznie (były to czasy, gdy nazwa ligi oznaczała rzeczywiście to, co oznaczała – trzecia liga była trzecim poziomem rozgrywkowym). I wtedy właśnie, w 1965 roku zupełnie nie liczący się wówczas w polskim futbolu Lech walczył o awans do drugiej ligi ze Starem Starachowice. Pełna egzotyka z dala od starć wielkich polskich klubów o tytuły mistrzowskie. A jednak na baraż Lecha ze Starem pojechało do Warszawy kilkanaście tysięcy widzów. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, powtórzę – na wyjazdowy mecz o awans do drugiej ligi (sic!) z tak elektryzującym rywalem jak Star Starachowice. Znacznie więcej niż przyszło dwa miesiące później chociażby na mecz z Legią Warszawa, na którą Kolejorz trafił w Pucharze Polski. (...)

 Lech jest więc dla Poznania i Wielkopolski czymś więcej niż klubem sportowym. Jest elementem regionalnej tożsamości, wyrażonej chociażby w popularnym, gwarowym określeniu "Kolejorz" czy "kibol" - które wbrew temu, co próbują niektóre (warszawskie ;-) media sprzedać, nie oznacza stadionowego bandyty. Takim ponadmiejskim, regionalnym elementem tożsamościowym w Polsce jest chyba jeszcze tylko białostocka Jagiellonia czy (w mniejszej skali) szczecińska Pogoń. Na Sląsku sympatia kibiców podzielona jest na kilka rywalizujących ze sobą klubów. Podobnie ma się sprawa w Trójmieście, na Dolnym Śląsku, w Bydgoszczy, Łodzi czy Krakowie. Przy słabości warszawskiej Polonii (nie mówiąc o Gwardii, która najlepsze lata ma definitywnie za sobą), porównywalną rolę mogłaby w Warszawie i na Mazowszu pełnić Legia. Ale nie pełni, o tym jednak później.

Sierpień 1988 roku, druga kolejka ówczesnej pierwszej ligi, już wtedy zwanej Ekstraklasą. Poznańska Olimpia podejmuje na malowniczym, golęcińskim stadionie warszawską Legię. Klub, który zawsze (no, prawie...) lokował się w czołówce rozgrywek. Patrzyłem wtedy ze zdumieniem na kilkudziesięcioosobową grupę kibiców z Warszawy, nie mogąc uwierzyć, jak ktos normalny może kibicowac Legii. Nie, nie jestem z tym "wychowanym na nienawiści", jak zwykli śpiewać niektórzy koledzy po szalu. Po prostu, odkąd zacząłem interesować się ligowymi rozgrywkami w Polsce, Legia była ucieleśnieniem wszystkiego co najgorsze. Klub wojskowy, w dodatku centralny. Wtedy była to coś więcej niż nazwa: pułkownicy i generałowie Ludowego Wojska Polskiego byli prezesami Legii a jej wojskowy status pozwalał zagarniać utalentowanych, młodych piłkarzy z całej Polski w drodze powołania do służby wojskowej. Taka opinia - usankcjonowanego przez socjalistyczne państwo złodziejstwa - ciągnie się za Legią do dziś. Niesłusznie, uczciwie trzeba przyznać. Podobnie jak nie można nie zauważać faktu, że przez 44 sezony rozgrywek w czasie PRL-u, Legia zdobyła... 4 (tak, cztery) tytuły mistrzowskie. Dla porównania: w latach 1946-1989 Ruch Chorzów wygrywał ligę 9 razy a jego arcyrywal zza miedzy, Górnik Zabrze - 14! (NB, są to wszystkie mistrzostwa Górnika, w tym 9 z nich w seriach po 5 (w latach 1963-1967) i po 4 (lata 1985-1988)). Dokładając do tego dwa tytuły Polonii Bytom i jeden Szombierek, dominacja Śląska w tamtym okresie wydaje się absolutna. Legia nie została więc polską Steauą Bukareszt (13 mistrzostw Rumunii w analogicznym okresie, 1946-1989) czy Crveną Zvezdą Belgrad (16 mistrzostw Jugosławii).

Wtedy, w latach 80-tych, kibice Legii nie trzymali z nikim (albo nikt z nimi); nawet ze swoją wieloletnią zgodą, Pogonią Szczecin. Oprócz wyżej opisanych działań, na niekorzyść Legii przemawiała jej warszawskość i wszystko, co się nam z nią kojarzyło: zarozumiałość, bylejakość, wykorzystywanie owoców pracy zaradniejszych regionów (na czele, oczywiście, z moją Wielkopolską). Opinię taką zdaja się nadal potwierdzać niektórzy kibice Legii, na każdym kroku podkreślając, że "jesteśmy waszą stolicą" czy "przyszliście chamy, dlatego że my tu gramy".

No właśnie, zatrzymajmy się przy tym ostatnim haśle. Czy rzeczywiście tak jest? Parę akapitów powyżej przytoczyłem kilka faktów z historii, które takim zarzutom przeczą. Doskonale też pamiętam lata 2000-2002, gdy Lech grał w II lidze. Wtedy też na meczach bywał komplet, mimo iż rywalami były m.in. tak atrakcyjne jak egzotyczne drużyny typu Tłoki Gorzyce (z całym szacunkiem). Wracając do ostatniego meczu w Warszawie, to zgromadził on również niemal komplet publiczności - ponad 28 tysięcy widzów (dla porównania, dwa tygodnie wcześniej, na meczu z liderem Ekstraklasy - Lechią Gdańsk - było ich o 10 tysięcy mniej). Czy zatem faktycznie, drodzy warszawiacy, Lech dla Was znaczy tyle samo co każdy inny rywal, nie umniejszając Bruk-Betowi Termalice Nieciecza czy Górnikowi Łęczna? Znów oddam głos redaktorowi Nawrotowi, który to bardzo celnie ujął (cały tekst tutaj):

Piłka nożna nie jest bowiem stworzona dla ludzi trzeźwo myślących. Jest po to, by wzniecać emocje. Sądzę wręcz, że patrzenie na nią bez nich jest swego rodzaju (proszę się nie gniewać) patologią. Sam obserwuję to u siebie, gdy jakiś mecz dreszczy u mnie nie wywołuje. Wtedy pytam siebie – to po jaką cholerę go oglądasz?

Widzi pan, z meczami między Lechem a Legią sytuację mamy szczególną. Nie dlatego, że jakieś wyjątkowe napięcia, chociaż dla mocno zaangażowanych w kibicowanie osób z Wielkopolski i Mazowsza – owszem. Bardziej jednak dlatego, że nad tymi meczami ciąży pewien określony kontekst.
Pamiętamy dobrze finał Pucharu Polski z 2004 roku, gdy fani Legii zostali wpuszczeni na stadion przy Bułgarskiej incognito, a na trybunach kibice Lecha rozpięli transparent „Legio, ze wszystkich naszych wrogów, Ciebie szanujemy najbardziej”. Zostawiając na boku rozważania, czy w ogóle należy przy okazji piłki nożnej stosować określenie „wróg”, ów transparent jes dobrym przyczynkiem do dalszych rozważań.

Lansuje pan tezę, iż od dawna znane jest powiedzenie, że kibica Legii i Lecha łączy jedno: dla obu najważniejsza jest Legia. Otóż jest to teza … niemal prawdziwa. Niemal, gdyż naudużyciem jest twierdzenie, że Legia dla kibica Lecha jest najważniejsza. Jest natomiast ważna. Tak przynajmniej wynika z mojej przeszło 30-letniej obserwacji zachowań publiki na meczach Kolejorza. Jestem przekonany, że zarówno pan, jak i inni czytelnicy dostrzegają różnicę. (...)

Legia Warszawa ma w sobie dużo z Bayernu Monachium – mam na myśli zdolność do budowania elektoratu negatywnego w całym kraju. Bayern też ma w Niemczech swoich pojedynczych wasali typu VfL Bochum, jednakże nie jest zbyt lubiany, od Mönchengladbach po Berlin i Lipsk. Czy z Legią jest podobnie?

Z punktu widzenia warszawskich kibiców wszystko jedno, kto ich nie trawi. Lech Poznań jest dla nich tak samo (nie)ważny jak Śląsk Wrocław czy Wisła Kraków – nie mylę się, prawda? Nic w tym dziwnego, wszak Legia ma w swoim historycznym dorobku wiele występków przeciwko dziejom każdego z tych klubów. Ot, po prostu, dokuczała wszystkim równo jak leci, więc teraz to dla niej żadna różnica, kto się na jej widok krzywi.

Ja wiem, że fani z Łazienkowskiej wyspecjalizowali się w życiu w tej sytuacji, że ta niechęć zewsząd dodaje im sił, ba, powiedziałbym, że wręcz ich nobilituje. No bo jeśli się kogoś permanetnie nie znosi i co rusz daje się temu wyraz, to znaczy, że ten ktoś jest jednak … ważny. (...)

Pan pisze: w końcu ile warte byłoby zwycięstwo, gdyby nie jednoczesna porażka Legii? A ja się zgodzę. Zwłaszcza, że jedno z drugiego wynika. I rzeczywiście, tak się jakoś poukładało po wojnie w tym kraju, że nie bez powodu zwycięstwo wielu kibicom smakuje bardziej, gdy jest w taki sposób pikantnie przyprawione. Od Poznania po Białystok.

Pozdrawiając pana i życząc, aby i kibice Legii tak smacznie kiedyś pojedli, w pełni to zjawisko rozumiem.


Od owego meczu Olimpii z Legią minęło prawie 30 lat. W tym czasie przyszło mi nawet przez kilka lat mieszkać i pracować w Warszawie, co kiedyś było dla mnie niewyobrażalne. Poznałem też paru jej mieszkańców i mieszkanek i przekonałem się, że to całkiem fajni ludzie. O niektórych (także tych "z eLką na sercu") mogę powiedzieć, iż są moimi przyjaciółmi. Wybaczcie najmilsi, ale sympatia do Was nie wystarczy, aby kibicowac Legii ;-) Moje serce pozostanie niebiesko-białe. Jednak, podobnie jak redaktor Nawrot, życzę Wam, abyście sobie kiedyś tak smacznie pojedli, jak my wygrwywając (prawda, rzadko ostatnio) z Wami. Bo czy faktycznie, jak próbujecie nam wmawiać, każdy mecz i każde zwycięstwo są dla Was takie same? Takie, jak jedzona co rano ta sama owsianka - nie taka wypasiona, na mleku z miodem i owocami, ale na wodzie i bez dodatków, o konsystencji i smaku rozgotowanego papieru? A może jednak sobie w zeszłą sobotę poucztowaliście, na pierogach, homarach czy innym schabowym, tylko nie chcecie się przyznać? ;-)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz