Etykiety

czwartek, 20 października 2016

Morskie boogie-woogie

Wiosną 2012 roku zapragnęliśmy powtórzyć zeszłoroczny rejs do Anglii. W tym samym terminie, ale inną łódką i z innego portu. Wybór padł na prywatną s/y "Boogie", stacjonującą w Ostendzie. Dotarliśmy tam w czwartek wieczorem, zaparkowaliśmy samochód i odebraliśmy jacht od Barta, jego właściciela. Przeprowadził nam on go jeszcze przez śluzę, zamykaną o 20:00. Potem trzeba by czekać do rana a tu ani pływ, ani nasze plany na to nie pozwalały. Bart ze zdziwieniem przyjął nasz zamiar wyjścia w morze na noc, bo wiatru było jak na lekarstwo. Ale cóż, jeśli chcemy zrobić zaplanowaną trasę (Ostenda-Woolverstone-Ramsgate-Dunkierka-Ostenda), to nie możemy przesiedzieć pierwszej nocy w porcie.

Port w Ostendzie mniejszy jest znacznie od tego w Zeebrugge, wyjście - chociaż trochę "tricky" - z basenu jachtowego do głównego kanału i na pełne morze jest dość bezproblemowe. Później trzeba będzie kilka razy zmieniać kurs, ze względu na ciągnące się równolegle do belgijskiego wybrzeża płycizny. W końcu otwarte wody i już w ciemnościach obieramy kurs na ujście rzeki Orwell. Znów statki, najpierw z lewej, potem z prawej. Jeden z nich całkiem blisko, oświetlony jak choinka, tak że nie widać świateł nawigacyjnych i trudno zgadnąć, w którą stronę płynie. W końcu zauważamy, że jednak w naszą. Błyska aldisem: krótkie-krótkie-długie. Czyli "U", oznaczające "Kierujecie się ku niebezpieczeństwu". Zwrot, odejście, przepuszczamy go. Potem będzie już spokojnie, chociaż kawałek we mgle. Nie ustąpi ona do następnego popołudnia, ale trochę się rozrzedzi. Tak jak poprzednio, cały czas na silniku. Może jutro pojawi się wiatr?


Znajomy widok. Dźwigi Harwich i Felixtowe, potężne kontenerowce i nabrzeża pełne stalowych pudeł. W kontraście do tego spokój wiejskiej rzeki i mariny w Woolverstone. Tym razem cumowanie bez przygód, prawie podręcznikowo, rufą do kei. Krótki odpoczynek, prysznic i spacer do Pin Mill, do wiadomego pubu. Tym razem jest nas siedmioro: dwa małżeństwa (w tym jedno z sześcioletnim synkiem, który okaże się bardzo odporny na trudniejsze warunki i nudę długich przebiegów), "Drugi" z poprzednich rejsów oraz Aga. Ta ostatnia pierwszy (i jak się okaże, ostatni) raz na morzu. Choroba morska złożyła ją poważnie, na szczęście ma siły na spacer i kolację.


Nazajutrz uzupełniamy paliwo i wychodzimy z odpływem. Wiatr się zmienił, dmucha z południa. Bez sensu mu się stawiać i płynąć zgodnie z planem. Postanawiamy iść na północ, wzdłuż wybrzeży Suffolk i Norfolk, do Lowestoft. Byliśmy tam już z chłopakami trzy lata wcześniej. Sympatyczne miasteczko i marina. Odpływ w tej okolicy wraca też na północ, w stronę Atlantyku. Zatem wiatr i prąd mamy w tę samą stronę, fala spłaszczona, wieje od rufy. Po krótkim pomyślunku mocujemy róg szotowy foka do spinakerbomu i żeglujemy fordewindem na pięknym motylu. W porywach do 10 węzłów, co na 10 metrową łódkę jest naprawdę niezłym osiągnięciem. Szkoda, że po przypadkowym zwrocie tak nam się ta konstrukcja zamotała, że odpadło okucie tegoż spinakerbomu i musieliśmy zakończyć żeglugę z wiatrem.

Wejście do portu w Lowestoft, jak ostrzega locja, może być "confused". Faktycznie, trochę buja, ale dajemy radę. Obowiązkowy meldunek na UKF i wchodzimy do mariny po lewej stronie, zarządzanej przez Royal Norfolk and Suffolk Yacht Club. Jak brzmi, tak też wygląda (budynek klubowy). Szacowne, dębowe meble, zdjęcia sprzed kilkudziesięciu lat. Ogólnie mówiąc - kawał żeglarskiej historii. Czyli to, czego się spodziewamy po Anglii. Jest już późno, nawet puby zamknięte. A chcieliśmy z Drugim oblać dzień fajnego żeglowania i udane cumowanie...


Na drugi dzień odpoczywamy i robimy mały wypad na miasto, na obiad. Żonka upatrzy sobie buciki, które później zamówi przez internet. Służą do dzisiaj - marka "Clarks", jakby się ktoś pytał :-) Powrót na jacht i przygotowania do kolejnej nocki. Tak, zmiana planów i odwiedzenie Lowestoft skutkują tym, że musimy ponownie płynąć w nocy. Rok wcześniej, o tej samej porze, paradowaliśmy w T-shirtach. Teraz jest piekielnie (to chyba nie za dobre słowo ;-)) zimno. W nocy temperatura spada do 5 stopni, odczuwalne zero. Mamy na sobie bieliznę termiczną, dres, polar, spodnie żeglarskie i sztormiak. Nie mówiąc o czapce i rękawiczkach. Mimo to zimno, dobrze że jest termos z herbatą. Na szczęście nie wieje, więc jest całkiem znośnie. Noc jasna, statki widoczne, fajnie się rozmawia. Ciekawe, gdzie trafimy w wybrzeże po drugiej stronie. Do wyboru jest holenderskie Vlissingen i belgijskie Zeebrugge. Wybieramy to drugie. Raz, że znajome, dwa - Aga będzie mogła wcześniej wrócić do domu.

W Zeebrugge bardziej wypoczęta część załogi wybrała się na zwiedzanie. Wbrew pozorom, jest co oglądać: na lądzie, "na sucho", ustawiono stary latarniowiec "Westhinder". Obok niego, przy pomoście, stoi były radziecki okręt podwodny. Wizyta na obydwu pozwala chociaż przez chwilę poczuć ciasnotę i trudy życia i służby, czy to w marynarce wojennej, czy w służbach nawigacyjnych. do kompletu ekspozycja o tematyce morsko-rybackiej. Po powrocie na jacht miła niespodzianka: placki ziemniaczane! To podobno tradycja taty jednej z załogantek. Jak wszystko z jej kuchni, okazują się pyszne!


Ostatni dzień, już całkiem znośny i słoneczny. Zostało nam kilkanaście mil powrotu do Ostendy. Leniwie pokonujemy je na silniku, blisko plaży. Mimo zimna, braku wiatru i zmienionych planów - warto było. Jak zawsze. Morze to morze, nawet gdy wyczynia swoje boogie-woogie. Ale w końcu czego się po nim innego spodziewać, jak nie owej permanentnej niestałości?

1 komentarz: