Etykiety

czwartek, 1 września 2016

Uśmiechnięta twarz stolicy

Parę miesięcy temu pisałem o swoich wrażeniach z majowego pobytu w Polsce. Zauważyłem wtedy, między innymi, pewną ponurość i zindywidualizowanie wśród biegających po Parku Skaryszewskim w Warszawie ludzi. Czy była to prawdziwa twarz Warszawy, Polski i Polaków? Teraz nie jestem już pewien... Może po prostu jesteśmy na tyle złożeni i skomplikowani, że różne maski do nas pasują? Ale do rzeczy.

Zaczęło się niewinnie, od wiszącej na drzwiach do klatki schodowej kartki. Zawarty tam komunikat ostrzegał o czasowym zamknięciu ulic na czas BMW Półmaratonu Praskiego. Pomyślałem "Czemu nie?", chociaż nie miałem teraz takiego startu w planach. Szybkie wejście na stronę internetową, rejestracja (dwa dni przed była jeszcze możliwa!) i... można jechać na wesele. Tak, wesele dwojga młodych znajomych w podwarszawskim hotelu, urządzonym w stylu sienkiewczowskiej Trylogii. To też była uśmiechnięta twarz młodej Polski. Ale wracając do Warszawy...

Z mieszkania przyjaciół, gdzie wspomnianą kartkę przyuważyłem, na linię startu przy Stadionie Narodowym jest około 2 kilometrów. W sam raz na rozgrzewkę. Im bliżej startu tym w parku gęściej i coraz bardziej żółto. Żółto, gdyż taki kolor miały koszulki uczestników biegu, zawarte w pakiecie startowym. Przebieżki, podskoki, wymachy i rozciągania. Przejście do swoich stref startowych, gromkie oklaski dla startujących na wózkach. 8:45, lecimy.

Nie dać się sprowokować do szybkiego biegu, bo to wykończy. Pomału, mamy czas. Pierwsze 8-9 km w cieniu, Grochowską, Aleją Waszyngtona i malowniczymi uliczkami Saskiej Kępy. Pierwsza woda i banan. Przyda się, bo porządnego śniadania nie było. Przy trasie dopingujące rodziny, panie z Urzędu Dzielnicy Praga-Południe, pamiętający Powstanie starsi i młodzi z dwudziestką na początku PESEL-u. Bijący brawo, uśmiechnięci i wcale nie wkurzeni o zamknięte ulice i zmiany w kursowaniu autobusów i tramwajów. To na pewno Warszawa i Polska? Nawet pan z tabliczką "PiS to zło - samo zło" budzi pozytywne odczucia - w końcu może z taką tabliczką sobie stać i nikt go raczej nie będzie za to ścigał. Kurczę, jest lepiej niż w Brukseli. Na pewno pod względem organizacyjnym, ale rzuca się też w oczy inna różnica. Tam w ostatniej chwili zmieniono trasę, pewnie ze względów bezpieczeństwa. Również na mieście pełno policji i wojska w pełnym rynsztunku. Tutaj - jedynie patrole drogówki, pilnujące zamkniętych ulic i cierpliwie tłumaczące białoruskiemu kierowcy, jak ma się wydostać.

Gocław i dwupasmówka Wału Miedzeszyńskiego, koniec cienia. Zaczyna się patelnia, tempo siada. "Kto wygra? MISZCZ!" głosi tabliczka trzymana przez całą, kilkuosobową rodzinę. Ech, nie mnie dzisiaj zostać miszczem... Po cholerę było biec 13 km w piątek? Kryzys przychodzi około 16. kilometra, zwalniam do marszu na czas wypicia wody i izotonika. Po kilkuset metrach biegnę znowu, ale idzie o wiele ciężej. Widoczny od dłuższego czasu Narodowy zdaje się wcale nie przybliżać. Jeszce tylko 3 kilometry, jeszcze dwa. Zaniepokojona Żonka wydzwania, bo zapowiadałem się na mecie około 11:00, a tu czas będzie gorszy niż poprzednio...

Podbieg do Stadionu i Alei Zielenieckiej. Wracający, z medalami na szyki, głośno dopingują. "Dawaj, dawaj! Już prawie jesteś!" Chłód parku, ostatnie metry. Żonka i Ania na mecie - z trudem mnie potem znajdą sączącego "Cisowiankę". Ponad dwie i pół godziny, zatem bez rewelacji. Ale nie o wynik tu chodziło. Chciałem po prostu się przebiec i wziąć udział w zawodach w Polsce. Warto było. Chociażby dla doskonałej organizacji, super atmosfery i pogody oraz wszystkich tych uśmiechów po drodze: współzawodników, kibiców, przechodniów, przyjaciół. Jednak jakoś lubię to miasto. Do zobaczenia za rok na tej samej trasie!





1 komentarz: