środa, 14 września 2016

Słodkie małmazyje

"Oj spijałeś Ty w niebie, spijałeś
słodkie małmazyje..."
pastorałka "Oj, maluśki, maluśki"

Tak jak było planowane, w kolejną żeglarską przygodę ruszamy do Grecji. No, może nie do końca zgodnie z planami. Pierwotnie miały to być Sporady, ze Skiathos i Skopelos. Tam nakręcono film "Mamma mia!" z  Meryl Streep, Pierce'm Brosnanem i Colinem Firthem. Jednakże pomysłodawcy się z planów wycofali i pozostało knuć bardziej klasyczne kierunki, z bazą w Atenach. Od Michała (kapitana tego rejsu), mamy namiary na rodzinną firmę czarterową, która zachowała się jak należy gdy inna dała ciała. Już pierwsze kontakty z Giannisem potwierdzają zasłużoną, doskonałą opinię o nim i jego firmie. "Jeśli chcesz się czegoś o mnie dowiedzieć, to tu masz namiary na polskich skipperów, którzy u mnie pracują. Niech Ci opowiedzą co i jak." No to się dowiadujemy, opinia się jak najbardziej potwierdza. Załoga zebrana, tylko jechać.
Późnowrześniowe Ateny witają nas słońcem i ciepłem, chociaż w olinowaniu trochę wyje. Oj, musiało się meltemi rozwiać na Egejskim... Giannis odradza żeglugę na Cyklady. Aż tak ambitni nie jesteśmy, chociaż chcemy płynąć w nocy, żeby za pierwszym etapem przebyć jak najdłuższą drogę. Sobota wieczór, udajemy się na Mszę. Naszą, katolicką. Niby zwyczajny ryt łaciński, ale i tak Ο λογος του Κυριου robi wrażenie. Oddajemy cumy i wychodzimy z tłocznej Alimos Marina na równie tłoczne wody Zatoki Sarońskiej. Przejście TSS-a (ruch prawie jak w Cieśninie Kaletańskiej) i już po zmroku pomału posuwamy się wzdłuż brzegów Peloponezu. Mijamy Aeginę, Methanę, Poros i Hydrę - nasze przystanki w drodze powrotnej. Wraz z nadejściem dnia wiatr słabnie, i potężna skała Monemwazji zdaje się wcale nie przybliżać. Docieramy tam po południu, próbując stanąć w marinie. Jednakże grecki skipper rosyjskiej załogi wita nas taką wiązanką, że nie rozumiejąc słów (później się dowiemy, że malakka nie ma bynajmniej nic wspólnego z mlekiem...) wiemy, że nie jesteśmy tu mile widziani. Chyba zahaczyliśmy o jego kotwicę... Odchodzimy na drugą stronę skały, do starej kei promowej. Trochę będzie w nocy bujać, ale z dodatkowymi cumami powinniśmy wytrzymać.


Monemwazja zwana jest czasem Gibraltarem Wschodu. Potężna skała, połączona wąskim przesmykiem z lądem stałym. Na szczycie ruiny miasta bizantyjskiego, po południowej stronie - wąskie uliczki miasta z czasów weneckich. Samochody zostają przed murem, w samym miasteczku jest miejsce tylko dla pieszych i osiołków. Kiedyś było to bardzo ważne miejsce na mapie śródziemnomorskiego handlu. Stąd wywożono dalej ciężkie, słodkie wino, od nazwy tego miejsca nazwane małmazją. To były owe słodkie małmazyje, które zamiast łez mógł Jezus pijać w Niebie - jeśli wierzyć ludowej pastorałce... My też nieźle się najedliśmy i napili.


Nazajutrz kolejny etap. Płyniemy na północ, wzdłuż brzegu Peloponezu, w głąb Zatoki Argolidzkiej. Na noc chcemy stanąć w zatoce Kiparissi. Niestety, keja zajęta... a jakże, przez Rosjan. Spod salingów powiewa czerwony sztandar oraz bandera Krasnowo Fłota. "Zainspirowani" tym widokiem, dołożymy potem w wysłuchiwanej piosence "Na niebie księżyca sierp" słówko "...i młot". Próba stanięcia longside przy malutkiej kei opodal kapliczki o mały włos nie kończy się uszkodzeniem łódki. Rozkołys jest silny i fala jak nie łupnie jachtem o beton... Na szczęście uderzenie przyjęły na siebie odbijacze i listwa odbojowa (Giannis powie później że od tego ona jest i nie potrąci nam za to z kaucji). Rzucamy kotwicę i robimy kolację. No, chcieliśmy zrobić, ale... nie mamy wody. Niby jest jeszcze jeden pełen zbiornik, ponad 200 litrów, ale nie przełączyliśmy w porę zaworu i rury się zapowietrzyły. Cóż, jakoś przetrwamy do rana, kiedy ruszymy pontonem po chociaż 5-10 litrów...


Woda zdobyta, śniadanie zjedzone, humory dopisują. Ruszamy na drugą stronę zatoki, na wyspę Spetses. Po drodze pierwsza kąpiel na pełnym morzu, z asekuracją koła ratunkowego na linie. Prawie wszyscy się odważają, ha! Spetses słynie z tradycyjnie wykonywanych łodzi, które odegrały ważną rolę w walce o wyzwolenie spod tureckiej okupacji w XIX wieku. Mała Spetses wystawiła nieproporcjonalnie dużą w stosunku do swej wielkości flotę, o czym dzisiaj przypominają stare armaty na murach i duma mieszkańców. Udaje nam się znaleźć wolne miejsce w głębi portu, stajemy rufą za pierwszym razem, mimo bocznego wiatru. Niestety, oficer kotwiczny zapomniał włączyć windę a i skipper mu o tym nie przypomniał, stajemy zatem bez kotwicy z dziobu. Unieruchamiamy go podwiązując się do sąsiedniej łódki, z załogą... a jakże, rosyjską! Odnajduje nas właściciel restauracji, zaprasza na kolację obiecując darmowe wino i darmowe goszczenie kapitana. No, jak tu nie skorzystać! Fajny lokal, nad samą wodą. Ryba w stylu Spetses okazuje się być ciepłą wersją naszej ryby po grecku. Dobre, ale nic specjalnego. Furorę robi za to saganaki - smażony ser feta z miodem. Mmmmmm!!!


Rosjanie już popłynęli, więc bez cum dziobowych nie ma co dłużej tu stać. Wychodzimy z zatoki, w cieśninę, i kierujemy się na Hydrę (o której już kiedyś pisałem). Po drodze krótka nauka (lub powtórzenie, dla niektórych) podstawowych węzłów: wyblinki, ratowniczego, szotowego. Jest trochę plątaniny i zabawy, zwłaszcza przy próbie symulacji warunków sztormowych. Trasa tego dnia była krótka, więc jesteśmy w malowniczym porcie Hydra dość wcześnie. Na tyle, że zajmujemy ostatnie wolne miejsce przy kei miejskiej, wciśnięci między łódki wycieczkowe, rybackie i zaopatrzeniowe. Większość jachtów cumuje do falochronu naprzeciwko, kolejne rufą do ich dziobów, kolejne... tak samo. Każdy rzuca z dziobu kotwicę, więc można sobie wyobrazić, jakie złożone wzory łańcuchy tworzą na mulistym dnie. Na szczęście Hydra ma Pantelisa - żywą legendę tego miejsca, faceta jakby żywcem wziętego z zespołu ZZ Top. Leci malakka za malakką, ale pomaga każdemu. Później, przy piwie, każdemu też opowie inną historię swego życia.


Hydra jest specyficzna - jedynymi pojazdami są tu trzy śmieciarki, nie ma nawet wszechobecnych w basenie Morza Śródziemnego motocykli czy skuterów. Cały transport odbywa się na osłach, które cierpliwie noszą cegły, dywany, oliwę czy okna. Przyglądają się temu stada leniwych kotów, czekających przy sprawiających nocny połów rybakach. Na pewno jakieś resztki zostaną, warto zaczekać. My niestety nie czekamy, powoli nasz rejs dobiega końca. Czas kierować się ku Atenom.



Po drodze jednak będzie jeszcze kolejna kąpiel w morzu i postój na Poros, oddzielonej wąską i płytką cieśniną od stałego lądu. Stajemy (teraz już prawidłowo, z kotwicą) rufą do kei, jednak z.. pozostawionym grotem. "Macie postawiony żagiel, tak nie zacumujecie" - mówią stojący na brzegu Niemcy. Uniesieni dumą mówimy półgębkiem "Co??? My nie zacumujemy? MY??" No to zacumowaliśmy. Przyszedł pan, pobrał opłatę i dał kod do prądu i wody. W międzyczasie odwiedza nas Michail, proponując kolację w swojej restauracji. "Widzę", mówi, "że płyną Polacy łódką od Giannisa. Ale jakąś taką dziwną banderę mają..." Tym razem pod salingiem z dumą podnosimy miniaturową flagę Wielkopolski, w kształcie średniowiecznej chorągwi, z orłem króla Przemysła II. Na kolację pójdziemy, a jakże! Tym bardziej, że wino gratis, kapitan nie płaci i tak dalej. Kolejny udany wieczór w Grecji.




Przedostatni dzień rejsu, chcemy stanąć na nocleg w zatoczce u południowego brzegu Eginy. Niestety, za mocno wieje i faluje, miejscowi odradzają to kotwicowisko. Rzut oka w locję i płyniemy kilka mil dalej, pod zawietrzny, północny brzeg. Piszą, że można zakotwiczyć u wejścia do płytkiego (niecałe 2 metry!) portu, chociaż wydaje się ciasno. Ale nic to, stajemy, robimy kolację, jemy, pijemy, śpiewamy i tańczymy. Mała udowodniła, że nawet na stoliku w kokpicie się da. 


Rano, jeszcze przed wschodem słońca, po raz ostatni podnosimy kotwicę i wracamy do Aten. Wschód słońca nad wzgórzami Attyki i dodatkowa godzina u wejścia do portu - akurat na śniadanie. Giannis nie ma jeszcze dla nas miejsca, musimy poczekać. Już po dopłynięciu czas na pamiątkowe zdjęcie na trapie. Skipper chce szybko to załatwić, za szybko... Poślizgnąwszy się na omszałym betonie wpada do wody, na szczęście o cumy i muringi nie zawadzając. Na powierzchni został tylko jego kapelusz. Cóż, jak na bardzo udany i bezpieczny rejs, to chyba niewielkie wydarzenie, które trudno nazwać nieszczęśliwym, prawda? Rozjeżdżamy się do domów, umawiając na kolejne morskie przygody. Może tym razem na zimniejszych, pływowych wodach? Norweskie fiordy i Lofoty czekają!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz