środa, 7 września 2016

Najmniejsza Msza, czyli pierwszy raz na drugą stronę

Trochę doświadczenia jako załoganci, tu i ówdzie, już mamy. Spróbowaliśmy również samodzielnego prowadzenia jachtu, chociaż było to zaledwie kilka godzin. Przyszedł więc czas na poważniejszy sprawdzian: pierwsze samodzielne przejście Morza Północnego. No, może nie całego, ale Kanał Angielski (zwany przez profanów La Manche ;-) też już to nie jest. W każdym razie ląd zniknie nam z oczu a cała nawigacja i odpowiedzialność za jacht i załogę będzie w naszych rękach.


Tym razem portem wyjściowym będzie belgijski Nieuwpoort, w zachodniej części tego niewielkiego (zaledwie 60-parę km) wybrzeża. Port typowo jachtowy (bardzo duża marina) i rybacki, więc tym razem nie grozi nam opóźnienie z powodu ruchu dużych statków. Chcemy wyjść już wieczorem, ale pani z firmy czarterowej mówi: "Hm, właściwie to macie jacht dopiero od jutra rana... Ale spójrzcie, tam, obok budynku klubowego. To jest samochód mojego szefa. Gdy zniknie..." Tutaj wymownie przewraca oczyma i rozkłada ręce. Pojmujemy :-) Dlatego gdy tylko auto znika, oddajemy cumy i zatankowawszy paliwo wychodzimy długim kanałem wyjściowym w morze. Jest niska woda, więc na osuchach mnóstwo ptactwa układającego się do snu. Większość załogi też pójdzie spać, zostanie tylko dwuosobowa wachta. Skład załogi prawie taki sam jak poprzednio. Brakuje jedynie Dominika, którego poprzednio zmarnowało i zmoczyło do tego stopnia, że do dzisiaj zarzeka się, iż na morze to on nigdy w życiu. Może kiedyś, z dziećmi barką po kanałach i rzekach...


Wiatru tyle co nic, więc płyniemy na silniku. Niby otwarte morze, ale świateł pełno: boje, stawy, statki, wiatraki i platformy. Cały czas coś z różnych kierunków w różnych kolorach miga. Jest to na swój sposób uspokajające, bo wiesz, że gdzieś tam, całkiem niedaleko, są ludzie. Na oceaniczną samotność przyjdzie jeszcze czas. Na razie coraz bliżej TSS-a, ruchliwej morskiej autostrady. Najpierw sznur statków z lewej burty. Byle bezpiecznie wpakować się w lukę między nimi. Potem "pas zieleni" i sznur statków w drugą stronę, z Morza Północnego w kierunku Cieśniny Kaletańskiej, Kanału, Biskajów i Atlantyku. Później będzie już spokojniej: tylko rybacy, nieliczne jednostki zmierzające do Londynu lub wzdłuż wschodniego wybrzeża Anglii. Powoli mija noc; pierwsza na morzu pod moim dowództwem. Wraz z kolejnymi godzinami dnia (jest już sobota, 7 maja 2011 roku) robi się coraz płyciej i gęściej: wiatraki, boje, platformy. Wśród nich bliźniacze wieże Roughs Towers - opuszczonej platformy przeciwlotniczej z czasów II wojny światowej. W bliższej nam przeszłości zasłynęły jako terytorium samozwańczego Księstwa Sealandii, ciekawego eksperymentu pewnego wariata.


Zza mgieł wyłaniają się powoli dźwigi portu w Felixtowe, po lewej, na półwyspie, położone jest Harwich. My popłyniemy jeszcze godzinę, korzystając z przypływu, w górę rzeki Orwell. Zbieżność z autorem "1984" nieprzypadkowa - mieszkał on w tej okolicy i zauroczony rzeką przyjął jej nazwę za swój literacki pseudonim. Przy nabrzeżu w Felixtowe ogromne kontenerowce - zapewne rozładowują przybyłe z Chin towary... Przemysłowe krajobrazy szybko znikają, ustępując sielankowym widokom angielskiej prowincji. Mijamy Pin Mill - mekkę tradycyjnych, płaskodennych łodzi używanych niegdyś na Tamizie. Przyjdziemy tu pieszo, wzdłuż rzeki, z mariny w Woolverstone - naszego celu.


Podobno żeglarze dzielą się na tych, co osiedli kiedyś na mieliźnie i na tych, którzy wstydzą się o tym mówić. Ja nie osiadłem (na razie), chociaż raz niewiele brakowało, ale ze wstydem przyznaję się do beznadziejnie wykonanego podejścia do kei w Woolverstone właśnie. Za szybko, za nerwowo, bez pomyślunku, z mnóstwem błędów. Na szczęście nic nie uszkodziliśmy a w cumowaniu pomogli ludzie na kei (zawsze wśród żeglarzy można liczyć na pomocną dłoń). Szybkie odświeżenie się, zameldowanie i możemy wyruszać. Wzdłuż rzeki, malownicza ścieżka, wiedzie przez około 2-3 km do wspomnianego Pin Mill, gdzie mieści się polecany przez wszystkich Butt&Oyster - XVII-wieczny pub. Poza piwem serwuje też znakomitą kuchnię: ryby, owoce morza, steki etc. Obowiązkowy punkt wizyty zawijających tu żeglarzy z "drugiej strony" (Belgii, Holandii czy Francji), dumnych z pokonania "wielkiej wody". Wychylamy oczywiście kilka ale i zamawiamy fish and chips. Bez tego nie ma wizyty w Anglii :-) W doskonałym nastroju wracamy po ciemku na jacht.


Nazajutrz jest niedziela. Mając w załodze księdza nie musimy się martwić o najbliższy katolicki kościół (o który niełatwo w protestanckim kraju). Będziemy mieć Mszę w mesie, najmniejszą w której przyszło mi uczestniczyć (celebrans i pięcioro wiernych). Pomyśleć, że zaledwie tydzień temu byliśmy chyba na największej w życiu - Mszy beatyfikacyjnej Jana Pawła II w Rzymie, w co prawie dwumilionowym tłumie... Oprócz strawy duchowej, nasz kapelan dba także o tę fizyczną, racząc nas iście marynarskimi porcjami sałatek, ziemniaków i marynowanych śledzi w różnych smakach. Tak dobrze jeszcze nie było i chyba długo nie będzie...


Reszta niedzieli schodzi nam na zwiedzaniu Ipswich, w górze rzeki. Nie musząc się przejmować rozkładem jazdy wiejskich autobusów, podpływamy tam naszą "Pintatoe". Miasto całkiem ładne i ciekawe; w miejscowym kościele znajdujemy polonika: obraz Jezusa Miłosiernego i kopię Ikony Jasnogórskiej, zawieszone z inicjatywy stowarzyszeń weteranów II wojny światowej. Czas wracać, zaraz zacznie się odpływ i przydałoby się wykorzystać sprzyjający prąd. Opuszczamy gościnną i malowniczą Orwell, rozszerzającą się w kierunku swego ujścia. Ponownie Harwich, kontenerowce w Felixtowe i kurs na Belgię. Drugi trochę marudził na słaby wiatr ("Ech, przydałby się jakiś sztormik"). No to dostał - jako jedyny miał na swej wachcie... deszcz. Kolejne potwierdzenie starej prawdy, że lepiej nie narzekać na cisze ("Lepszy jeden sztorm niż wielodniowa cisza"). Niejeden tak mówił  a potem żałował... Nam trochę dmuchnie, na tyle aby trochę pożeglować, ale nie na tyle, aby nas na tym dmuchu zawieźć do domu. Nic, odpalamy znowu katarynę.



Kolejna noc na morzu, TSS i statki. Ranek, mielizny belgijskiego wybrzeża, wejście do Nieuwpoort. Łódka (był to Sun Odyssey 37) się sprawdziła, firma (West Coast Sailing) nie bardzo... Dostaliśmy bowiem jacht bez kotwicy i tratwy ratunkowej a na pytanie o banderę, pani dała nam nową, jeszcze zafoliowaną, mówiąc "A, zawieście sobie sami". Dzisiaj chyba bym się nie zgodził wziąć łódki bez tego, podstawowego przecież (tratwa i kotwica), wyposażenia. Ale cóż, człek był kiedyś młody i głupi. Trzeba to leczyć zdobywając nowe doświadczenia. Gdzie? A choćby za pół roku, w Grecji :-) Do zobaczenia zatem na pokładzie!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz