Etykiety

środa, 10 sierpnia 2016

Ma(my) medal!

Flagę z pięcioma kółkami podniesiono, znicz zapłonął i rozpoczęło się miesięczne szaleństwo. Już pierwszego dnia media wielkimi nagłówkami krzyczały: "Mamy medal!" My, czyli kto? Przypomniała mi się karykatura z belgijskiego dziennika "Le Soir" z czasu igrzysk chyba w Pekinie w 2008 roku (a może w Londynie w 2012?) Przedstawiała zwycięską belgijską biegaczkę, robiącą rundę honorową w obstawie statystycznych Belgów: kłapiącego brzuszkiem pana i równie "usportowionej" pani. Obydwoje wysoko dzierżyli swoje "pochodnie", jakże charakterystyczne dla tego kraju: rożek frytek z majonezem i szklankę piwa "Jupiler".

Nie chcę umniejszać tutaj sukcesu Rafała Majki oraz innych polskich medalistów w Rio (chociaż na razie tylko ten jeden brązowy krążek wisi w polskiej skromnej kolekcji...) Zawsze też śledziłem wielkie imprezy sportowe, ceremonie otwarcia i zamknięcia, dekoracje medalami etc. W tym roku jakby mniej. Powodów jest kilka. Pierwszy z nich to brak telewizora. Tak, naprawdę nie mamy takiego sprzętu w naszym domu. Wiem, że to niebywałe w dzisiejszych czasach, ale wiem też, że nie jesteśmy w tym dziwactwie osamotnieni. Pozostaje oczywiście internet, ale jakoś tak nie ciągnie człowieka do oglądania zmagań innych. Powód drugi to niezbyt przyjemne oblicze współczesnego sportu zawodowego. Pogoń za wynikiem, doprowadzająca do zażywania niedozwolonych substancji i wypaczenia ideałów szlachetnej rywalizacji. Niebotycznie wysokie wynagrodzenia niektórych sportowców i sumy transferów. No i wreszcie całą ta komercyjna otoczka.

Jednak powód najważniejszy jest chyba we mnie. W tym, co we mnie zaszło w ostatnich miesiącach. Mianowicie sam stałem się - może nie od razu sportowcem - ale, powiedzmy, bardziej ruszającym się od przeciętnego Polaka czy Belga. Bo chyba jakieś 6-7 godzin ruchu (biegi, basen i siłownia) tygodniowo jest chyba powyżej przeciętnej. Zmagając się z własnymi słabościami, pokonując kolejne kilometry, metry czy kilogramy, blizej mi jakby do aktora niż widza w olimpijskim spektaklu. I to właśnie ten aktor startuje tam dla siebie i dla siebie zdobywa medale. Nie dla nas czy dla Polski (chociaż Polska, jako PKOl, związki sportowe, trenerzy i sponsorzy na pewno do wyników się przyłożyły). Dlatego MA medal: ona czy on. My się oczywiście możemy i powinniśmy z niego cieszyć, ale chyba lepiej inaczej zareagować. Kiedy ostatnio byłem na spacerze? Gdzie są moje kijki do nordic walking? Czy ten stary, zakurzony rower do czegoś się jeszcze nada? Hm, a może jednak by bardziej o siebie zadbać i tę okropną oponkę na brzuchu zgubić (albo przynajmniej zmniejszyć)? Odłożyć pilota a wziąć do ręki chociażby psią smycz.

Nie przekonałem do ruszenia się z kanapy? Wasz wybór. Siedźcie sobie dalej z Waszym piwem, chipsami, colą i frytkami, skacząc z tenisa na pływanie i z siatkówki na łucznictwo. Ja idę pobiegać.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz