Etykiety

czwartek, 18 sierpnia 2016

Chwała Trójcy, czyli ja wysiadam

Był poranek dziewiątego dnia dziesiątego miesiąca, Roku Pańskiego dwa tysiące i dziesiątego, gdy dzielna załoga na nabrzeżu przystani w Morskiej Brugii się zameldowała. Kapitan, którego dzień ów świadkiem pierwszego samodzielnie prowadzonego rejsu miał być. Pierwsza, zawsze dzielnie mu towarzysząca, oraz dwie nie mniej dzielne, morskie niewiasty: Mała, imię Rodzicielki Najświętszej Panny nosząca oraz Fotograf, błogosławionym mianem wołana. Duchowe wsparcie Kapelan zacny zgodził się zapewnić, przez co na cześć jego banderę ze znakami kaznodziejskimi na maszcie podniesiono. Dwóch mężów cnych a odważnych skład załogi uzupełniało: Drugi, któren od dawna już o przygodach morskich marzył i Bosman, z nadwiślańskiej krainy królewskiego grodu się wywodzący.

Po korabia żaglowego odbiorze azaliż skrzyń i worków z wiktuałami zasztauowaniu, Kapitan załogę w arkana nawigacyjnej sztuki i przespiecznej żeglugi wprowadzić raczył. Z wypłynięciem jeno problem był wszelako, z powodu mlecznego zawoju, przez profanów mgłą zwanego, gęsto morze i ląd dnia owegoż zaścielającego. Około trzeciej jednak godziny wszystkich już tak na morza bezmiar gnało, iż Bogu swe dusze poleciwszy i cumy oddawszy, przy motoru terkocie ku wyjściu z portu się skierowali.

 

Korab ów żaglowy, "Chicą" zwany (co w mowie Iberów niewiastę młodą oznacza), strażnikom portu okrzyknąć się musiał. Ci jednakowoż dalej puścić go nie mogli, pierwszeństwo nawie ogromnej dając, która do wielkich żelaznych beczek smrodliwe ziemi wydzieliny przywiozła była. Wobec nadal widoczność utrudniającej mlecznej zawiesiny, nawet wytrawne oczęta Pierwszej niczego takiego dojrzeć nie mogły. W końcu przedzierające się przez mgieł woal porannego słońca promienie, lepszy na świat otaczający dały prospekt i załogi oczom zapowiadana nawa się ukazała. Nazwę dumną "Chwała Trójcy" dzierżąc, przez dwa stalowe pociągowe korabie wyciągana, na pełne morze się skierowała. "Chica" niezwłocznie jej kilwaterem podążyła, chcąc na upragnione szerokie wody wreszcie się wydostać.


Borealne Morza "Chicę" i jej załogę błękitem nieba i wody przywitały, do wesołego nawigowania zachęcając. Uśmiechnięta Fotograf wszystko magiczną sztuką obrazu utrwalania dokumentowała, stąd nawet po latach sześciu przebieg wypadków odtworzyć możemy. Mała, na urodę zadbanych dłoni nie zważając, za rudel chwyciła i korab przez fale przeprowadzać jęła. Nie wszystkie jednak z morskich bałwanów okiełznać się jej dały, gdyż jedna z nich, "dziadem" przez koronnych żeglarzy zwana, na pokład się dostała i morską boleścią złożonego Bosmana szpetnie szat suchości pozbawiła. Ów, zdarzeniem tym zrażony, pod pokład się udał, ust kątem "Ja wysiadam!" powiedzieć zdążywszy.

 
Dokąd jednak korab z załogą swą dzielną się udaje? Wszak nawigowanie dnia tego się zakończy, podróżą dłuższą nie będąc. Kapitan przed siebie wskazuje, wysokie kształty na horyzoncie oznajmiając. To wieże wietrznych młynów, na Blajowej Ławicy postawionych, które ramionami obracając w przemyślny sposób moc niewidzialną wytwarzają, wyziewów przy tym żadnych ni popiołów nie pozostawiając. Przed młynami zawróciwszy, "Chica" na powrót ku Morskiej Brugii dziób swój skierowała, gdyż dobrze już po godzinie szóstej było.

 

W ciągu dnia całego przebiegu ptactwo powietrzne pokład korabia odwiedzało, zapewne chcąc odpoczynku po męczącej morskiej podróży zaznać. Zmęczone, nijakiego moresu przed ludźmi nie czując, nawet na głowach i kończynach ich siadali. Załoga takowoż zmęczoną była i z minami tęsknemi widoku lądu wyglądała, na powrót czekając. Kapelan jeden nieumordowanym się wydawał, wyrobów masarskich co i rusz próbując i o chyżości dodaniu napomykając...


 

 

Wrócili wszyscy bezpiecznie, na kolejną wyprawę już się umawiając, bo przecież morze jest od tego, aby je przepłynąć. Ale to już w kolejnym roku nastąpi, gdy zimowych sztormów, wichrów i niepogody sezon minie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz