czwartek, 2 czerwca 2016

Przekraczając siebie

Nade mną przesuwa się powoli Golden Gate i równie powoli dociera do mnie, że to już. Że naprawdę to zrobiłem. Chcę krzyczeć z radości, ale głos grzęźnie mi w gardle. Widzę teraz siebie, wolno schodzącego po schodach gdańskiego liceum, gdy po raz trzeci nie zdałem matury. Widzę wszystkie moje życiowe porażki i wszystkich, którzy mnie skreślili. I chcę im teraz powiedzieć - a jednak! 

Andrzej Urbańczyk, "Cisze i sztormy"*


Gorączkowe oczekiwanie, wielotysięczny, kolorowy tłum gromadzi się w Parku Pięćdziesięciolecia. Każdy w swoim sektorze, według zeszłorocznych osiągnięć lub własnej oceny. My z Bartkiem w ostatnim, bo podaliśmy orientacyjny czas w okolicach trzech godzin. Wiemy już jednak, że na pewno będzie lepiej. Po hymnie Belgii (który mało kto szanuje, a jeszcze mniej ludzi śpiewa...) z głośników płyną motywujące i żwawe pieśni. Tuż przed startem naszej grupy słychać jednak Dios te salve Maria. Do Niej przyszedł niegdyś anioł mówiąc "nie bój się..." Ona sama poszła później do swej ciotki, aby być z nią w niełatwym okresie. Teraz, w tej pieśni, przyszła do mnie... Już wiem, że musi być dobrze.

Ostatnie odliczanie i sygnał do startu, wydany przez legendarnego kolarza Eddy'ego Merckxa. Ruszamy, truchcikiem bo ciżba. Później tłum rozleje się wszerz. Pierwszy podbieg, pierwszy bruk i pierwsza woda. Mijają kilometry, w dół i w górę, na chodnikach setki ludzi żywiołowo wszystkich dopingujących. Park La Cambre, trochę cienia (chociaż i tak upału nie ma, warunki wręcz idealne). Kolejna woda i puszka Isostara; przy wylocie z parku będzie już połowa dystansu. Na trasie, co jakiś czas, różne zespoły muzyczne. Przeważają jazz-bandy oraz różnorodne wariacje perkusji - od afrykańskich konga po 200-litrowe beczki. Dłuuugi łuk Avenue du Souverain, jedne z najładniejszych zakątków Brukseli. Potem też będzie ładnie, ale już nie tak łatwo. Długi podbieg w Avenue de Tervuren, na ostatnich 3 kilometrach, zabije szanse na utrzymanie tempa poniżej 7 minut na kilometr. Muszę zwolnić, aż do marszu. Bartek wiernie mi towarzyszy, chociaż wiem, że spokojnie mógłby wyrwać do przodu i ukończyć bieg w mniej niż 1,5 godziny. W końcu Rondo Montgomery'ego, dalej już płasko. Można znów biec, tym bardziej, że na Merode gorąco nas dopinguje Żonka i jej Siostra. Park, ostatni podbieg i rosnący w oczach łuk Kolumnady Pięćdziesięciolecia. Tak jak Urbańczyk ponad 30 lat temu patrzę z dołu na ten pomnik, mijając linię mety i odbierając pamiątkowy medal.

Widzę siebie, pierwsze lata podstawówki spędzającego w szpitalach i sanatorium (problemy z oskrzelami). Siedzącego potem samotnie na ławce w sali gimnastycznej lub na boisku, bo nikt nie chciał mnie w drużynie. Albo sam się zgłaszałem jako ten, kto nie chce grać bo była nas nieparzysta liczba. Stają mi przed oczami sytuacje, gdy jako jedyny nie mogłem powiedzieć, że WF to mój ulubiony przedmiot. Z którego nigdy nie miałem piątki a zdarzały się też lata z trójami - jedynymi na świadectwie. Widzę też siebie pół roku temu, 14 kilogramów cięższego, nie będącego w stanie dopiąć żadnych spodni i marynarki. Dostającego zadyszki już na pierwszym piętrze i nie mogącego się schylić zawiązać buty.

Ale to już przeszłość. Nic już nie będzie takie, jak dawniej. Teraz tylko przed siebie! Na początek pod prysznic i na obiad. Potem nieco odpocząć, ale już w środę znów na trasę :-) To jednak uzależnia, ale za to jak fajnie i niegroźnie! Co dalej? Jak to co - październikowy półmaraton! Do zobaczenia na trasie!

* mam nadzieję, że pan Urbańczyk wybaczy mi niedokładne cytowanie jego książki, którą najwyraźniej komuś pożyczyłem :-( Cytuję więc z pamięci, tak mniej więcej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz