piątek, 15 kwietnia 2016

Na dachu Europy

Polakom - podziemie, Norwegom - strych...
Szopka Noworoczna A.D. 1990

Po ostatnich wydarzeniach główne brukselskie lotnisko nadal pracuje na pół gwizdka. Oznacza to, że mogą być problemy z planowanym już od stycznia wyjazdem do Bergen. Nie chcąc czekać do ostatniej chwili, zmieniamy rezerwację - wylecimy i wrócimy do Duesseldorfu. Tego głównego, nie Weeze, które jest takim Duesseldorfem jak Ciechanów Warszawą-Północ. Za to będziemy na miejscu wczesnym popołudniem a nie późnym wieczorem. Scandinavian Airlines do Kopenhagi trochę opóźniony, więc robi się mało czasu na przesiadkę. Po przylocie zostaje 15 minut, na szczęście samoloty są bramka w bramkę. Lecimy, już nad Norwegią.


Północ przywitała nas słoneczną pogodą i iście wiosennymi temperaturami. To naprawdę jedno z najbardziej deszczowych miejsc w Europie? (bodajże w 2007 padało tu bez przerwy przez 85 dni...) Zupełnie jak kiedyś w Irlandii - łaskawość dla przybywających w pokoju i z miłością lub wersja demo dla naiwnych. Tego dnia zdążymy dotrzeć na miejsce, do naszych przyjaciół. Tak, nasza droga do Norwegii prowadziła przez Kamerun i Białoruś :-) Rozmowy, spacer w lesie i na mieście. Ładnie.


Nazajutrz będzie jeszcze ładniej. Najpierw prawie dwugodzinny jogging podgórską ścieżką i nadmorskim szlakiem, zakończony na uliczkach starego miasta. Potem trochę błądzenia słabo oznakowanymi drogami ale docieramy w końcu nad Hardangerfjord - podobno najładniejszy. Przyroda prawie dziewicza, mało samochodów i ludzi. Pomimo wiosennego ciepełka na północnych stokach i wyżej położonych płaskowyżach - śnieg. Zamarznięte jeziora kontrastują z nigdy nie zamarzającymi fiordami. Cisza i spokój.

Jedziemy dalej, pokonując kilkunastokilometrowe czasami tunele i robiące wrażenie mosty. Docieramy do doliny, u wylotu której leży Gudvangen i zaczyna się Nærøyfjorden. Jest on wysuniętą na południe odnogą Sognefjord - najdłuższego (205 km) fiordu w Norwegii. Właśnie tak sobie wyobrażaliśmy ten kraj - strome, prawie kilometrowej wysokości zbocza opadają wprost do wody, niezmąconej najmniejszym podmuchem wiatru. Żeglowanie musi tu polegać głównie na diesel-grocie... Jedziemy dalej, tunelem do zachwalanego Flåm. Trochę nas ono rozczarowuje, chociaż okolice ma naprawdę przepiękne. Zastanawiając się "wejść czy nie wejść" do urządzonej w normańskim stylu restauracji zostajemy tam prawie wciągnięci przez barmana o posturze i aparycji Wikinga. Wnętrze przytulne a my zgłodnieliśmy - zamawiamy więc po trochu z tutejszych przysmaków. Dobre to, tylko te ceny... Wbrew zasłyszanym wcześniej opiniom Norwegia aż tak droga nie jest - może oprócz gastronomii. Przesadą jednak były twierdzenia, że ceny są dwukrotnością belgijskich.


Już po ciemku wracamy do Bergen - ponad 130 km. Aby tylko uważać na trolle. Niedzielę zaczniemy Mszą po polsku. Jak wszędzie za granicą - kościół pełen. Procentowo więcej mężczyzn niż w przeciętnej parafii w Polsce - od razu śpiew inaczej brzmi. Później niespiesznie ruszamy - tym razem w stronę oceanu. Tunele, mosty... Jedziemy w kierunku Hellesøy, leżącego na samym końcu drogi spinającej rozciągnięty na dobrych 40 km archipelag. Zupełnie inne krajobrazy: obłe wzniesienia ze skąpą roślinnością, zatoczki i małe porty (a także większe, gdzie montowane są gigantyczne platformy wiertnicze). W samym Hellesøy jedyna knajpka niestety zamknięta z powodu jakiejś rodzinnej uroczystości. Za to mamy okazję podziwiać starych i młodych w tradycyjnych strojach. W drodze powrotnej zatrzymujemy się przy starym kościółku i równie starym cmentarzu. Najstarsze groby pochodzą z początku XIX wieku. Szum drzew, śpiew ptaków i... zasypiamy na ławeczkach (albo i pod nimi). Nietypowa sjesta na dalekiej Północy.

Czas wracać. Najpierw do przytulnego, studenckiego mieszkania na Starefossvingen skąd wszystkie drogi prowadza w dół. Nazajutrz zaś do Duesseldorfu i do domu. Wrócimy tu jednak na pewno. Norwegia urzekła nas swym surowym ale uspokajającym pięknem oraz widocznym w ubiorze i zachowaniu luzem jej mieszkańców. Pewnie nie zawsze jest tu tak ciepło i słonecznie, ale może w końcu Żonka da się namówić na rejs po tutejszych wodach? W swym hymnie narodowym Norwegowie z dumą śpiewają Ja, vi elsker dette landet. Vi elsker det også :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz