sobota, 2 stycznia 2016

Sylwestrowe Coco Jambo

Bez zastanawiania się korzystamy z propozycji brata Jacka zabrania się z nim do Cocobeach. Zarówno nazwa jak i położenie tego miejsca zachęcają do odwiedzin. Z Ntoum do Cocobeach jest 85 km drogi, początkowo i na ostatnich kilkunastu kilometrach asfaltowej. Większość trasy to jednak czerwonawy lateryt, w różnym stanie. Ze względu na takie właśnie drogi bardzo dużo jest tutaj samochodów 4x4, głównie Toyota Hilux. Stan dróg podobny jak w Kamerunie, jednak samochody o wiele lepsze, więcej nowych i terenowych, nie widać klepanych 30-letnich rzęchów. Przy barwnych wędkarsko-łowiecko-duszpasterskich opowieściach brata Jacka droga mija szybko. Zatrzymujemy się na chwilę w Akok, zajrzeć do znajomej babcinki, przygotowującej coś w tradycyjnej wiejskiej kuchni. Z jej czeluści po kolei wypełza dziatwa, pies i koty. Pierwszy raz mamy okazję z bliska zajrzeć do wiejskiego, afrykańskiego gospodarstwa. Chędogo, acz schludnie. Zatrzymujemy się też przy jednej z wiejskich kaplic, gdzie za dzwon do zwoływania wiernych służy stara felga od ciężarówki. Tu i ówdzie, przy drodze, prezentowane są świeżo upolowane okazy miejscowego viande de brousse, mięsa z buszu, miejscowego przysmaku. Czyli po prostu dziczyzny, nie całkiem legalnie pozyskanej. Z żerdzi dyndają, czasami jeszcze żywe, żółwie, pancerniki, jeżozwierze czy małe krokodyle. Dzień później zobaczymy też małpę...

Nieco bardziej rześkie powietrze i błotniste przy odpływie zatoczki zapowiadają cel naszej podróży. Cocobeach leży na samej północy Gabonu, przy granicznej rzece za którą widać już Gwineę Równikową. Kilkadziesiąt domostw, "rynek", posterunek policji, szkoła, sklepy i parafia. Kolejna, prowadzona przez polskich kapucynów. Rzucamy okiem tu i ówdzie: plaża z palmami i białym piaskiem, przystań rybacka z pirogami oraz pomnik poległych w 1914 roku. Ta część Gabonu należała wtedy do niemieckiego Kamerunu i Francja na początku I wojny światowej wysłała desant do opanowania strategicznej miejscowości. Groteskowo brzmią patetyczne inskrypcje "poległym za Francję"...

Na dłużej zatrzymujemy się w domu przy parafii, gdzie miejscowa młodzież właśnie kończy swoje czterodniowe rekolekcje. Atmosfera jak sprzed dwudziestu lat i naszych pielgrzymek do Częstochowy. Kilkoro z nich będzie wracać z nami do Ntoum, ładując się na pakę. Z Cocobeach i latami 90-tymi kojarzą się przeboje, które brat Jacek ma na pendrivie: Coco Jambo, Uh la la la czy polskie przeboje tamtego okresu. Jest już po południe gdy wracamy do Ntoum i rozwozimy dziatwę. Tu i ówdzie strzelają już petardy - najlepszy znak zamożności Gabończyków, których stać na wystrzeliwanie kasy w powietrze. Msza na pożegnanie starego roku, z afrykańskimi śpiewami i tańcem. Po niej całonocne czuwanie i uwielbienie miejscowej wspólnoty Odnowy w Duchu Św. Jest głośno, rytmicznie i mistycznie. Momentami mamy ochotę się przyłączyć. Sącząc szampana, my - dwoje świeckich i dwóch braci kapucynów - witamy A.D. 2016 pod równikowym niebem. Zdezorientowane petardami i fajerwerkami krążą nietoperze, powietrze gęste od wilgotności. Spać trudno, w dodatku te dudniące bębny i śpiewy dobiegające z kościoła. Ale co tam, w końcu nie co roku spędza się Sylwestra w środkowej Afryce!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz