Etykiety

wtorek, 5 stycznia 2016

Początek i koniec

Noworoczne śniadanie. Po dusznej i głośnej nocy trudno powiedzieć, że jesteśmy wyspani. Tym bardziej doceniamy propozycję Mariusza, aby pojechać do Lambarene. Miejsce to i działający tam szpital wraz z ośrodkiem badań nad malarią, rozsławił Albert Schweitzer. Pamiętam poświęcony mu odcinek Przygód młodego Indiany Jonesa. Jeden z tych białych, którzy nie przyjechali do Afryki rabować i wyzyskiwać. Okaże się jednak, że właśnie owa malaria nadal Mariusza męczy i jedziemy tylko na równik. Lambarene zostawimy sobie na kolejny przyjazd do Gabonu.

Droga na początku taka sobie. Prawdę mówiąc, czytając o Gabonie i jego bogactwie (jak na Afrykę sporym), spodziewaliśmy się lepszej jakości dróg. A tu nie dość że asfalt miejscami kompletnie zdarty, to jeszcze dziura na dziurze. Gorzej niż w o wiele uboższym Kamerunie. Na szczęście po kilkunastu kilometrach zaczyna się świeżo wyremontowany odcinek, z równą nawierzchnią i oznakowaniem. W ogóle oznakowanie jest – inaczej niż w Kamerunie, gdzie bez znajomości okolicy nie sposób gdziekolwiek trafić. Mijamy wioski, zabudowane porządniejszymi niż u północnego sąsiada domami. Nie widać w ogóle lepianek, głównie parterowe domki z desek, na podmurówce. Niemało murowanych budynków, przystrzyżonych trawników i zadbanych obejść. Wioska to zaledwie 20-50 m zabudowy i upraw wzdłuż drogi. Tak jest wszędzie w Gabonie, dalej zaczyna się nieprzebyty gąszcz brousse, czyli buszu. O jego bliskości przypominają wystawione tu i ówdzie na sprzedaż, upolowane zwierzątka: pancerniki, antylopy czy małpy.

Dojeżdżamy do owej słynnej, widocznej jedynie na mapach linii. Tutaj wymalowano ją też na asfalcie. Po otwarciu klimatyzowanego samochodu, upał wręcz przygniata. Robimy parę zdjęć w miejscu, gdzie kończy się Północ. A może zaczyna Południe? A może po prostu wszystko się tu zaczyna, wszak zaczynamy zazwyczaj od zera? Wracamy na obiad do Ntoum, po drodze rozmawiając o Gabonie, pracy misjonarza, żeglarstwie i czarach. Umawiamy się też na popołudniową wycieczkę.

Tym razem pojedziemy do Donguila. Znacznie bliżej, bo tylko 28 km, ale gruntowa droga przez busz zajmuje około godziny. Wioska leży na samym końcu drogi, na brzegu szeroko rozlanego estuarium rzeki Gabon. Miejsce malownicze, ale dokuczają maleńkie furu (komary wielkości 0,5 mm, zostawiające swędzące ślady po ukąszeniach; podobno przenoszą też dengę...) Zabójczy klimat i choroby zabijały ponad 100 lat temu przybyłych tu pierwszych katolickich misjonarzy. Pozostały po nich pordzewiałe krzyże i tabliczki; niektórzy zmarli w wieku 25-33 lat. Puste i ciche miejsce, pusty o tej porze kościół. Położenie, historia i atmosfera przypominają południowoaustralijskie Polish Hill River [link]. Miejsce niegdyś tętniące życiem, gdzie dzisiaj już tylko groby, budynki i wspomnienia. Zachód słońca nad ujściem Gabonu, koniec pierwszego dnia w roku. Koniec początku. Za wcześnie chyba myśleć o własnym końcu, chociaż trzeba być na niego gotowym. Ale czy dla nich, pochowanych na tym cmentarzu, jak i dla nas naprawdę wszystko się kończy wraz ze śmiercią?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz