czwartek, 7 stycznia 2016

Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?

W ostatnim dniu naszego krótkiego pobytu w Gabonie udajemy się wraz z Jackiem na krótki spacer po targowisku w Ntoum. Jest trochę porządniej niż w Yaounde, wydzielone stoiska i podmurowana wiata. Nie ma też nachalnego zaczepiania. Nie znajdujemy jednak barwnych koszul, po które się wybraliśmy. Ani płaszczy... Spotykamy za to miejscowego, zaprzyjaźnionego z naszymi kapucynami, muzułmańskiego teologa. Życzy nam szczęśliwego nowego roku i żałuje, że nie będzie czasu na dłuższą rozmowę. Jacek zapewnia, że jest to rzeczywiście otwarty człowiek i generalnie w Gabonie nie ma najmniejszych problemów międzyreligijnych (kościół św. Tomasza w Ntoum od meczetu dzieli kilkadziesiąt metrów). Po obiedzie i pożegnaniach, Mariusz odwozi nas na lotnisko. Po drodze zatrzymamy się jednak w paru miejscach. Zaraz... Ale czy zabraliśmy płaszcz?

Na początek Essassa, jedna z obsługiwanych przez polskich kapucynów parafii. Dobrze utrzymany trawnik, spory teren tuż przy głównej drodze. Nie ma jednak nikogo na miejscu, oprócz dwóch dziewczyn radośnie witających dawnego wikariusza. Ruszamy dalej, pod górę. Malowniczo położony kościół i klasztor sióstr klarysek, wśród których jest jedna o korzeniach belgijsko-francuskich. Wszystkie witają nas jak oczekiwanych gości, wręcz członków rodziny. Rozczarowane są tym, że wpadliśmy tylko na chwilę – już zaczęły nakrywać do kawy. „Tylko nie zapomnijcie płaszcza! A, nie mieliście go wcale? To nic. Do zobaczenia wkrótce! Nie, nie „do widzenia”. U nas zawsze mówi się a bientot!” W kościele drzwi święte jubileuszowego Roku Miłosierdzia – pierwsze, które przyjdzie nam przekroczyć. Wewnątrz portret Jana Pawła II (które zresztą spotyka się tu często), oraz obraz Jezusa Miłosiernego z napisem „Jezu ufam Tobie”. Po polsku, czyli w oryginale :-) Płaszcz wzięliśmy? Ech, przecież go nawet nie mieliśmy... Zaczyna nam się już mylić.

Na samych przedmieściach Libreville, na wzgórzu, położone jest narodowe sanktuarium Gabonu – kościół Matki Bożej Gabońskiej. Trwa akurat Msza, z bębnami i chóralnymi śpiewami. Rzut oka na wystrój prezbiterium nie pozwala zapomnieć, kto owo sanktuarium wznosił: po prawej Jezus Miłosierny, po lewej Ikona Jasnogórska. Na miejscu posługują polscy księża i siostry. Gdyby liczyć ilość polskich misjonarzy na 1000 mieszkańców, to chyba Gabon byłby w światowej czołówce (nie zapominajmy, że cały ten kraj liczy ok. 1,5 miliona mieszkańców). Jeśli dodać do tego także Polaków pracujących w tutejszym sektorze naftowym i usługowym, to stopień polonizacji jeszcze by wzrósł. „O, już uciekacie? Zostańcie chociaż na ciasto? Jednak nie? Szkoda... Tylko nie zapomnijcie płaszcza!”

Libreville wydaje się bardziej zorganizowane, bogatsze i czystsze niż miasta Kamerunu. Sporo nowych, nowoczesnych i wysokich budynków. Do tego centra handlowe z prawdziwego zdarzenia, w stylu podwarszawskich Janek czy poznańskiego M1. Dla porównania: w Yaounde, w którym mieszka więcej ludzi niż w całym Gabonie, są tylko 2 supermarkety wielkości osiedlowej Biedronki... Zatrzymujemy się na miejscowym targu rzemiosła. Stoiska uporządkowane, pod dachem i bez naganiania. O wiele spokojniej niż w Yaounde, ale za to drożej. Jednak już nie z nami te numery i targujemy się zawzięcie :-) W końcu udaje się nam znaleźć figurkę guźca dla mojej siostry (która zbiera dziki), której bezskutecznie szukaliśmy poprzednim razem. Wstępujemy jeszcze do miejscowego Geanta, gdzie Mariusz zakupuje odtwarzacz DVD z długą jak na Gabon gwarancją: aż dwa... miesiące. Ani na targu, ani w markecie nie mają jednak płaszczy...

W drodze na lotnisko zatrzymujemy się jeszcze przy miejscowej katedrze, występującej w dwóch wersjach: starej, postkolonialnej i nowej, „zafrykanizowanej”. Dwa budynki, dwa różne style. Położone na wzgórzu, nad samym oceanem. Libreville korzysta ze swego nadmorskiego położenia: promenada przy plaży, kąpielisko praktycznie w mieście. Prawie jak w Rio. Dojeżdżamy na lotnisko. Długa kolejka do odprawy, są to jednak pasażerowie kongijskich linii lecący do Cotonou w Beninie. Sprytny naganiacz wskazuje nam dwuosobową kolejkę do South African Airways. Zdajemy bagaż i płaszcze... A nie, płaszcze nie. Żegnamy się z Mariuszem i idziemy na nasz gate. Lot opóźni się o pół godziny, jakby Gabon nie chciał nas tak szybko wypuścić. Spokojnie, Gabonie nasz kochany. Wrócimy tu jeszcze! Z płaszczem lub bez :-)

P.S. Ale o co chodzi z tym płaszczem? Pamiętacie może scenę z Misia, gdy prezes Ochódzki aranżuje kradzież swego płaszcza z restauracyjnej szatni aby mieć podstawę do ubiegania się o nowe dokumenty? Szatniarz proponuje mu inne odzienia a na koniec kierownik szatni mówi: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co Pan nam zrobi?” Jak to się ma do Gabonu? Otóż nazwa tego kraju pochodzi od portugalskiego słowa gabao, oznaczającego płaszcz właśnie. Z tą częścią odzieży skojarzył się bowiem nieustraszonym żeglarzom księcia Henryka kształt estuarium rzeki, nad którą powstało później Libreville i od której wziął nazwę cały kraj. Czy Gabon okazał się takim płaszczem, jaki chcieliśmy czy też dostaliśmy od szatniarza inny? I tak, i nie. Było parę zaskoczeń in minus (dziurawe drogi, sporo pijanych ludzi (w tym kobiet), nadwaga i otyłość nieodmiennie powiązana z wyższym niż u sąsiadów poziomem życia). Ale na pewno nie zawiodła nas tamtejsza przyroda, której zaledwie liznęliśmy (zostawiając ją "na zaś") oraz sympatyczni ludzie - i miejscowi, i nieco mniej miejscowi :-) Tak więc dostaliśmy swój płaszcz - no, może trochę wyszargany ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz