Etykiety

sobota, 9 stycznia 2016

Kribi i okolice

Prawie tydzień temu wróciliśmy z Gabonu do Kamerunu, znów przez Doualę. Nocleg w hotelu kategorii „nigdy więcej” w okolicach lotniska. Tyle tylko, aby się przespać i poszukać następnego dnia transportu do Kribi. Niektórzy z nas maja awersję do autobusów, zatem próbujemy negocjować z szoferem. Jest jednak nieugięty i za 200 km trasę żąda sporej sumy... Jedziemy, szybko i komfortowo, trzeba przyznać. Po dwóch godzinach zarośla po prawej zaczynają się przerzedzać i przebijają zza nich wody Atlantyku. Cel naszej podróży, hotel Tara Plage, niełatwo jest znaleźć. Pordzewiały szyld przy bocznej, piaszczystej dróżce w gąszcz. Sam hotel to główny budynek z kuchnią i barem, wzniesiony na palach nad stawem budynek z siedmioma pokojami oraz trzy tradycyjne boukarou – okrągłe chatki z glinianych cegieł, w każdym po dwie sypialnie. Piasek odległej o 50 m plaży podchodzi pod sam hotel, spod nóg uciekają jaszczurki i kraby. Jest pora obiadu, zatem skorzystamy z restauracji. Krewetki na różne sposoby będą prawie codziennie.

Woda w morzu niewiele chłodniejsza od powietrza, przyjemnie się zanurzyć po podróży i brudzie Douali. Dzisiaj rozpoznamy jedynie okolicę i przejdziemy się trochę wzdłuż ciągnącej się kilometrami piaszczystej plaży. Prawie do samej wody sięgają zarośla i palmy, iście rajskie widoki. Tu i ówdzie na wodzie widać tradycyjne pirogi z jednego pnia drzewa, na których miejscowi rybacy wybierają się na połów. To, co złowią sprzedają potem na targu rybnym przy porcie. Na port spogląda ze wzgórza katolicka katedra, zapewne jeszcze z czasów niemieckich. W środku tablica z nazwiskami misjonarzy pallotynów, przybyłych tu z Niemiec ponad 120 lat temu. Wielu z nich wytrzymało tu tylko rok, dwa – wilgotny klimat i choroby dokonywały brutalnej selekcji...

W centrum Kribi jest kilka banków z bankomatami, apteki, stacja benzynowa i targ. Co rusz nas zaczepiają, proponując wycieczkę nad słynne wodospady rzeki Lobe. My jednak już daliśmy zaliczkę Andre, który nas tam zawiezie nazajutrz. Mówi, że trzeba wyjechać wcześniej, aby mieć szansę zobaczyć małpy buszujące w zaroślach. Najpierw musimy dostać się na most, kilka kilometrów na południe. Droga bardzo dobrej jakości, prowadzi do nowego portu (z terminalem naftowym i kontenerowym), budowanego przez – a jakże! - Chińczyków. Chwilę nam zajmuje znalezienie auta, którym podróżowałoby mniej niż 5 osób (a i tak kierowcy z taką liczbą pasażerów się zatrzymują, proponując zabranie naszej trójki...). Docieramy w końcu na most nad szeroką w tym miejscu rzeką Lobe, gdzie Andre zabiera nas na pirogę. Bezszelestnie wiosłując, zabierze nas w górę rzeki, do wioski Pigmejów. Już po chwili znikają dzieła rąk ludzkich i oba brzegi spowija gęsta dżungla, pełna odgłosów.

Wizyta w pigmejskiej wiosce... Trochę się wcześniej o tej „atrakcji” naczytaliśmy i przyjechaliśmy tu tylko dlatego, że było w pakiecie. Pod chatkami siedzą wyłącznie starsze kobiety, dzieci uganiają się z psami. Mężczyźni ponoć na polowaniu. Ziemia zaścielona pustymi woreczkami po alkoholu (podrabianą whisky, wódkę etc. sprzedaje się często w woreczkach po 0,15-0,25l). Pigmeje mają tylko tu być i pozować do zdjęć. Smutne miejsce... Z ulgą wracamy do pirogi i na rzekę. W drodze powrotnej widzimy (no, może „widzimy” to za dużo powiedziane: spostrzegamy na sekundę) buszujące w drzewach i zaroślach małpiatki. To by było tyle z fauny (oprócz ptaków). Wracamy pod most i pieszo udajemy się na pobliskie wodospady Lobe. Nie są wysokie (najwyżej 10m), ale rzeka spadająca kaskadami do morza robi wrażenie. Pewnie jeszcze lepiej wygląda to w porze deszczowej, gdy poziom wody jest znacznie wyższy. Przy wodospadach jedne z nielicznych przejawów turystycznej „infrastruktury” w Kamerunie: sprzedawcy pamiątek, bary, rybacy sprzedający ryby prosto z piróg. Zmęczeni chodzeniem w słońcu wracamy na plażowanie.

Pięć dni w Kribi minęło szybko. Trzeba wracać do Yaounde, zapakować się w powrotną podróż i wracać do Europy. Na początek jednak Yaounde. Udaje się przekonać Żonkę, że nie taki autobus straszny jak go sobie wyobraża. Na szczęście nie pojechała ze mną zarezerwować biletów i dopiero na „dworcu” zobaczy co i jak. Wybieramy firmę o dźwięcznej nazwie La Kribienne Voyages. Prawie 280 km podróż kosztuje równowartość 5 euro od osoby. Autobus też nie najgorszy, choć bez klimatyzacji. Czekamy na odjazd, zostały dla nas już tylko miejsca na samym tyle. W czasach wycieczek szkolnych były to najlepsze miejscówki... Przed nami, na składanym siedzeniu siada jeszcze jeden osobnik; dla jednej z pań znajdzie się też drewniany taboret, na którym usiądzie przy drzwiach. Na szczęście nie ma kur ani kóz. Ruszamy w miarę punktualnie, tankowanie, kontrola policyjna i droga: równa, pusta, szybka. Im bliżej Yaounde, tym ruch większy. Na nielicznych i krótkich postojach wpadają sprzedawcy: wędzonych ryb, szaszłyków, gazet, wody w woreczkach. Przez dobrą godzinę afrykańską muzykę z głośników zastępuje sprzedawca leków medycyny afrykańskiej. Nawija i nawija a ludzie o dziwo kupują.

Przedmieścia Yaounde, znajome, żółte taksówki. Coraz większy ruch na podjeździe pod skrzyżowanie Mvan, po obydwu stronach drogi terminale firm autobusowych. Wreszcie nasz. Jechaliśmy cztery godziny. Odbieramy bagaż, wybieramy taksówkarza i wracamy do domu. Jeszcze do jutra wieczór będzie on naszym.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz