sobota, 2 stycznia 2016

Biąweniu o Gabą

Bienvenue au Gabon, fonetycznie brzmiące jak wyżej. Powiedziane parę lat temu przez naszą koleżankę, z charakterystycznym negrobarytonem. „Witamy w Gabonie” określało afrykańskie zakątki Brukseli i było synonimem najgłębszej i najczarniejszej Afryki. Jedno z moich pierwszych zetknięć z Gabonem, jakieś 30 lat temu, dotyczyło notatki w Poznaj Świat. Mówiła ona o polskim kapitanie, który już kilkaset razy przekroczył równik. Okazało się, że pływał na statku kursującym między Libreville i Port Gentil – dwoma największymi miastami Gabonu. Leżą one po obydwu stronach równika a morska podróż między nimi trwa zaledwie kilka godzin.

Wiele lat później, w 2012 roku, Gabon ponownie zagościł w mojej świadomości w osobie brata Mariusza, polskiego kapucyna. Przygotowywał on się wtedy do wyjazdu na misje do tego środkowoafrykańskiego kraju. Wielu znajomych pytało go wtedy, czy się nie boi. Pytałem ich wtenczas, czy kiedykolwiek słyszeli nazwę „Gabon”. Zazwyczaj nie, zatem nic złego się tam nie dzieje. Afryka pojawia się w doniesieniach polskich mediów jedynie w kontekście wojen, zamieszek, terroryzmu czy epidemii. Wszystko to (no, może poza zamieszkami na ograniczoną skalę) od lat omija niewielki jak na Afrykę kraj. Jednak to nadal 4/5 powierzchni Polski, zamieszkane przez jakieś 1,5 mln mieszkańców. Daje to 20 osób na km kwadratowy na wybrzeżu i mniej niż 1 os./km kw. w głębi lądu (dla porównania: gęstość zaludnienia Polski wynosi 124 osoby/km kw.)

Mając już na miejscu brata Mariusza, możliwy stał się wyjazd do Gabonu. Tym bardziej, że już drugi raz mieliśmy odwiedzić sąsiedni Kamerun. Dzięki programowi e-Visa nie trzeba było fatygować się do ambasady. Wizy uzyskaliśmy elektronicznie a odpowiednie naklejki, po uiszczeniu słonych (jak to w Afryce...) opłat, dostaliśmy po przylocie na stołeczne lotnisko w Libreville. Od prawie 40 lat do Gabonu zjeżdżają liczni pracownicy międzynarodowych koncernów naftowych, stąd sporo białych w lotniskowych poczekalniach i przy kontroli paszportów. Czyściej, schludniej i nowocześniej niż w Kamerunie. Odbiera nas brat Jacek, którego habit pozwala nam uniknąć kontroli celnej. Na zewnątrz lepkie, gorące powietrze. Okolice terminala przypominają lotniska na wyspach kanaryjskich. Wcale nie ma wszechobecnych w Yaounde i Douali naganiaczy, tragarzy i taksówkarzy. Libreville otacza dwupasmowa obwodnica, jednakże już droga wylotowa – jedyna ze stolicy, prowadząca do Ntoum – celu naszej podróży i dalej w głąb lądu – jest dziurawa, wąska i zatłoczona. Jest jednak późno i ruch niewielki. Godzinną podróż umilają nam ciekawostki z pracy misyjnej, nieprzerwanie opowiadane przez brata Jacka. Docieramy w końcu na miejsce – do parafii pw. Św. Tomasza w Ntoum, gdzie zatrzymamy się dwa dni. Wita nas złożony atakiem malarii brat Mariusz. Chwilę jeszcze posiedzimy i pogadamy a potem będziemy próbowali zasnąć w dusznym upale równikowej nocy. Jutro Jacek jedzie do Cocobeach, 80 km na północ, tuż przy granicy z Gwineą Równikową. Oczywiście chcemy jechać z nim. Czeka nas wyjątkowy Sylwester A.D. 2015.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz